PLAYLIST

Brian Eno & Kevin Shields
"Only Once Away My Son"

9.0

"Stworzył" ambient. Współtwórca samplingu. Jeden z ojców dzisiejszej elektroniki. Odcisnął piętno, także autorskie, na najlepsze płyty lat 70-tych i 80-tych. Jest jednym z producentów wszech czasów, którego perfekcja w studiu nagraniowym może przerażać. Jeśli są na tej planecie ważni artyści, z którymi nie współpracował, to zmieni to się wkrótce albo nie są ważni. –Łukasz Łachecki,"Porcys's Guide to Pop"

"Wkrótce" oznacza w takim razie dokładnie osiem lat.

Geniusz, wizjoner, człowiek, który stworzył dźwięk, odkrył Amerykę, dotarł do pokładów świadomości, do których w muzyce pop nie udało się dotrzeć nikomu. –Łukasz Łachecki, tamże.

Cofnijmy się w czasie o dwanaście miesięcy. Wyobraźcie sobie, że bierzecie udział w ankiecie któregoś z magazynów muzycznych (prawdziwego, zmyślonego – jak wam wygodniej), odpowiadając na standardowe pytania dotyczące minionego roku. Ulubiony album? Ulubiony zespół? Największe rozczarowanie? Najlepszy debiut? Na końcu jeszcze rubryka z prognozami i oczekiwaniami: nadzieje na nowy rok.

Ilu miłośników ambientu zamarzyłoby o wspólnym nagraniu Bena Frosta i Fennesza? Wolfganga Voigta i Williama Basinskiego? Keitha Fullertona Whitmana i Jana Jelinka? Stars Of The Lid i Tima Heckera? Przychodzi mi na myśl jeszcze wiele podobnych zestawień. Mowa tu zresztą o gatunku wybitnie niejednorodnym, niezależnym, poddającym się ochoczo fantastycznym modyfikacjom, niezamkniętym w sztywnych ramach i niemalże z definicji otwartym na eksperymenty. Na powyższych wyobrażeniach ciąży jednak duży potencjał prawdopodobieństwa. Nie zdziwiłbym się, gdybym któregoś dnia, w drodze do pracy, przeczytał o wspólnym przedsięwzięciu Biosphere i Noveller, takie rzeczy się przecież zdarzają. Natomiast tego duetu raczej bym nie przewidział.

Nie dlatego, by niemożliwym było istnienie wyobrażalnej dla takiego spotkania przestrzeni, wręcz przeciwnie. Nikogo przecież nie zdziwiłoby zdanie, w którym recenzent napisałby o dziele, że brzmi tak, jak mogłaby brzmieć wspólna sesja Briana Eno i Kevina Shieldsa. Możliwe nawet, że gdzieś już je czytaliście, możliwe, że sami pokusiliście się kiedyś o takie porównanie. W porządku, aż do teraz można było tak mówić. Tworzenie podobnych modeli do pewnego stopnia ułatwia nam komunikację, o tyle bezpieczną, że powierzchowne, upraszczające rzeczywistość zdania w stylu "Radiohead grają (z) King Crimson" przynależą do literatury fantastycznej, niezależnie od tego, jak bardzo kuszące wizje się w nich kryją. Potencjał gigantyczności takiego wydarzenia sprawia, że ciężko uwierzyć w jego realność. A jednak, czasami, niezwykle rzadko, cud się wydarza, zatem po raz pierwszy i ostatni napiszę o utworze, że brzmi dokładnie tak, jak brzmiałaby wspólna sesja Briana Eno i Kevina Shieldsa. Jak zatem?

Na pewno nie rewolucyjnie, nie w sensie odkrywania nowego terytorium i wytyczania nowatorskich szlaków. Dziewięciominutowa, drone’owa suita eksploruje w sposób olśniewający przestrzeń znaną z dorobku autorów Apollo (zabawnie tak pisać o Eno, wybierając jedną pozycję, ale akurat Apollo przyszedł mi do głowy) i Loveless, a także niektórych twórców wspomnianych w drugim akapicie, co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę to, jak wiele zawdzięczają największe postaci współczesnego ambientu obu naszym bohaterom. "Only Once Away My Son" jest nie tylko na wskroś współczesną, brzmieniowo aktualną odpowiedzią uczniom, mistrzowskim wykładem na najbardziej prestiżowej uczelni świata. To przede wszystkim zachwycające pod względem formalnym dzieło, okazała wizytówka ambientu – gatunku, który jeden z grających tu profesorów wykreował, drugi zaś obdarzył niezliczonymi perspektywami na całe dekady.

Już w pierwszych sekundach niewidzialne ramiona chwytają słuchacza i bez ceregieli rzucają w otchłań zaplanowanego z najmniejszymi detalami świata, z każdą kolejną frazą, kolejną ścieżką, prowadząc wgłąb, nie pozwalając na moment wytchnienia. W rozmowach o ambiencie pobrzmiewa czasem teza, że jest to muzyka ilustracyjna, podległa obrazom, tym z filmowego ekranu i tym, które powstają pod przymkniętymi powiekami. Wygodnie jest też pisać o nim z pomocą wyobraźni plastycznej, nurzając się w synestezjach. Nie tym razem. Tutaj każdy obraz, podobnie jak każde słowo, każda próba poetyckiego lub krytycznego opisu, zostałyby daleko w tyle. Wizja i język stają się kalekie wobec tak sugestywnej i do tego stopnia wypełnionej emocjami, żywej i suwerennej muzyki. Nie da się jej także zamknąć w minutach i sekundach – nagranie, pomimo iż trwa w czasie, zdaje się nie mieć końca, ani początku, zaś w dziesiątkach repetycji nie sposób zaznać znudzenia.

Czyżbyśmy mieli zatem do czynienia z utworem doskonałym?

Czy jednak nie wydarzyło się to naprawdę?

Piotr Gołąb    
2 listopada 2017
BIEŻĄCE
John MausScreen Memories
Tame Impala"List Of People (To Try And Forget About)"