PLAYLIST

Autechre
"Surripere"

5.5

Jak w przypadku Aphexa, spory o kluczową pozycję w dorobku Autechre trwają w najlepsze i nie zanosi się, by kiedyś miały się zakończyć. Każdy ma na ten temat własne zdanie i niewiele brakuje, by pewnego dnia Jan Pospieszalski posadził wszystkie dyskutujące frakcje w programie "Warto Rozmawiać", urządzając na ten temat dwugodzinną debatę. Internetowa biblia recenzencka, czyli encyklopedia Allmusic, odzwierciedlająca zwykle tak zwaną opinię większości, wskazuje na Tri Repetae jako krążek, od którego laik powinien rozpocząć swoją przygodę z Autechre. Quote: "Tri Repetae fully confirms Autechre's evolution into electronic noise kings". Może i potwierdza, ale jakby nie patrzeć to tylko upgrade'owana wersja klimatycznego piwnicznego house'u i mistycznego kosmo-transiku Amber. Agresywniejsza, podkręcająca tempo, uelectrowiona, wzbogacająca faktury. I nie koniecznie lepsza. A znakomite Chiastic Slide, czyli ostatnie tchnienie wczesnego, magicznego Autechre? Momentami nieprzyjazne, chropowate, nachalnie hipnotyzujące. Ale zachowujące jeszcze aurę pionierskich, wylęgłych w undergroundzie poszukiwań. LP5 to już jakby nowy interesujący rozdział – skomasowany atak gęstymi syntetycznymi bitami, misternie splecione ze strzępków keyboardowych chmurek pajęczynki, wszechobecne tętno. I wreszcie nadzwyczajny Confield, o którym nie wstydziłbym się powiedzieć, że jakimkolwiek kategoryzacjom umyka. O drogę nikogo nie pyta. Dotykamy tutaj jakichś wyższych rejonów muzycznej abstrakcji.

Za to ze wskazaniem najsłabszej pozycji w dorobku duetu Booth / Brown nie powinno być od zeszłego roku żadnego problemu. To są w większości bzdury jakieś. Bujny cyfrowy klekot, z którego cały czas próbuje wykluć się konkretny beat i nigdy nie kończy się to powodzeniem. Chaotyczne trzaski, breaki, praski, atonalne pomrukiwania, sporadycznie poprzetykane przypadkowymi błogimi, rozmytymi plamkami. Dominują szorstkość, nie-muzyczne stęki, bród, nieład. Pierdzące, zacinające się zakończenie "Surripere" zapisuje nader niechlubną kartę w dziejach formacji: łamańce ostatnich fragmentów tego tracka można pomylić z gwałtownym, gorączkowym prykaniem; fragmentaryczne scape'y z bardziej arystokratyczną, spokojną formą oddychania tylną częścią ciała. Gdyby Draft nie sygnowano nazwą Autechre, gotów byłbym potraktować krążek jako raczej nieudany zestaw wprawek w łączeniu digi-noise'u z elektronicznym minimalizmem: przysłowiowe zero treści. To płyta nieprzyjazna, antypatyczna. Ta płyta za każdym razem powie wam "spierdalaj".

Michał Zagroba    
2 grudnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019