PLAYLIST

Ed Sheeran
"Castle On The Hill" / "Shape Of You"

1.0  /  4.0

Ed Sheeran, znany niegdyś jako boy-next-door, za pomocą akustyka uwodzący nieśmiałe dziewczęta, usłyszał pewnie ostatnio od smutnych panów z Warnera coś w stylu: "Słuchaj Ed, pomyśleliśmy o zmianie wizerunku, target się jednak trochę starzeje, nie możesz stać w miejscu. Muzykę jakoś załatwimy – będzie trochę inaczej, ale w sumie to samo co na x, oczywiście w tej kwestii nie ma się co wychylać, zresztą... muzyką to ty się nie przejmuj. Z tym imagem tylko by trzeba coś pokombinować. Oczywiście mamy kilku stylistów, ale póki co, nie wiem... zapuść dłuższą brodę, włóż okulary, whatever. Pokaż dupeczkom, że coś się KROI". Długo nie trzeba było czekać – rytualne przejście od chłopca do mężczyzny zapoczątkowane już przy okazji x, ten węzeł gordyjski światowej popkultury, jednym ciosem CEREMONIALNEGO miecza, załatwiła księżniczka BEATRYCZE. W końcu niektórzy mówią, że nie ma nic bardziej męskiego niż blizny, a co dopiero rana od miecza, hehe. Żeby było śmiesznej, całą sytuację sprowokował nie kto inny jak niezawodny, naczelny śmieszek popkultury, James Blunt (niedoszły sir James Blunt).

Żarty żartami, pośmiać się z wyższych sfer czasem miło, bo choć zazwyczaj "gdy czytam o arystokratach w XXI wieku, otwiera mi się nóż w kieszeni", to przy odsłuchu "Castle On The Hill" otwiera mi się cały scyzoryk. Naprawdę, późny Coldplay to przy tym przebłyski świadomości. Musiałem odtwarzać ten utwór kilkakrotnie żeby zatrzymać w pamięci choć kilka kropel tego co po mnie spłynęło. "Castle On The Hill" okraszone normcore'owym teledyskiem i takim też tekstem ("Fifteen years old and smoking hand-rolled cigarettes/Running from the law through the backfields and getting drunk with my friends", "kurde, fajnie, normalny ziomek jesteś jednak") na podkładzie z geriatrycznego U2, ratuje trochę ten chór w zwrotce, ale później pojawia się patetyczny refren, resztki muzyki gdzieś wyparowują, a wyjątkowo niedobrze robi się na wysokości zupełnie rozmemłanego mostka, który gubi jakikolwiek koncept, o ile taki w ogóle istniał. Jestem pewien, że jedynym pomysłem nie była tu wcale muzyka, a perfekcyjnie uszyta otoczka – zgodna z klasowymi kodami, "muzyka ogólnych ludzi" działa tu jako soundtrack do teledysku obrazującego życie "zwykłego chłopaka Eda", teraz już faceta, wspominającego do bólu zwyczajne, ale w sumie szalone, czasy nastoletnie, z którymi może utożsamić się co drugi, melancholijny zjadacz popkultury. Za pomocą tego dobrze znanego chwytu, soundtrack teledysku w nachalny sposób ma się stać soundtrackiem życia ludzi utożsamiających się z PRZEKAZEM, tą "prawdą ekranu". Obraz tworzy obraz i tak w kółko – immanentny spektakl może trwać dalej. Podobny, perfidny "szantaż emocjonalny" Sheeran stosował juz wcześniej, jednak w znacznie bardziej banalny sposób ("zero treści, maksimum waty").

Odejdźmy jednak od socjologizowania, bo jeśli chodzi o "Shape Of You", sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. To całkiem sympatyczny utwór, zahaczający o populistyczne r&b, choć oczywiście na maksa kliszowy i już w 2017 nieco przeterminowany w swoim nieznośnym podobieństwie do jakiegoś Gotye sprzed lat. Mimo wszystko są tu jakieś zalążki songwritingu. Linia wokalu w zwrotce jest czymś więcej niż tylko pustym patosem, prowadzi po znacznie ciekawszych rejonach. Refren trochę irytuje, ale nawet daje radę, zapewne zmieści się w niejednym H&M i umili czas wyprzedaży. Bridge'a tutaj właściwie nie ma, chyba że można uznać za mostek klaskany break. Cóż, to i tak dużo jak na Sheerana, nie bądźmy zbyt wymagający, bo zaraz James Blunt wyda The Afterlove i nie będzie już tak wesoło.

Jakub Bugdol    
2 lutego 2017
BIEŻĄCE
Fever RayPlunge
John MausScreen Memories