PLAYLIST

Cafuné
"Don’t You Forget"

7.5

Podobnie jak ma to miejsce w przypadku dzisiejszej telewizji, współczesna muzyka zalewa nas masą dobrego materiału. Odpowiedniego do krótkich, zbyt rzadko pochłaniających całą uwagę doświadczeń, estetycznego odpowiednika przekąski. Taka sytuacja sprawia, że szczególnie trudno ocenia mi się wydawnictwa, którym, nawet jeśli tylko fragmentami, udaje się przekroczyć granicę, za którą kryje się chęć gruntownego zgłębienia danego materiału – przykładowo, znalazłbym pewnie tegoroczne płyty, które całościowo podobały mi się bardziej niż A Moon Shaped Pool, ale za przypomnienie mi o czasach, gdy ulubionych albumów miało się nie tysiąc, a dziesięć i chciało się ich słuchać w kółko miesiącami, krążek oxfordczyków staje się po prostu ważniejszy, niż to się wydaje.

Najnowsza piosenka duetu CAFUNÉ (sama nazwa, oznaczająca w brazylijskiej wersji portugalskiego czynność czułego przeczesywania włosów drugiej osoby, powinna sporo powiedzieć o tym jaką mogą grać muzykę) tego poziomu jeszcze nie osiąga, ale kontynuuje obraną na zeszłorocznej EPce Love Songs For Other People drogę i usprawnia umiejętność pomysłowego wzbogacania głównego motywu aż do nieuchronnej kulminacji (cały krążek to kawał rzetelnego nowoczesnego popu, a rolę godnych polecenia highlightów spełniają "Warm Body" i "Fall Asleep Slow"). Z początku myślałem, że "Don't You Forget" to po prostu tylko kolejny fajny numer: skojarzenia Wojtka z Cardigans objawiały się szczególnie w słodkim głosie wokalistki, a zwrotka i refren całkiem zgrabnie lawirowały między zalotną oszczędnością a pełną beztroski radosną eksplozją, ale brakowało mi czegoś wyrazistego, co odróżniałoby twórczość Sedony Schat i Noah Yoo od masy ukazującego się współcześnie alt-popu.

Na szczęście pojawił się mostek, a wraz z nim magia: zapętlony riff i rytmiczny zaśpiew, do tego podkreślające swoistą statyczność fragmentu miarowe bębny – wszystko elegancko wycyzelowane, a jedynym elementem przygotowującym na nadciągający przełom jest sukcesywnie wybijająca się z tła melodyjka. W momencie kiedy wysuwa się na pierwszy plan, okazuje się, że euforia może przeskoczyć kolejną, jeszcze wyżej zawieszoną poprzeczkę, a duet objawia tę jakże ważną dla songwriterów umiejętność polegającą na włączeniu fajnych motywów w sensowną w kontekście całej piosenki muzyczną narrację. CAFUNÉ budują mostek w mostku, który, głównie poprzez dodanie kolejnego głosu, prowadzi umiejętnie do kolejnej już kulminacji, w której następuje powrót do refrenu, gdzie spajają się elementy z tych najbardziej ekstatycznych momentów numeru, sprawiając, że powtórzenie chorusu też nie jest zwykłą repetycją, ale wprowadza nową, i to wyraźnie lepszą, jakość. W celu wizualizacji moich odczuć wspomogę się jeszcze Pharrellem, który miał okazję przesłuchać kawałek i podzielić się swoimi wrażeniami na jego temat kilka miesięcy temu, a jego reakcje w zadziwiająco zbliżony sposób pokrywają się z moimi (wypowiedziane przez niego w linkowanym filmiku słowa "From Stevie Wonder to Steely Dan, bridges are everything" przypominają zresztą, że nawet jeśli ostatnio trochę obniżył loty, to nie ma wątpliwości, że ciągle jest częścią naszej drużyny). Poza minami Williamsa warto zresztą wsłuchać się trochę w dawniejszą wersję piosenki, na podstawie której można wysnuć przypuszczenia na temat procesu twórczego i tego, jak ich numery ewoluują. Mimo że to dopiero początek, wyczuwam u nich kumatość i myślę, że mogą nas jeszcze czymś zaskoczyć.

I pora wrócić do początku, czyli nieszczęsnej kwestii oceny. Mimo całej sympatii trudno mi stwierdzić, że dochodzi tu do sytuacji jaka przytrafia mi się czasem przy dłuższych powieściach czy serialach, kiedy to lekko nużący początek pod koniec lektury czy seansu zaczynam już doceniać, inaczej traktując jego rolę dla całości. Pierwsza część to dla mnie po prostu przyzwoite 7.0, drugiej przyznałbym ósemkę, więc matematycznie wychodziłoby 7.5 i tak niech pozostanie, chociaż przez tę zamykającą połówkę o "Don’t You Forget" szybko nie zapomnę.

Piotr Ejsmont    
14 czerwca 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019