SPECJALNE - Wywiad
Wywiad z Necks

Wywiad z Necks

15 maja 2015

Siłę zespołu można poznać po tym, jaką publikę zbiera. 14 kwietnia 2015 roku w Teatrze Powszechnym byli wszyscy bez względu na podejście do septymek, mody na techno czy niezależnych polskich minilabeli z muzyką eksperymentalną. The Necks zagrali wtedy dwa intensywne sety. Po tym wszystkim, kiedy oni byli zmęczeni graniem, a ja miałem w sobie nadmiar emocji, przyszło nam porozmawiać. Chcieli iść już spać, ich mowa ciała pytała "gdzie jest łóżko?", ale na wszystkie moje pytania odpowiadali starannie i po krótkim namyśle. To było naprawdę miłe.

***

Wspominaliście we wcześniejszych wywiadach, że macie zestaw zasad, który stosujecie podczas koncertów na żywo. Czasem jakieś zewnętrzne czynniki mogą na niego wpłynąć, na przykład zachowanie publiczności czy warunki akustyczne. Czy podczas dzisiejszego występu tak się stało?

Chris: Nie nazwałbym tego "zestawem zasad". To jakoś nie pasuje mi do tego, jak gram. Mamy sposoby, których używamy podczas budowania kompozycji w trakcie występu. Nie nazwałbym ich zasadami, które możemy stosować lub łamać. To raczej rodzaj porozumienia, jak możemy lub nie możemy grać, który wytworzyliśmy, będąc na scenie razem przez wiele lat.

Kontekst, publiczność i akustyka i wszystkie inne zewnętrzne czynniki są częścią tego, co robimy, ale raczej nie w kontekście zasad, które możemy złamać lub nie. Według mnie ważną częścią grania jest sprawdzenie, co współgra z danym pomieszczeniem. Wszystkie te napięcia składają się na to, w jaki sposób czasem gramy.

Zadałem to pytanie, bo w wywiadach z Wami pojawiło się twierdzenie, że The Necks nie mogliby powstać w innym miejscu niż Australia. Tak samo PERIL (inny projekt Tony'ego Bucka – przyp. RG) musiał powstać w Japonii. To nie są te wpływy otoczenia?

Lloyd: Jesteśmy dość otwarci podczas każdego występu. Jedyne, co na nas czasem wpływa, to akustyka pomieszczenia. Nie czujemy się ograniczeni przez konkretne miasta, państwa czy publiczność. Jeżeli publiczność jest w miarę cicho i podchodzi do koncertu z szacunkiem, to zagramy w ten sam sposób co zawsze.

Tony: Przy tym wszystkim, po luźnym i mocno nieoficjalnym opracowaniu naszych małych metodologii i sposobu grania zauważyłem, że gdybym żył w Japonii, byłoby mi bardzo trudno coś takiego powtórzyć. Podobnie mam w Europie. Po całym początkowym procesie formowania The Necks nie mamy problemu z prezentowaniem naszej muzyki na całym świecie. Nie robimy niczego mocno australijskiego, ale jednak nasz sposób grania trudno byłoby wypracować w innym miejscu niż Australia. Tak samo jest z projektem PERIL. Jakbyśmy zaczęli go opracowywać w Australii, to byłoby nam bardzo trudno przejść ten proces. W Japonii nie było z tym problemu, bo to po prostu pasowało do otoczenia. Tak jak Lloyd uważam, że nie ma to jednak wpływu na to, jak  prezentujemy naszą muzykę  w różnych częściach świata. Akustyka pomieszczenia i dialog z publicznością są nieodłączną częścią struktury muzyki. Głównie z tego ona powstaje.

Polscy improwizatorzy tworzą głośną muzykę pełną kontrastów – coś zupełnie odwrotnego niż Wy.

Chris: Myślę, że dzisiejszy występ, zwłaszcza pierwsza część drugiego setu, nie był szczególnie głośny. Pojawiło się w nim dużo melodii i rytmu.

Dla mnie to był bardzo smutny występ.

Chris: Smutny? Myślę, że pierwszy set był taki. Drugi przypominał utwór, który graliśmy chyba 20 lat temu. To było zaskakujące, że dzisiaj do niego wróciliśmy w ten sposób – myślę, że żaden z nas się tego nie spodziewał. Nasz występ przeobraził się w coś, co mogliśmy zagrać w 1997 roku.

