PLAYLIST

Ayuse Kozue
"Apple Pie"

8.0

A ten znowu o tej Japonce. Faktycznie, poprzedni singiel został przeze mnie przestrzelony o około jeden punkt, jednak nie ma to większego znaczenia, bo kolejnym kawałkiem Ayuse udowadnia, że nic co robi, nie dzieje się przypadkowo, wyrastając na światową nadzieję popu, choć póki co chyba nadal zbyt alternatywnego dla europejskich mózgów. Czasy dominacji Stanów w popkulturze podobno dobiegają końca i kto jeszcze nie otworzył się na Wschód, ma ku temu świetną okazję.

Dawno żaden kawałek nie wprowadził mnie w stan takiej dezorientacji. Kiedy cichnie ostatni dźwięk "Apple Pie", szukam szczęki pod biurkiem i to już nie tylko dlatego, że znowu to zrobiła. "Apple Pie" to jeden z najbardziej kreatywnych kawałków, jakie zostały wydane od dłuższego czasu, tam się po prostu obrzydliwie dużo dzieje, a gdzieś od 3:28 mam wrażenie, że aż za wiele. Dla mnie to brzmi jak mash-up "Pocztówki Z Wakacji" i "How Will I Know" z na przykład "Music Gets The Best Of Me" wykonany za 20 lat albo jakby trio Stock Aitken Waterman napisało kawałek z Cathy Dennis i Gregiem Kurstinem. I choć może to kwestia prędkości, z jaką tu się dzieją rzeczy, ale nawet takie porównania wydaje mi się zbyt zachowawcze w stosunku do "Apple Pie", dodajmy więc prawie świętokradcze "pod okiem Maxa Tundry".

Ale już na serio, bo najlepsze przed nami. Najprawdopodobniej Ayuse Kozue nie nagrała tego kawałka z Tową Tei, który zajął się produkcją kolejnej solowej płyty i zniknął z Top Przyjaciół na MySpace Ayuse, ale napisała, skomponowała i nagrała go sama. Oto co możemy przeczytać na jej stronie: "For one thing and another, I compose music, write lyrics do the arrangement and take the vocal. People call me a DTM (Desktop Music – przyp. aut.) singer-songwriter...". Z dalszego opisu dowiadujemy się między innymi, że Ayuse jest "full of D.I.Y. spirit". I chociaż mieliśmy już takie przypadki, choćby Annie, a podkreślanie wyższości "artysty" nad "wykonawcą" zawsze powoduje we mnie drgawki, to jednak kiedy słucham "Apple Pie" nie umiem nie upajać się myślą o tym, że laska to wszystko (a nawet jeśli tylko część) zrobiła sama.

Sam J-pop jest dla większości z nas raczej zjawiskiem ekstremalnym i terenem kompletnie nieodkrytym, który przy bliższym spotkaniu zwykł odrzucać albo po prostu przegiętą słodyczą, albo stosowaniem jakichś przerażających sztuczek produkcyjnych lub zwyczajnie wydawał się niesłuchalny. Dopóki Kozue współpracowała z Tową Tei, w jej kawałkach słyszeliśmy przynajmniej dużo inspiracji współczesnym europejskim i amerykańskim popem, "Sundae Love" miało być japońską odpowiedzią na Body Language, a w "Koyoi Kimi Ni Koi Wo Shite" pobrzmiewało Neptunes. Właściwie dopiero teraz Japonka pokazuje nam świat rodzimego popu, ze swoim zamiłowaniem do wysokich słodkich wokali, dużej ilości uderzeń na minutę i ejtisowego popu. I ja nie ogarniam. Kojarzycie taką laskę Ayumi Hamasaki, chyba najpopularniejszą J-popową wokalistkę na świecie? Ledwie kilka goodshitowych numerów, zapomnijcie. Wydaje się, że Kozue jest w tej chwili po prostu czołową postacią J-popu, która ponownie definiuje ten gatunek. No bo jak inaczej opanować przerażenie, które pojawia się na myśl o tym, że może tworzy się tam znacznie więcej takiej muzyki.

posłuchaj »

Kamil Babacz    
5 marca 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019