PLAYLIST

Big Brother & The Holding Company
"Intruder"

7.5

Ok, a teraz powiedźcie mi, ino szczerze: jakie pierwsze skojarzenia cisną wam się na usta na wydźwięk słów "big brother"? Wolę nie badać wyników takiej sondy, w najlepszym wypadku parę procent respondentów dumnie przytoczyłoby tytuł książki Orwella. Jedynie stanowiący odłamek promila ogółu fani muzyki lat 60-tych bez zmrugnienia oczami wypaliliby: "Janis Joplin!".

Yep. Pełną nazwa formacji, z której to Janis wypłynęła na szerszą widownię, macie w nagłówku. Po dwóch latach istnienia (Joplin dołączyła do zespołu rok po jego starcie), w 1967 roku, kapela wydała debiutancki self-titled. Przyznam, że w kompletowaniu dyskografii kojarzonej nieszczęśnie głównie z nałogami artystki jestem ledwie bobasem, posiadającym owo jedno, nieco ponad trzydziestominutowe cacko. Do zasięgnięcia w głąb nie tylko tego albumu, ale i całego dorobku JJ zachęca już zgrabne wejście gitary openera "Bye Bye Baby". Im dalej, tym lepiej: nie tylko zwolennicy psychodelicznego San Francisco, nie tylko wrośli w hippisowskie idee będą zachwyceni.

Zwłaszcza mam na myśli kryjący się pod trójką klasyk w postaci "Intrudera". Pląsająca napiętym rytmem sekcja przebija się uporczywie przez struktury dialogu tak charakterystycznego dla tamtych lat wiosła z niemniej sztandarowym, zacinającym wokalem wyśmienitej Janis. No i jeszcze wcinany łapczywie refren z wersami "What are you / Tryin' to do?". Hej, pamiętacie, że lata sześćdziesiąte to najważniejsza dekada w historii muzyki rozrywkowej? Jedyna możliwość zbliżenia się do wyobrażenia jak to naprawdę było to przesłuchania w zaciemnionym pokoju albumów takich jak Big Brother & The Holding Company właśnie. Nie ograniczajmy się tylko do Beatlesów (bynajmniej nie namawiam was, by słuchać ich mniej, heh); nie traćmy czasu na papierowe w większości rewolucje naszych czasów. Przyjrzymy się tej prawdziwej, sprzed czterech już dekad.

Jędrzej Michalak    
11 lutego 2004
BIEŻĄCE
IceageBeyondless
Lista przebojów Carpigiani: Notowanie #23