PLAYLIST

Drivealone
"kinda_tryin"

7.0

Widoczne na dole zdjęcie, które Piotr Maciejewski, nagrywający solowo jako Drivealone, wybrał na ilustrację swojej nowej piosenki, przedstawia Franza Reichelta. Ów żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku Austriak przeszedł do historii jako "Latający Krawiec". 4 lutego 1912 roku zginął, skacząc z Wieży Eiffla podczas testowania swojego wynalazku (połączenia płaszcza i spadochronu), który miałby umożliwić ewakuację ze spadającego samolotu. Biorąc pod uwagę okoliczności jego śmierci jak i to, że nie uważa się, by starania Reichelta przyczyniły się do jakiegokolwiek postępu technicznego, znalazłoby się z pewnością wielu cyników, którzy uznaliby go za wariata, przyznali Nagrodę Darwina, a za jedyny wkład uznali możliwość służenia za przestrogę wszystkim potencjalnym naśladowcom Ikara. Stojący w opozycji romantycy mogliby z kolei podziwiać jego niezachwianą wiarę w osiągnięcie sukcesu i brak zgody na rezygnację z marzeń.

Emocje płynące z muzyki Drivealone sugerują, że poznańskiego songwritera należałoby raczej zaliczyć do drugiej z tych grup. Mimo wielu zmian, które zaszły w jego muzyce i sześciu lat, jakie upłynęły od ostatniej płyty, idiosynkratyczna wrażliwość przesiąkająca nagrania Maciejewskiego sprawia, że trudno pomylić jego twórczość z dziełami jakiegokolwiek innego artysty. Nadal mamy do czynienia z kameralnymi zwierzeniami ujętymi w urodziwe melodie. Warto przy okazji wspomnieć o ewolucji, jaką dostrzegam w nastroju utworów. W przypadku Letitout pisało się o depresji i apatii, które częściowo zaczęły ulatniać się w następnym wydawnictwie. W "kinda_tryin" czuć już wyraźnie kiełkującą afirmację, którą dobrze uosabiają linijki "They say you always get to tryyourself until you nail it / Well, I’m kinda trying all the time", nawet pomimo pewnego podskórnego wyrzutu w obliczu zmagań charakteryzującego wykonanie drugiego z wersów. Zmian jest zresztą więcej. Brakuje zlewających się brzmień znanych ze wspomnianej wyżej EP-ki, nie ma też rozmachu obecnego na Thirty Heart Attacks A Day. Całość jest zdecydowanie bardziej akustyczna. Wita nas zapętlony bit, do którego kolejno dodawany jest delikatny wokal i łagodne dźwięki gitary. Kontrast stanowi okraszony zmieniającymi się z lekkością akordami rozmarzony refren i szkoda tylko, że na dalsze urozmaicenia trzeba czekać aż do emfatycznego outro, gdzie wysoko zaśpiewane, potraktowane pogłosem dźwięki stanowią odpowiednie zwieńczenie kompozycji. Czy tak ma właśnie wyglądać przyszłość Drivealone? Trudno powiedzieć – ja jak na razie czuję się zaintrygowany.

Piotr Ejsmont    
4 czerwca 2015
BIEŻĄCE
SpiritualizedAnd Nothing Hurt
NonameRoom 25