SPECJALNE - Wywiad
Torche

Wywiad z Torche

21 maja 2015

Trochę się powtórzę: na wrocławskim festiwalu Asymmetry Torche zagrali "koncertowo". Mieszanina luzu, energii, spore obciążenie – to wszystko tam było, nawet w nadmiarze. Jeszcze przed tym show, pogadałem sobie chwilę z gitarzystami: Stevem Brooksem, Andrew Elstnerem i z basistą Jonathanem Nuñezem. Opowiadali o początkach zespołu, o trasie, o pirackim życiu. Spoko goście, z poczuciem humoru i pasją, która zmusza do kilku wyrzeczeń. No, i udało mi się powstrzymać przed pytaniem o słynną historię z nietoperzem.

***

"Torcz"? "Torczé"? "Torszai"? Słyszałem kilka pomysłów wymowy. Może na wstępie rozwiejmy wątpliwości.

Jon Nuñez: Ta pierwsza.

Skąd to zamieszanie. Stroicie sobie z tego żarty?

Steve Brooks: Kiedyś może na ten temat żartowaliśmy, ale tak naprawdę Torche to od początku "torch", po prostu – coś, co płonie, co daje światło.

Czyli nie francuskie: "torché"?

Andrew Elstner: Wiesz, Francuzi nawet o to kiedyś pytali...

Jon: Co to znaczy?

Andrew: "Nawalony".

Jon: Też by pasowało.

Steve: Kiedy już ustaliliśmy, jak nazwiemy nasz zespół, odkryłem, że była już ejtisowa kapela Torch. Pomyślałem: "och pieprzyć to, zrobimy staroangielską wersję i dodamy "e"'. Teraz dużo łatwiej nas znaleźć online.

Jak się wyszukuje, to często wyskakuje też termin "thunder pop".

Steve: Wszystkie wytwórnie przyklejają takie głupie łatki. Dla nas to po prostu hard rock.

Tamta łatka Wam nie pasuje?

Jon: Coś w niej jest. Nasza muzyka jest całkiem mocna, głośna, popowa przy okazji. Więc tak. Ale nie zajmujemy sobie tym głowy, nie wiąże nas zbytnio ta metka.

Steve: Zainspirowało nas pół wieku rock'n'rolla. W tym co robimy prędzej czy później wiele z tych wzorów wychodzi na wierzch. Sporo muzyki z lat 90., z 80. i… z 70., czy 60. Jeśli grasz muzykę gitarową w drugiej dekadzie tego wieku, to lata historii po prostu będą na ciebie wpływać.

Wchodząc w szczegóły – wśród waszych ulubionych artystów znajdzie się miejsce dla Guided By Voices i Superchunk, ale też dla Kiss, Aerosmith i stadionowego rocka. Wyobrażacie sobie Torche jako bardziej komercyjny projekt, coś jak drugie Foo Fighters?

Steve: Pewnie. W doskonałym świecie to byłoby świetne.

Andrew: Przecież robimy ten wywiad w konkretnym celu. Nie obraziłbym się, gdyby tak się to teraz potoczyło.

Steve: Ale nie żyjemy w doskonałym świecie. Weźmy Guided By Voices. Rzadko słyszę ich w radiu, a przecież mają super radiowe piosenki.

Jon: Bo ten biznes niestety rządzi się dziś innymi prawami, a pieniądze idą do konkretnych ludzi.

Steve: Dlatego właśnie muzyka antenowa nie jest najwyższej jakości.

Nagraliście ostatnio cover "In Bloom" Nirvany, to był oryginalnie całkiem gruby radio-singiel.

Jon: Nasz przyjaciel Andy Low nas o to poprosił.

Steve: Zapytał czy weźmiemy udział w tym projekcie. Serio – odpowiedziałem, że wolałbym raczej napisać w tym czasie jakąś nową piosenkę, ale nalegał, więc się zgodziłem.

Wasz nowy album natomiast odchodzi trochę od przebojowości poprzednika.

Steve: Wymieszaliśmy na nim różne rzeczy. Lżejsze utwory z ekstra ciężkimi. Myślę, że jest dość różnorodnie.