W estetyce, po której się poruszamy, mieści się głośnie granie. To często przypomina w jakimś sensie noise – wydobywamy z naszych instrumentów dźwięki, które nie są oparte o melodyjność. Każdy nas występ jest pod tym względem inny. Czasem zagramy w taki sposób, a czasem bardzo mocno zbliżymy się do free jazzu. Nie skręcimy nigdy w stronę metalu, chyba że na naszej płycie zanurzymy się w takie rejony. Na żywo z pianinem ciężko otrzymać takie brzmienie.

Tony: Polski głośny sposób grania przypomina trochę japoński. To taka estetyka ekstremów. Kiedy żyłem w Azji, było głośno i hałaśliwie, a teraz jest tam trend, by wszystko było lekkie i minimalistyczne. Jeżeli są jakieś charakterystyczne dźwiękowe punkty danej społeczności, to są one zwykle bardzo szerokie i złożone. Nie wiem, czy to jest taki ważny aspekt. Wiele osób rozmawia z nami na temat naszego australijskiego pochodzenia i brzmienia Australii. Może coś z naszego kraju pojawia się w naszej muzyce, ale to dzieje się w zupełnie podświadomy sposób.

Chris: Kiedy byliśmy nastolatkami, w Australii nie mówiło się dużo o europejskich improwizatorach. Były takie postaci jak Jim Denley czy Jon Rose... Tak było w latach 70. i 80. Dopiero w ostatnich 10-15 latach zainteresowano się takimi miejscami jak Berlin, Polska czy Skandynawia. Wcześniej w Australii słuchano dużo afroamerykańskiej improwizacji i jazzu. To chyba przestrzeń, z której przyszliśmy. Ona może być inna od europejskiego improwizatora. Silnie na nas wpłynęli tacy ludzie jak Miles Davis czy Fela Kuti, czyli osoby, które tworzyły bardzo melodyjną muzykę. Jestem pewien, że ludzie w Europie mają podobne inspiracje, ale w Australii byliśmy w tamtym czasie mocno odizolowani i to było wszystko, czego słuchaliśmy.

Widujecie się teraz rzadko. Na początku formowania The Necks było podobnie?

Lloyd: Na samym początku byliśmy wszyscy razem w Sydney, ale dość szybko Tony przeprowadził się i od tego momentu żyje poza Australią. Zespół powstał w 1986 roku, Tony zamieszkał w Japonii w 1991, czyli byliśmy razem w jednym miejscu przez 5 lat. Od tego momentu nigdy już nie żyliśmy wszyscy razem w jednym państwie. Nie mamy jednak potrzeby, by organizować jakieś próby. Opracowaliśmy wszystkie zasady panujące w The Necks podczas pierwszych sześciu miesięcy istnienia zespołu. Teraz po prostu zbieramy się w jednym miejscu i gramy na scenie.

Tony: To nie wygląda tak, że nie widujemy się w ogóle. Często się spotykamy! Ostatnio byłem w Australii w lutym i marcu, a potem pewnie zobaczymy się w sierpniu... Pewnie jeszcze we wrześniu, listopadzie, grudniu... Widujemy się ciągle.

Kiedy przygotowywałem się do tego wywiadu, te sześć miesięcy w mojej głowie przeobraziło się w jakiś niesamowicie intensywny czas. Stworzyliście założenia na następne 30 lat! Jak wyglądał ten proces?

Lloyd: Po prostu bardzo dużo ze sobą graliśmy, a potem o tym rozmawialiśmy. Szybko jednak okazało się, że nasz system zaczął działać sam z siebie. Czasem graliśmy dwa, trzy razy w tygodniu – to był nasz najwyższy poziom “intensywności”. Na pewno nie jamowaliśmy ze sobą codziennie przez sześć miesięcy. Ostatnio znalazłem swój pamiętnik z tego czasu. Wychodzi z niego, że spotykaliśmy się najczęściej dwa razy w tygodniu. Zdarzały się też momenty, kiedy jeden z nas ruszał w trasę i prób siłą rzeczy nie było. Ten czas był na tyle intensywny, by określić zasady działania zespołu.

