PLAYLIST

Aloha
"Body Buzz"

6.5

O tym, że artyści indie preferują ostatnio zagłębiać się w klimaty błogie, lekkie i przyjemne (z pewną dozą melancholii ewentualnie), a współczesny amerykański niezal już dawno wyzbył się pierwiastków surowości, agresji i seksu wiemy nie od dziś i nie musi nam żaden Kevin Barnes przypominać. Mimo ogólnego trendu na miluśne popowe granie dla bedroomowych wrażliwców rzadko kiedy mamy tu jednak do czynienia z muzyką, która choćby pewnym młodzieńczo naiwnym czarem zbliżała się do swoich odpowiedników sprzed dekady, czyli kultowego (już) Grandaddy na przykład. O, i tu niespodzianka: wywodzący sie z Pittsburgha, a obecnie rozrzucony dosłownie po Stanach outfit sprezentował nieśmiało kawałek, który pozwala powrócić myślami do tego chwalebnego dla indie-popu okresu, a równocześnie operujący środkami godnymi dwudziestego pierwszego wieku – szerokim spojrzeniem na klasykę muzyki rozrywkowej i emocjonalnym bagażem nu-indiowskiego nurtu.

Sama Aloha znana jest już czytelnikom Porcys z zeszłorocznego długograja Some Echoes; w odróżnieniu od tego skądinąd mocnego wydawnictwa, odwołującego się zarówno do rocka w wersji niezal, jak i prog, post i psychodelicznego, tegoroczny utwór to prostolinijny, acz niewątpliwie uroczy kawałek emo-popu w najpoczciwszym znaczeniu tego terminu. Zapodając klasyczną Death Cabowską melodykę i wahania napięcia (patrz: refren) w opozycji do alt-country'owego wydania typowo brytyjskich smętów (patrz: zwrotka), Aloha z miejsca zyskują zaufanie wszystkich slo-core'owych typków, a "Body Buzz" okazuje się ostatecznie kawałkiem, który mimo braku specjalnej innowacji w jakimkolwiek aspekcie gościć może na repeacie przez bardzo długą chwilę.


Zobacz także:

http://www.myspace.com/aloha
Patryk Mrozek    
30 listopada 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019