PLAYLIST

Chainsmokers feat. Halsey
"Closer"

0.0

Kiedy ostatnio słyszeliście absolutne, stuprocentowe 0.0? Wiele niedobrych tracków przyniosła nam popkultura w ostatnich latach. Niektóre były naprawdę fatalne, większość zwyczajnie słaba, ale numeru o tak dużej zerowości na wszelkich poziomach nie słyszałem od czasu... Serio, może nawet nigdy. Nawet na tle innych "dzieł" tych "artystów".

Czemu w ogóle zajmować się tym ścierwem? Otóż to zero o znaczeniu historycznym, będące zarazem nowym numerem 1 na Billboardzie. W ciekawym tekście podsumowującym tegoroczne VMAs na Pitchforku, Katherine St. Asaph zauważa coś, co rzuciło mi się w oczy już jakiś czas temu, gdy próbowałem skumać, czemu nie kojarzę nazwisk i numerów z list Billboardu – coraz większy rozdźwięk pomiędzy "starą", wizualną popkulturą, skupioną na wykonawcy/celebrycie, reprezentowaną przez postacie takie jak Rihanna i Beyonce, której wytartym symbolem jest MTV, a ludźmi, którzy biorą we władanie coraz większą część chartsów, głównie producentów, funkcjonujących zupełnie obok tego świata, który coraz bardziej traci na znaczeniu. Globalne gwiazdy popu stają się w tym nowym układzie wyjątkiem, a nie regułą. Można je przecież policzyć na coraz mniejszej ilości palców. Może nawet stają się przeżytkiem – są drogie i nie za bardzo jest, gdzie je pokazywać. Teledysk jako forma wyrazu i promocji od kilku lat przeżywa solidny kryzys – "wizualne albumy" takie jak Lemonade to właśnie dzieci tego kryzysu – artystyzacja, konceptualizacja, wpychanie się do galerii sztuki, choć tak naprawdę na strony z gifami i memami, komentarze społeczne i polityczne w swojej najbardziej bełkotliwej formie – to wszystko, co w ostatnim czasie robią Beyonce, Frank Ocean, czy Kanye West jest łapaniem się brzytwy. Ta cała wolność artystyczna jest w moim odczuciu całkowicie pozorna – im więcej nadbudowywania kontekstu, tym bardziej paniczny i błagalny krzyk "Wciąż jesteśmy ważni" słychać. I dla jasności wyjaśniam – nie o wartość muzyczną mi chodzi, a o walkę o utrzymanie swojego statusu w masowej świadomości.

A wszystko dlatego, że konkurencja jest groźniejsza, niż kiedykolwiek. Amerykański rynek muzyki pop dotyka zjawisko będące odpowiednikiem outsourcingu. Skrajnym przykładem jest właśnie "Closer" The Chainsmokers – oto "wytwór kultury", którego koszty wyprodukowania zbliżają się do lub są równe zeru. Oto spełniony koszmar tych, którzy kilka lat temu podjęli krytykę web 2.0 – na naszych oczach profesjonalistów dosłownie wyparli amatorzy, którzy są tańsi, szybsi i pozbawieni talentu oraz jakichkolwiek znamion gustu lub skrupułów. Numerem jeden zostaje utwór, który wstyd jest tak nazywać, stworzony przez dwóch przeciętniaków pozbawionych jakichkolwiek ambicji twórczych i opatrzony tanim lyric video wyglądającym jak pokaz fotek ze stocka.

Kiedy jeszcze określałem się jako poptymista, wierzyłem, że branża muzyczna, poza zarabianiem hajsu, mniej lub bardziej przypadkowo potrafi poszerzać muzyczne horyzonty ludzi, nawet gdy sprzedaje im chwytliwe piosenki. To fenomen, który z biegiem lat rozumiem coraz mniej – właściwie dlaczego w ogóle się starano? Dlaczego wciąż wymyślano świeżo brzmiące hooki, szukano nowych brzmień, a nawet dokonywano awangardowych przewrotów w dobrze działającej konwencji, niepojętych zwłaszcza z dzisiejszej perspektywy? I to w czasach, kiedy co rusz słyszało się o złych, sterujących artystami wytwórniach (btw. w tym pewnie właśnie tkwi odpowiedź). Po co było się pierdolić, skoro w 2016 nawet gdyby dać małpie patyk i kazać jej walić nim w pianino, to efekt byłby ciekawszy, niż melodia opisywanego utworu? Przecież potrzeby i gust społeczeństwa nie mogły tak nagle ulec tak dużej zmianie. Jakbym był takim Maxem Martinem, to mając ten cały bagaż doświadczeń z trenowania się w trafianiu do mas za pomocą środków muzycznych, po usłyszeniu "Closer" poczułbym, że ktoś właśnie napluł mi w twarz.

Jedyna odpowiedź na te wszystkie pytania jest taka, że nikt w branży muzycznej, nawet gdy próbował zaspokoić najprostsze potrzeby popularności, nie był tak totalnym debilem, żeby wpaść na coś takiego, a potem jeszcze to wydać. Wspomniałem na początku, że "Closer" to zero o znaczeniu historycznym, ale chociaż myślę, że dotarliśmy do dna, to wcale nie jestem pewien, że uda się od niego odbić. Na razie brzmi to jak closer epoki, w której lista Billboard Hot 100 miała jednak nieco inny ciężar gatunkowy, niż gorąca dwudziestka radia eska. Zburzyć, zaorać i zacząć od nowa.

Kamil Babacz    
30 sierpnia 2016
BIEŻĄCE
Rina Sawayama"Cyber Stockholm Syndrome"
Tłusty Piątek: 24 marca 2017