PLAYLIST

Audioslave
"Be Yourself"

2.0

Nie byłem zachwycony singlowymi fragmentami debiutu Audioslave. Natomiast do żenady, którą ogłaszał w swojej recenzji Jacek moim zdaniem było jeszcze daleko. Na drugim albumie ponownie mamy do czynienia ze zgrabnie skrojonym, głupim korporacyjnym produktem, skierowanym do alt- albo modern-adult-rockowych stacji.

Słowem-kluczem mógłby być post-grunge, najbardziej znienawidzony gatunek muzyczny. Fanowi Soundgarden cały czas pobrzmiewać gdzieś będzie "Spoonman", "Blow Up The Outside Word" albo "Let Me Drown". Riffy brzmią jednak jak z odzysku – brakuje w nich zadziorności RATM (fani znający katalog na pamięć zapewne coś jednak wychwycą), więcej jest za to lekko przeterminowanego hard-rockowego mięsa, które produkowano na północnym zachodzie USA w lepszych czasach. Słuchając takiego "Dandelion" słychać nawet owe "Beatlesowskie wpływy" przefiltrowane przez zeppelinowskie fascynacje Cornella. Niestety, mając zaliczone kilkanaście przesłuchań płyty, pół sekundy po zakończeniu takiego "Out Of Exile", nie pamiętam, czym różniła się ta piosenka od poprzedzającej ją "Your Time Has Come". Niby pierwszy powiela w 100% klasyczną konstrukcję intro-zwrotka-refren-zwrotka-mostek-podwójny refren-outro (dając w sumie bardzo "singlowy" czas). Niby drugi kawałek to właśnie przykład nowego "Spoonmana", tylko że bez handclapów, bez firmowego groove'u Matta Camerona i bez nieparzystego podziału rytmicznego, za to ze zdyscyplinowanym, ale nieciekawym bębnieniem Brada Wilka. Ale bez analitycznego podejścia, początek się zlewa. Początek "Man Or Animal" przypomina "Teritorial Pissings", ale zespół przychodzi po rozum do głowy i szybko wycofuje się z tego nietaktu – żadnego wydzierania się czy innych skandali (deep throat z mikrofonem?) nie ma. Tylko "#1 Zero", a właściwie końcówka, to jeden z nielicznych pełnych żaru momentów na krążku. "Drown Me Slowly" to mały hołd dla All That You Can't Leave Behind. Czy chłopaki zestarzeli się dwa razy szybciej niż Bono?

Również "Be Yourself" (po prostu bądź sobą, bo tyle ci zostaje) odkrywa przed słuchaczami melancholijną stronę zespołu. To mogłoby się zmieścić, gdyby tylko odjąć trochę decybeli, na tym śmiertelnie nudnym solowym Cornellu (kupiłem Euphoria Morcing prawie 6 lat temu w Paryżu, nigdy nie przebrnąłem przez całość). Sporo tu zresztą takich słodziutkich pop-rockowych fragmentów. Potem wybrzmiewa, niezwykle martwa (lifeless) solówka z wah-wah w stylu... Mike'a McReady. Kontynuując te intertekstualne poszukiwania: słowa "Be Yourself" przywodzą na myśl poetykę Reveal albo wspomnianego All That You Can't Leave Behind – wszystko jest ok, tutaj jest jak jest po prostu i lepiej żyj w zgodzie ze sobą. Wygląda więc na to, że wraz z Out Of Exile niegdyś młodzieżowi idole Generacji X przekroczyli smugę cienia. Stąd już niedaleka droga do Stinga i "Behind The Scenes" w VH1. Nawet koncerty pod nosem staruszka Fidela na Kubie raczej nie pomogą.

Zdjęcia w książeczce płyty przedstawiają Cornella, Morello i resztę jako śmiertelnie poważnych muzyków sesyjnych. Zamyślony perkusista siedzi za błyszczącym zestawem, zdjęcia z gitarami, jamujący wymiatacze etc. Myślałem, że onanistyczna maniera przedstawiania siebie jako Muzyków (z akcentem na pierwszą sylabę) ostała się tylko u polskich załóg nu-metalowych. Nie.

Piotr Kowalczyk    
5 lipca 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019