Andrew: Chcieliśmy nagrać coś, co sprawi nam frajdę, coś, co było związane z naszym nastrojem w tamtym czasie, jakikolwiek by nie był. Jeśli mieliśmy wrażenie, że muzyka jakoś z koresponduje z sytuacją, mówiliśmy: "hell yeah, nagrywamy to".

Jon: Już nasze ostatnie siedmiocalówki zmierzały w tym kierunku. Chcieliśmy zagrać głośno, nawet super głośno, odeszliśmy może nieco od radosnego rocka z poprzedniej płyty, aby odświeżyć trochę samych siebie i przekonaliśmy się, że "heavy feels good". Zwłaszcza, gdy grasz ten materiał na koncercie. Brzmi inaczej niż poprzedni album, ale następny pewnie pójdzie w jeszcze drugą stronę.

Czy powrót Floor miał jakiś wpływ na te zmiany?

Steve: Raczej nie. Napisałem tylko kilka piosenek na Oblation, właściwie muzykę skomponowali Anthony i Henry, a ja tylko wpadłem i dodałem wokale. Chciałem, żeby tak było, bo bałem się, że nawiązanie do brzmienia Torche zbyt wrośnie w styl Floor. To całkiem zabawne, bo Floor zaczęliśmy wcześniej, a Torche trochę wyrósł na tym gruncie, a później dopiero doczekał się oryginalnego rozwinięcia. Zaplanowaliśmy, że nowe Floor będzie brzmiało tak jak ostatni album tej grupy, na tyle oczywiście, na ile to możliwe. Powiedziałem więc chłopakom: "jeśli chcecie nową płytę, zacznijcie pisać" i Anthony zaczął pisać. Pisał i pisał. Coś jak dziewiętnaście piosenek… Wtedy mówię: "hola, hola, lepiej się na tym zatrzymajmy", a on ciągle dorzucał nowe rzeczy, "gościu, przecież nie zrobimy z tego potrójnej płyty!"

Haha, czemu nie!?

Steve: Nawet godzina muzyki to za dużo.

Jon: Ludzie tak się rozpraszają, że 35-45 minut to w sam raz.

Reunion Floor był częścią szerszego zjawiska. Czy heavy metal jest w aż takim kryzysie, że trzeba go ratować comebackami?

Steve: Myślałem, że heavy metal był w kryzysie już w latach 90.

Andrew: To zależy, o której scenie mówimy. Mam wrażenie, że wiele ekscytujących rzeczy nagrali ludzie, którzy wyrośli na metalu, a później zajęli się czymś innym. Oni na początku lat 00. nagrywali całkiem niepodrabialne płyty, poszerzali tę konwencję. Wykraczali poza jednoznaczne tagi: black metal, death metal, i tak dalej.

Steve: Był rzeczywiście taki niezły okres w latach "zerowych". Wiesz, ja wychowałem się na metalu, ale moim zdaniem ktoś wziął to wszystko bardzo na serio i zmienił to w jakiś żart. Podobnie z punkiem. Poznałem mnóstwo ludzi, którzy słuchali punka w latach 80., później, w 90., zaczęli słuchać cięższej muzyki. Kiedy zakładaliśmy Floor – powiedziałem sobie: "kurczę, już to wszystko słyszałem, mało jest zespołów, które serio lubię", tak to się zaczęło. Rozumiesz? Miało być heavy, ale miał być w tym luz i humor.

Chyba w latach 90. takie połączenie nie dawało dobrych efektów?

Steve: Nie brałem tego na serio. Graliśmy po domach i na imprezach. Miałem zamiar pozostać kompletnym amatorem, pójść do szkoły, mieć prawdziwą pracę.

Jon: Za to jak zaczynaliśmy z Torche, Steve przyszedł do mnie i powiedział: "chcę tylko pisać piosenki, chcę je wydawać, żadnych koncertów, chcę tylko pisać muzykę".

Steve: Cooo?! Nieee... Kiedy?

Andrew: Haha. Walka!

Steve: Nie, no na początku chciałem tylko wyrwać się jak najdalej z Florydy. Chciałem koncertować. Miałem wrażenie, że kręcę się w kółko.

