PLAYLIST

Enchanted Hunters
"Plan Działania"

10.0

Już od jakiegoś czasu w porcysowych kuluarach krążyły plotki o sile, z jaką może porazić nas pewien polski materiał, ale od środy na korytarzach biurowca jakoś dziwnie pusto i cicho – mogę więc chyba napisać w imieniu wszystkich nas tutaj – nie byliśmy na to przygotowani. Droga Enchanted Hunters od folkowego debiutu do stanu z dnia dzisiejszego to prezent od kosmosu, na który nie zasłużyliśmy i za który musimy kolektywnie dziękować przy każdej nadarzającej się okazji. Odnotujmy, że jedynymi namacalnymi zwiastunami omawianego utworu, nie licząc wypowiedzi samych artystek, były – dwudziestominutowy secik dla KEXP i dwuletnie już "Fraktale". Wolta ta, w dość ogólnym ujęciu, pod względem czysto muzycznym jest właściwie antytezą dotychczasowej ścieżki Sorji Morji, ale trójmiejsko-warszawski zespół tym jednym ruchem zredefiniował się w sposób totalny, nakazując szukać wielkich przykładów spoza rodzimego podwórka – przykładając miarę do stylistycznej ewolucji i artystycznego sukcesu, który za sobą niesie, na myśl najszybciej przychodzi casus Radiohead circa Kid A.

Dziewczyny w niecałe cztery minuty streszczają tu historię polskiego synthpopu. Od wysokich syntezatorowych plecionek Papsów, przez chillwave'owy mostek odsyłający tak do Toro jak do wczesnego Kombi, po polimotywiczność Dębskiego i – nie odchodząc daleko – wokalną, matematyczną akrobatykę sklonowanych, przerażonych sióstr Jurksztowicz. Cała ta wyliczanka jest jednak tylko dodatkiem – na wysokości (polskiego) refrenu (wszech czasów?) staje się jasne, że Magda i Gosia dopisują do tej historii jeden z jej najważniejszych rozdziałów; doniosłość chwili wydaje się tym bardziej szczególna im intensywniej myślę o tym, co czeka nas w Dwunastym Domu – mającym ponoć ukazać się już niebawem polskim Chinese Democracy.

Wspomniany refren dewastuje mnie za każdym razem, napędzany perkusyjnymi seriami rozpędza się jak nasze postępujące, cywilizacyjne samobójstwo – to organizm oddychający na dwa głosy, które pogłębiają moją egzystencjalną deprechę retorycznym pytaniem o plan działania; głuchym, wstrząsającym wołaniem – "znika lód / nie ma pszczół / umrę sama". Pośrednio przywołana zostaje katastrofa w wydaniu von Triera, gdzieś między słowami tli się pierwiastek kosmiczny, ale wiadomo już przecież, że innego końca świata nie będzie niż tego inspirowanego naszą zaktywizowaną głupotą. Nadchodzi on tu we wspomnianym mostku – powietrze staje się nieznośnie ciężkie, dźwięki topią się na naszych uszach, postaci znikają, z apokalipsy cało wychodzi tylko refren. Nie wiem, ile jeszcze zostało nam czasu, ale od środy wszystko nabrało większego sensu – każdy kolejny dzień z tym utworem to dla mnie małe święto.

fot. Jakub Żwirełło

Stanisław Kuczok    
28 czerwca 2019
BIEŻĄCE
Fontaines D.C.Dogrel
Lana Del ReyNorman Fucking Rockwell!