PLAYLIST

Avalanches
"Frankie Sinatra"

3.0

Co można począć jeśli debiutuje się takim Since I Left You – obiektywnie jednym z albumów dekady, subiektywnie jednym z ciekawszych zjawisk w historii muzyki rozrywkowej, nieoczekiwanym gamechangerem? No, ciężka spawa, ale wydaje się, że jest parę opcji. Można trochę pojeździć z materiałem, w międzyczasie zbierając zasłużone laury, a potem zejść ze sceny niepokonanym, ale jest również opcja próby pójścia za ciosem, próby dokonania niemożliwego i klepnięcia drugiego złotego strzału z rzędu, no bo umówmy się – kiedy zaczyna się w takim stylu, dalej już nie wypada wypuszczać rzeczy nawet niezłych/poprawnych, bo automatycznie oznacza to zejście trzy poziomy niżej. Długo wydawało się, że Australijczycy poszli tą pierwszą drogą, saga z nowym materiałem ciągnęła się w nieskończoność i nawet najbardziej optymistyczni fani pewnie porzucili już nadzieję. Okazało się jednak, że dane nam będzie posłuchać nowego albumu Avalanches, a pierwszy singiel otrzymaliśmy w zeszłym tygodniu.

W kontekście tego całego zamieszania najmocniej wydają się przebijać opinie szalikowców grupy o niewybaczalnym zamachu na jej święty status. Coś w tym jest, już nawet nie biorąc pod uwagę wielce prawdopodobnego scenariusza zmiany postrzegania zespołu z "noo, stary Since I Left You!" na "Debiut mocna rzecz, ale ostatnio odjebali fifloka z tym Wildfower", ale z oryginalnego składu do dziś ostało się ledwie trzech panów, co biorąc pod uwagę dalsze posługiwanie się pierwotną nazwą projektu może wywoływać pewien niesmak.

Nic z tego nie miałoby jednak znaczenia, gdyby "Frankie Sinatra" wymiatał. A z paru powodów można było tak przypuszczać. Chłopaki czekali z tym szesnaście lat, więc mogli zebrać kolejny miliard sampli i odpowiednio je posklejać, a współpraca z MF Doomem i Dannym Brownem również pobudzała wyobraźnie. Tym większy smutek ogarnia podczas obcowania z tym numerem. Nie brzmi to, wbrew krążącym opiniom, jak zagubiony singiel Gorillaz, a raczej jak odpowiednio upośledzona wersja Australijczyków. Nigdy w kawałku Avalanches nie było tyle niezagospodarowanej przestrzeni. W każdym utworze z debiutu mieliśmy drugie, trzecie i czwarte plany, dzięki którym odkrywało się niespodziewanie jakiś nowy drobiazg nawet przy którymś z kolei odsłuchu, a w omawianym tracku nie dzieje się absolutnie nic. Jakby pustka po nieobecnych członkach oryginalnego składu przekładała się jakimś magicznym sposobem bezpośrednio na samą muzykę. Na tle tego nudziarstwa nawet zwrotki wyżej wspomnianych raperów brzmią jakoś płasko i konwencjonalnie.

Można wyobrazić sobie, że jakiś początkujący muzyczny adept, chcący rozpocząć przygodę z tym zespołem i zweryfikować jego legendę zaczyna od tego potworka i zniechęcony nigdy nie sięga po SILY. Przykra sprawa.

Stanisław Kuczok    
11 czerwca 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019