Jon: Miałeś wtedy stałą pracę.

Steve: Chyba nie. Ale na pewno miałem niezły życiowy mętlik.

O Torche mówi się czasem, że to metal na prywatki.

Andrew: Mi się podoba to określenie.

Jon: Ja bym powiedział: fun metal. Wiadomo, że może być ciężki i mroczny, ale ma w sobie pozytywnego ducha. Nie chcemy nikogo krzywdzić. Trochę jak z tymi Guided By Voices: jestem na koncercie, dobrze się bawię, żartuję sobie ze znajomymi. Dla mnie muzyka to impuls, ludzie przychodzą, żeby jej posłuchać i pobyć trochę razem.

Andrew: Możemy grać dość brutalnie, ale nadal brzmi to jak party. Nikt na nikogo w tej muzyce nie krzyczy.

Wasz artwork też jest nietypowy. Okładka Harmonicraft wygląda tak, jakbyście się naoglądali My Little Pony.

Steve: Trochę! (śmiech) Inspiracją były ilustracje na płytach Yes i Asia. Wszystkie nasze okładki mają w sobie jakiś element fantazji, jakiś wyraźny temat. Nawet przy Songs For Singles można sobie wyobrazić, że to miłosna kartka albo jakiś list z wyznaniem.

Na okładce Waszych LP zawsze są chmury albo tęcza...

Steve: Czekaj, na nowym nie ma tęczy...

Andrew: ...Ale są chmury. Albo-albo.

Jon: Chodzimy po prostu z głową w chmurach.

Steve: Jesteśmy marzycielami.

Torche-Nibylandia. W jednym z wywiadów Andrew powiedział nawet, że w czasie trasy czujecie się jak piraci…

Andrew: Bo tak jest!

Steve: Ja jak byłem dzieckiem to miałem urodziny, kiedy wszyscy byli przebrani za piracką załogę.

A widziałem jeszcze taką dziwną recenzję wyświetlaną kiedyś na Fox News. Niejaki Mike Huckabee stwierdził, że Torche to "band with more hooks than a pirate convention".

Steve: Tak, było coś takiego. On czytał już gotowy tekst. Politycy potrafią robić tylko takie rzeczy.

To były gubernator Arkansas, nie?

Steve: Przede wszystkim to straszny dupek.

Ale z tymi piratami to miał chyba rację?

Steve: Ja tam na pewno czasami czuję się jak pirat.

Jon: Włóczymy się od miasta do miasta. Tu coś zostawimy, tam coś zabierzemy. I nie pamiętam już, kiedy ostatni raz jadłem jakiś normalny posiłek.

Andrew: A po koncercie siedzisz w swojej nowej koszuli, nowej kurtce, ciemnych okularach. Brudny. W minivanie. Jest gorąco. Cuchnie. Wszyscy ci obleśni kolesie w samochodzie robią miny, kiedy tylko na nich patrzysz. Podróżujesz, ale jesteś właściwie zamknięty w puszce. Prawdziwe piekło ładowni.

Jon: Czasem tylko zgarniesz jakieś skarby – wiecie, o co chodzi?

Steve: Na stacji benzynowej (śmiech). Właśnie skończyłem trasę z Floor. Jeździliśmy przez cały czas i mogliśmy coś zjeść tylko w klubie przed koncertem albo właśnie na stacji. Miałem wrażenie, że jem bardzo, bardzo źle w czasie tego tour.

Andrew: Uważaj, bo jeszcze złapiesz szkorbut (śmiech).

Na Florydzie pirackie odniesienia są chyba całkiem na miejscu?

Andrew: Może w perspektywie historycznej…

Jon: Nie ma już pirackich okrętów w Miami.

Steve: Jest tylko ten nieznośny upał… Ale wiesz co? To nieprawda. Da się z nim wytrzymać, tylko wcześniej musisz się porządnie napić.

Nigdy nie byłem w Miami. Kojarzy mi się ze zdjęciami do Dextera – niby wszystko jaskrawe, ciepłe, a pod lukrem pączków kryje się mroczna, krwawa warstwa.

Andrew: O! Wiesz? To trochę jak nasza muzyka.

Wawrzyn Kowalski    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019