PLAYLIST

American Music Club
"Mr. Lucky"

0.0

W związku z zapowiadanym przez nas na początku roku wielkim powrotem American Music Club warto mniej zorientowanym przypomnieć pokrótce postać Marka Eitzela. Może jakiś okrzyk cichutki podziwu wydamy? Na przykład, zastanowiła mnie ostatnio niesamowita droga, jaką przebył ten artysta: wspólnie z kolegami z American Music Club rozpoczynając wędrówkę od klimatów smithsowego gotyku; następnie swobodnie przemierzając rejony folk-rockowe, czyniąc z wytartej tradycji swoisty, oryginalny styl, wykorzystujący elementy innych gatunków na tyle sprawnie, że trudno dostrzec w nim konwencje dominujące; by od dobrych paru lat, działając już na własny kredyt, zadomowić się w ekstraklasie współczesnych songwriterów.

Ujmując sprawę obrazowo – rozpoczynając indywidualną przygodę Eitzel zasiadł za fortepianem, na którym dla towarzystwa postawił nieodłączną żonę swoją whisky i w naturalny, niewymuszony sposób stworzył świeży, cechujący się niebywałą, niemal walkerowską (bez musicalowej pozy) ekspresją songwriterski styl, nic nie mający wspólnego z tradycyjną bardowską folksterką (może z wyjątkiem konserwatywnego jak na Eitzela, choć również znakomitego Caught In A Trap And I Can't Back Out Cause I Love You Too Much, Baby – dedykowane małżonce?). O ile 60 Watt Silver Lining wyrasta jeszcze z kameralnej ballady jazzowej, na wysokości West jesteśmy świadkami pełnego ukształtowania się owego stylu. To wrażliwość, którą ciężko uchwycić. Mark kompletnie nie jest "catchy", w sensie w jakim powiedzmy Elliotta Smitha chce się nucić, ale potrafi przygwoździć słuchacza samą charyzmą, z miejsca zarazić wieczornym klimatem i zafrapować kompozycjami, w których w każdej chwili może zdarzyć się wszystko. Ostatnie Invisible Man kumam w najmniejszym stopniu, choć przyznaję dobrowolnie, że dostojny elektroniczny pop w wykonaniu Marka to dla mnie być może rzecz zbyt trudna, wyrafinowana, za mało oczywista. Bez względu jednak na stopień zrozumienia osobliwych, nieoczywistych melodii tego nowego Eitzela, trudno nie poddać się refleksyjnemu nastrojowi i nie doznawać *mądrości* kolesia.

Co do samego American Music Club. Nie ma sensu dotykać tematu Everclear, natomiast warto zatrzymać się chwilę nad początkami grupy. Jak hartowała się stal, czyli debiutancki Restless Stranger, po latach posiadający wartość głównie dokumentalną, ale nie tylko. Popatrzmy, jak na połowę lat osiemdziesiątych krążek ujawniający wpływy lirycznego Morrisseya, Joy Division i ciężkawej odmiany post-punka oraz amerykańskiego college-rocka początku dekady mógł sprawiać wrażenie niezbyt inspirującego, spóźnionego z trendami o ładnych parę latek. Natomiast będę się upierał, że w oderwaniu od drętwych chronologicznych analiz co najmniej parę kompozycji broni się z powodzeniem. Przykładem żywiołowe "Mr. Lucky", eksplodujące rytmem z Czarnego Lądu i zbliżone ekspresją do wczesnego Talking Heads. Ano, i jeżeli ktoś przyzwyczaił się do wizerunku mędrca z brodą, powinien sięgnąć po momentami drapieżne Restless Stranger, a kapcie mogą pospadać mu z nóg.

Michał Zagroba    
12 października 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019