PLAYLIST

Beyoncé
"Formation"

7.5

Jeśli jest jedna rzecz, co do której rozstrzeleni po obu stronach debaty komentatorzy "Formation" nie mają wątpliwości, jest to siła przekazu, jaką Beyoncé – swoista chodząca rubryka tabloidu – kumuluje w swoim medium. Bo przecież utwór ten porusza się torem, z jakim Knowles kojarzona jest od dawna – tożsamość rasowa, nieco nieporadny feminizm, środkowy palec skierowany w stronę wszelkiej maści hejterów, ale wszystko to nabiera intensywniejszego charakteru, kiedy weźmie się pod uwagę okoliczności. Świadoma, że jej komunikat posiada większą moc niż bezpośrednie deklaracje znacznej części środowisk politycznych, premierę butnie wystylizowanego "Formation" decyduje ustawić na finał Super Bowl, gdy oczy narodu skierowane są w jedno miejsce. Wtem wybucha wielka wrzawa. Każdy – od poważnych polityków po domorosłych fejsbukowych ideologów – czuje się zobowiązany do ustosunkowania, internauci z całego świata licytują się w wyszukiwaniu kolejnych mniej lub bardziej zakamuflowanych nawiązań historyczno-obyczajowych (odsyłam gdziekolwiek, uchylając się tym samym od tak zwanego "dziennikarskiego obowiązku"), a włodarze Red Lobster zacierają rączki na gwałtowny wzrost obrotów. Emocje sięgają zenitu. Dzieje się.

W tym wszystkim zapomina się natomiast, że "Formation" oprócz kulturowej zadry pod paznokciem jest również fantastycznym kawałkiem, za którym stoi nie kto inny, jak nasz ulubieniec Mike WiLL Made-It. Trudno zresztą tego nie usłyszeć – charakterystyczny, flegmatyczny bit odsyła wprost do produkcji Williamsa dla Rae Sremmund (swoją drogą w "Formation" maczał również palce Swae Lee, jeden z członków duetu), choć w porównaniu do dość oszczędnych struktur SremmLife, te tutaj odznaczają się iście królewskim bogactwem – polecam powyłapywać sobie kolejne ścieżki na słuchawkach, jest tego trochę. Sama Bey też nie zawodzi, kipiąc charyzmą, jakiej nie powstydziła by się jakaś M.I.A. – to ten sam typ pyskatego swaggeru, jaki Arulpragasam zapodała w "Bad Girls". Dodajmy do tego wyłaniający się znikąd, uzależniający refren i mamy joint kompletny, wysoko postawioną w tegorocznym mainstreamie poprzeczkę. Wy sobie więc dalej dyskutujcie o perukach, dupach i białych policjantach, ja tymczasem jeszcze sobie trochę pobounce’uję. Bez odbioru.

Wojciech Chełmecki    
12 lutego 2016
BIEŻĄCE
IceageBeyondless
Lista przebojów Carpigiani: Notowanie #23