PLAYLIST

Courtney Love
"Mono"

5.0

Płytkę Courtney miałem w ręku w dniu premiery za sprawą swojej ówczesnej gitarzystki, dla której owa pozycja stanowiła prawdopodobnie najbardziej wyczekiwaną płytę roku. Wyczekiwaną do tego stopnia, że na długo przed ukazaniem się krążka obczajała ona i forwardowała mi kolejne hałaśliwo-bełkotliwe teasery pojawiające się na oficjalnej stronie artystki. Pierwsze dźwięki gotowego America’s Sweetheart były więc dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem, jako że po wysłuchaniu wspomnianych mało zachęcających fragmentów zwątpiłem niemal zupełnie. Opener "Mono" przy pierwszym przesłuchaniu kupiłem z całym dobrodziejstwem inwentarza. Dopiero całość lektury albumu uświadomiła mi, w czym właściwie tkwi problem z Courtney. Przypomina ona niestety owych licznych małomiasteczkowych epigonów zdychającego w ciężkich mękach genre, którzy jak na złość starają się nie zauważać, że będące na przełomie lat 80-tych i 90-tych ożywczym powiewem brzmienie Seattle z czasem zmutowało w materializującego się w kolejnych, coraz to żałośniejszych odsłonach (dla porządku przypomnę chociażby australijskie Silverchair czy równie fajnego Creeda, choć te nazwy mógłbym zapewne z obrzydzeniem mnożyć w nieskończoność) złego ducha, którym niemuzykalne matki straszą swoje tłustowłose, niegrzeczne dzieci.

Wracając do "Mono", to jest to zdecydowanie najlepszy utwór płyty, całkiem słusznie wybrany na promujący ją singiel. Niespodzianek brak – brzmienie numeru to kontynuacja dokonań Courtney z Holem, przy czym zauważyć należy, że popowe zapędy płyty Celebrity Skin (które osobiście bardzo polubiłem) zastąpione zostały zadziornymi, całkiem fajnie brzmiącymi gitarami. Kolejnego plusa przydzielam Courtney za otwierający utwór, a będący udaną permutacją leitmotivu z piosenki "Celebrity Skin" gitarowy riff. Przyzwoita kompozycja (zwolnieniem na mostku można byłoby ilustrować wykład z teorii songwritingu gdyby takowy istniał), wpadająca w ucho melodia i energetyczne bębny także zaliczam po stronie "ma".

Ale, ale, ale... Oprócz uwagi, którą w stosunku do całokształtu albumu poczyniłem na wstępie, mam jeszcze jedno zastrzeżenie. W okresie między niedotkliwą komercyjną porażką płyty Celebrity Skin a wydaniem America’s Sweetheart Courtney znana była właściwie jedynie z pozamuzycznych ekscentrycznych ekscesów. Dla czterdziestoletniej wokalistki "Mono" było ostatnią szansą na powrót do pierwszej ligi. "Oh God you owe me one more song" – śpiewa Love i wie, co śpiewa. "Mono", mimo swojego raczej zabawowego charakteru, to de facto desperacka próba jak najlepszego wykorzystania jednej jedynej Iskierki Bożej, która pozostała w magazynie pani Cobainowej. Niestety, czas dla niektórych wykonawców jest nieubłagany i to, co w 1994 roku mogłoby stać się hitem, w obliczu panującego dekadę później zeitgeistu zasługuje jedynie na ocenę dostateczną. Z pewnością można jednak (i warto) posłuchać "Mono" z takiego oto powodu, iż najprawdopodobniej mamy tu do czynienia z ostatnią słuchalną piosenką Courtney Love, pochodzącą na dodatek z (miernej niestety) ultimogenitury zasłużonej skądinąd celebrity.

Marcin Wyszyński    
7 czerwca 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019