PLAYLIST

Flemings
"Kliff" / "Kevin"

7.0  /  7.0

Lubelskiemu duetowi Flemings, a więc Łukaszowi Maronowi oraz Borysowi Kunkiewiczowi, kibicujemy właściwie od początku, co jak widać ma sens. Ci dwaj dość niespodziewanie stali się jednym z najciekawszych, niszowych zjawisk z okolic tanecznego, klawiszowego popu obecnej dekady w tym antyludzkim państwie. A osiągnęli to w bardzo prosty sposób: pisząc chwytliwe, melodyjne, ubrane w przytulne, wystylizowane na ejtisowy sound, piosenki. I tak się złożyło, że chwilę temu pojawiły się dwa nowe utwory, których nie trzeba już traktować jako dowodów na porządne ogarnięcie tematu, ale zwyczajnie są one potwierdzeniem wyrobionej wcześniej marki.

Na Kliff znalazły się raptem dwa utwory, więc wydawnictwo bardziej przypomina podwójnego singla, a nie pełnoprawną EP-kę (co tak skromnie, można było dorzucić dwa pozostałe numery i od razu postawić na format podwójnego longplaya, heh) i osobiście właśnie tak patrzę na utwór tytułowy i "Kevina". Ale to są kwestie formalne, więc mniejsza o nie, bo przecież liczy się sama jakość numerów. A w tym aspekcie Flemings cały czas radzą sobie zadowalająco. Weźmy indeks tytułowy: gdybym był wrednym skurwysynem, to spławiłbym wałek prostym dodawaniem – "Kliff" to po prostu "Words" (synth bass) + "Breaking A Ghost's Heart" (pam pam pum pum / pam pam pa pum pum). Na szczęście dla LUBELAKÓW nie jestem i nie skrzywdzę ich takim uproszczeniem, bo po pierwsze intro budzi skojarzenia z najnowszymi numerami Junior Boys (tak spokojnie mógłby się zaczynać odrzut z Big Black Coat), a to wrażenie wzmacnia jeszcze śpiew Borysa: jego barwa brzmi chwilami jak krzyżówka wokali Jeremy'ego Greenspana i Justina Biebera (it's a complement!). A po drugie, trzecie, czwarte i chyba piąte – rozbudowana, kilkuetapowa struktura kompozycji naprawdę imponuje, refren jest przyzwoity, zwrotki prezentują się bardzo dobrze z perspektywy songwriterskiej (piąteczka Łukasz, takie zmiany akordów to ja lubię), a do tego mamy kulminację w postaci powtarzającej się frazy "step back from the edge", więc jedyne czego mi tu zabrakło, to odrobina świeżości.

Natomiast "Kevin" stoi w opozycji do bardziej wykoncypowanego i kompaktowego "Kliff". Warto było się przypierdolić do nieco rozwlekłego mostka "I'm Fine", bo chłopaki odrobili lekcje i teraz wszystko jest już pięknie skondensowane, bez marnowania cennych sekund – od bystrego, baxterowego wprowadzenia przez skoczny, dancefloorowy mostek. A sercem piosenki jest rozczulający, schodkowy refren, który niesie za sobą jakiś trudny do zdefiniowania spokój i bezpieczeństwo – na wysokości słów "leeeeet meee teeeeell yoooooou sooooomeeeethiig aabouuut theeee waaaar" czuję, jakbym przeniósł się w czasie, gdy jeszcze wszystko było pewne i proste, a największym problemem świata był wybór płatków przy porannym śniadaniu. Szkoda tylko, że zwrotka nie dopasowała się poziomem do chorusa, bo jej układ, zwłaszcza harmonizacja, pachnie banałem wyjętym z przereklamowanego Random Access Memories. Właśnie dlatego ocena jest taka jaka jest. Ale proponuję skupić się na zaletach tego drobnego wydawnictwa – wprawdzie mój polski singiel roku nie został zagrożony, ale z drugiej strony przecież obecnie nigdzie w kraju nie znajdę składu grającego w electro-disco-indie-popowej lidze na tak pełnych obrotach. Ale zdaje się, że już kiedyś o tym pisałem, więc kończę tego pleja i przekazuję głos dalej. "Teraz narratorem może być jakiś widz, bo ja nie pamiętam już nic".

Tomasz Skowyra    
27 listopada 2016
BIEŻĄCE
Tłusty Piątek: 22 września 2017
Oneothrix Point NeverGood Time