PLAYLIST

Diogenes Club
"Failure" / "Bonfires"

7.5  /  7.0

Od naszego ostatniego spotkania z Diogenes Club minęło już tyle lat, że najnowsi czytelnicy Porcys mogą nawet nie ogarniać jak wiele obiecywaliśmy sobie po muzyce enigmatycznego duetu, gdy tylko zapoznaliśmy się niegdyś z ich EP-kami. Minęło pół dekady, Paul Giles zdążył przeprowadzić się w międzyczasie do Vancouver, a Brytyjczycy wracają z nowym materiałem, który sprawia, że czuję się jakbym obudził się w sobotę po odrobinę dłuższym niż standardowo odsypianiu przemijającego tygodnia. Niby upływ czasu jest zauważalny, ale nie zmieniło się wcale aż tak wiele jak mogłoby się wydawać i fani tandemu powinni błyskawicznie odnaleźć się w nowych numerach. Skoro z taką lekkością potrafią odtworzyć błogość swojej poprzedniej twórczości, powoduje to nawet złudzenie, jakoby Diogenesi mogli wypuszczać takie kawałki co miesiąc. Wymagający sukcesywnego procesu stopień dopracowania tracków odsłania się jednak przed słuchaczem i, podobnie jak mówił jeden z kumpli po fachu Diogenesa o pewnym akwenie, zarówno "Failure" jak i "Bonfires" dryfują bezustannie, podczas gdy Matthew Williams dba o ich odpowiednie mącenie dorzucaniem synthowych wypełniaczy i zgrabnych gitarowych wstawek.

Jest to jeden z powodów, dla którego oba utwory charakteryzują się ulotnością. Mimo zarysowania fundamentu rytmicznego kawałki rozmywają się w dźwiękowych plamach, które, niczym sen, pozostawiają zaledwie skrawki jakichś wyraźnie zapamiętywalnych motywów. Ta właściwość szczególnie wyczuwalna jest w "Bonfires", gdzie brak konkretnego zakreślenia podziału na zwrotkę i refren (zamiast chorusu mamy tu raczej zbiór mostków), a kolejne części wyłaniają się z kompozycji w sposób przypominający strumień świadomości. Nawet chwytliwej pętli "She lived in a moment…" brakuje zamknięcia i ostatecznie rozpływa się wraz z końcem kompozycji.

"Failure" początkowo zdaje się szukać bardziej standardowej synth-popowej przystani, ale najbardziej rozbraja w swojej drugie połowie, uciekając poza przewidywalne, zaznaczone na muzycznej mapie trasy. I tak najlepsze dwa momenty opisywanego przeze mnie materiału to zanurzony w wodzie mostek z coraz dalej umykającym w głębinie wokalem i bulgoczącymi nam w uszach klawiszowymi melodiami, a także przedłużenie ostatniego refrenu, które idealnie wykorzystuje jego potencjał, oplatając rozciągniętą tęsknie sylabę.

Najnowsze numery Diogenes Club uosabiają powody, dla których duet najprawdopodobniej nadal pozostanie niszową zajawką niewielkiej grupy fanów oraz motywy decyzji o nadaniu projektowi takiej właśnie nazwy. Bardzo osobista, dająca przyjemność, a nie frajdę muzyka nadawałaby się idealnie do współczesnej wersji klubu zrzeszającego mało towarzyskich londyńczyków.

Piotr Ejsmont    
5 grudnia 2016
BIEŻĄCE
Flaming LipsOczy Mlody
10 najlepszych płyt 2016