PLAYLIST

Elastica
"Car Song"

7.5

Sławetne komplikacje dotyczące praw autorskich trzech numerów z debiutu Elastiki położyły się cieniem na reputacji grupy. "Waking Up" wiernie kopiowało przewodni motyw "No More Heroes" Stranglers, a dwa inne kawałki ściągnięto od Wire: opener "Line Up" z "I Am The Fly" (identyczna konstrukcja tematu), a "Connection" z "Three Girl Rhumba". (OK, przyznaję, iż zrzynanie wprost tego ostatniego riffu to profanacjaaa! Nie ma lepszego riffu! Najlepsza piosenka w dziejach, kropka! A raczej wykrzyknik! Świętość! Go undeeeeer! Yeah.) Ten element punkowo-nowofalowy rzeczywiście wypływa na wierzch, a widoczne są też odleglejsze inspiracje (przykładowo, "Indian Song" jedzie na egzotycznych bębenkach rodem z "Love You To"), lecz esencjonalnie Elastica była specyficzną (bo trzy panienki plus koleś) kapelą brit-popową. Justine Frischmann długo dzieliła łóżko z Albarnem, który potem po bolesnym rozstaniu dla niej napisał "It's over / You don't need to tell me" oraz kilka innych łzawych wyznań na najbardziej eksperymentującej, neurotycznej płycie zespołu. Nie dziwota więc, że momentami Elastica brzmiała jak wczesny Blur w wersji damskiej.

"Car Song", mój prywatny peak self-titled albumu z 1995 roku, eksploruje w charakterystycznie angolski, cyniczny sposób zagadnienie powiązań między seksem i samochodami. "You could call me a car lover / Cos I love it in a motor", podrywa zaczepnie i z wiadomym podtekstem Justine. Deklaracje zmierzają do konkretów: "Let's go siesta / In your Ford Fiesta". (Hey, Justine. Nie było rymów do Escorta?) Refren wyjaśnia sprawę explicite: "Here we go again / I'm riding in your car" (!!) i "Let me count to ten / Cos it's gone way too far". Uhm, obviously. Wreszcie błyskotliwa popkulturowa puenta: "In every little Honda / There may lurk a Peter Fonda". I powiedzcie mi, że to nie jest złośliwy humor Damonowy w czystej postaci! Lepiej jeszcze, że kręci równie spowinowacona z ówczesnym chłopakiem warstwa muzyczna, stylistycznie jak wyjęta z Parklife. Wokół topornego, synth-gitarowego hooka z klasą osnuto czuły, cienki chórek, rozmiękczający drive typowo londyńskim warsztatem, by w chorusie powtórzyć go z dwiema nałożonymi na siebie, inteligentnymi melodiami. Dla fanów brit-rocka czy wyspiarskiego feelingu ogólnie, to jest cel prędkich poszukiwań. Aha, gitarzystka Donna, laska druga z prawej na zdjęciu z okładki. Słodka.

Borys Dejnarowicz    
20 września 2004
BIEŻĄCE
SpiritualizedAnd Nothing Hurt
NonameRoom 25