PLAYLIST

Chaz Bundick Meets The Mattson 2
"Disco Kid" / "JBS"

6.0  /  7.5

O ile czekam na album Chaza Bundicka z braćmi Mattson, to wypieki na mojej twarzy są nierównomiernie czerwone. Tak się składa, że mam dosyć typową budowę ciała, posiadam dwa poliki, dlatego skupię się tylko na najnowszej parze singli promujących to wydawnictwo, bo o “Star Stuff” już pisaliśmy. Ten reprezentowany przez "JBS" jest barwy podchodzącej pod kolor maków, ten drugi z podpisem "Disco Kid" jest zdecydowanie bledszy, przez co wyglądam, jakbym przed chwilą dostał z liścia. Bo próżno w nim szukać dyskotekowej ikry. Tytuł nie musi determinować brzmienia, ale na pewno nie mamy tu do czynienia z kolejnym klasykiem imprez muzycznych nerdów pokroju "Still Sound". Nie ma się za bardzo do czego przyczepić, to poprawny numer, chociaż śmiałbym oczekiwać czegoś więcej od instrumentala tak biegłych muzyków. Nie wiem, ile czasu panowie poświęcili na przygotowywanie albumu. Biorąc pod uwagę, że to nie jest pełnoprawny, regularnie współpracujący zespół, tylko – jak sama nazwa projektu wskazuje – efekt spotkań, domyślam się, że mogło zabraknąć czasu na szlifowanie pewnych opcji, przez co ten utwór brzmi jak rezultat niezłego, ale nieszczególnie wybitnego jam session. "Disco Kid" zamienia się w całkiem progresywny wałek przywodzący na myśl psychodeliczny przełom lat 60 i 70. Nie od dziś wiadomo, że od prog-rocka rosną wąsy. W takim wydaniu możemy spodziewać się tylko dziewiczego zarostu, który na początku cieszy, ale Chaz z Mattsonami powinni go jednak zgolić. W utworze najbardziej cenię sobie dziadowską partię gitary, bo przywodzi mi na myśl poczynania Grzegorza Skawińskiego na instrumentalach wczesnego Kombi.

Po chwili malkontenctwa czas na jedzenie sobie z pyszczków i polewanie pączków lukrem, bo "JBS" zawiesza poprzeczkę na tyle wysoko, że Kozakiewicz ma chwile zwątpienia. Puśćcie to zatwardziałym konserwatystom "kiedyś to było, teraz muzyka jest do dupy", na początek kursu "dlaczego tak bardzo się mylicie", ponieważ w przystępny sposób możecie zacząć zmieniać ich zdanie. Wehikuł czasu jest niepotrzebny, zostawmy go młodym adeptom gry na instrumentach strunowych z pobliskiego hufca. Krótka introdukcja przywodzi na myśl ścieżki dźwiękowe do filmów Kubricka, ale po chwili czas wyłączyć telewizor, bo rozpoczyna się kolejna, zdecydowanie dłuższa część instrumentalna, gdzie na pierwszym planie umiejscowiono nieco rozmytą gitarę – palce ochoczo bieżą między najróżniejszymi zakamarkami gryfu, próbując wybudzić resztę instrumentarium. Nawet gdyby wszystko zakończyło się na wysokości 2:33, i tak “JBS” mocniej by do mnie trafiło niż "Disco Kid". Ten fragment to próba stworzenia ich własnego "Pet Sounds" (konkretny utwór), ale tak naprawdę prawdziwa jazda zaczyna się, kiedy słyszymy Bundicka. Rozmarzony wokal i swego rodzaju wokalne popisy pod koniec po raz kolejny przywodzą na myśl opus magnum Briana Wilsona czy też Sierżanta Pieprza Bitli. Poza tym Zombies, Move, Small Faces, lekki zapach Grateful Dead – to tylko kilka moich skojarzeń po przesłuchaniu wszystkich trzech singli tego składu. Płyty Toro y Moi powabnie łączyły elektroniczne fascynacje z organicznym brzmieniem instrumentów, ale wygląda na to, że w tym roku Chazwick Bundick stawia na podział, czyli klasyczne "rockowe" granie z Mattson 2 i analogowe ambienty pod szyldem PLUM z drugiej strony. Kupuję cały pakiet.

Artur Kasprzycki    
22 marca 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019