Czy podczas występów na żywo zdarzają się Wam sytuacje, w których ktoś zostaje liderem na scenie? Dla mnie podczas drugiego setu najbardziej dominująca była perkusja, a podczas pierwszego pianino.

Tony: Nie. Czasem po prostu muzyka skręci w takim kierunku, w którym dany instrument jest dominujący w teksturze. Potem to się kompletnie zmienia. Jesteśmy najbardziej zainteresowani tym, jak dane instrumenty ze sobą współgrają. W ten sposób to działa i jest zupełnie losowe. Może też to, co w danej muzyce jest dominujące, a co nie, jest mocno subiektywne.

Lloyd: Nigdy nie decydujemy wcześniej, czy ktoś z nas będzie prowadził koncert. Nic wcześniej nie ustalamy. Jeśli podczas występu jeden instrument wybije się naprzód lub po prostu któryś z nas będzie miał mnóstwo pomysłów, reszta na to po prostu reaguje.

Tony: Kiedy gramy, nasz utwór po prostu się rozwija. Czasem mocno angażujemy się w ten rozwój. W ten sposób czasem wchodzimy w jakiś szczegół i bardzo mocno go eksplorujemy. Jak już ustawimy teksturę i warstwy brzmienia, to badamy je. Potem jednak je porzucamy... Albo i nie – to zależy.

Macie inne podejście do nagrań. Czy nadal podczas tworzenia materiału na płytę czy pracy w studiu improwizujecie?

Lloyd: W studiu także improwizujemy. Tylko pojedynczo, potem nakładając na siebie ścieżki... Podstawą komponowania w studiu jest improwizacja. Każdy z nas, nagrywając swoją ścieżkę, improwizuje. Zdarza się tak, że ktoś podczas grania stworzy ciekawy wzór i po dyskusji z nami powtarza go. Bardzo rzadko używamy sekwencyjności, kiedyś nam się to zdarzało. Teraz często powtarzający się motyw zostaje odrzucony przez osobę, która go gra.

...więc zdarza się Wam improwizacja oparta na jednym motywie?

Lloyd: To jeden z przykładów naszej pracy. Często też zmieniamy teksturę  utworu. Mam wrażenie, że wszystko, co robimy w studiu, jest improwizowane. Nie jesteśmy jednak wtedy we trójkę – jest nas znacznie więcej na ogromnej ilości ścieżek. Słuchamy naszego nagrania, dodajemy nowe ścieżki, których nie dodalibyśmy na początku. W studiu możemy to zrobić.

Tony: Z drugiej strony mamy wrażenie, że linia pomiędzy improwizowaniem i komponowaniem jest bardzo cienka. To wciąż praca nad tym, co ci przyszło do głowy. Komponujesz spontanicznie tu i teraz, a potem próbujesz wyciągnąć z tego esencję. Ta linia nie jest jednak taka ważna.

Lloyd: Po prostu nagrywamy płytę i używamy technik, które są najbardziej wygodne dla nas. Nie mówimy do siebie podczas sesji "oh, jak cudownie jest teraz improwizować". (śmiech) Najczęściej powtarzamy sobie "skończmy ten materiał w końcu!". (śmiech)

Chris: Jest jednak duża różnica pomiędzy nagrywaniem a naszymi koncertami. Skąd się ona bierze? Dla mnie to jednak ma związek z jakimś brakiem improwizacji na nagraniu.

Tony: To właśnie jest chyba ta linia. Zespoły rockowe, kiedy przygotowują swój materiał, muszą cały grać tak samo swoje partie. Powstają one jednak ze wspólnej pracy, jamowania, opracowywania swoich pomysłów i improwizacji. My też w pewnym sensie to robimy: wyciągamy esencję i kształtujemy nagranie przez analizę i dyskusję nad nagranym materiałem. To trochę inny proces od grania na żywo, ale wciąż nie mogę go nazwać "komponowaniem".

Na scenie jednak jest trochę inaczej. Może jest w tym coś z tego, co Holendrzy nazwali "instant composing", ale my operujemy inaczej czasem. Wszystko wciąż powstaje w czasie rzeczywistym, ale dajemy sobie przestrzeń na przemyślenia, dostosowywanie do siebie partii i instrumentów. Wszystko to dzieje się spontanicznie, więc to wciąż jest improwizacja.

Chris: W studiu używamy też dostępnych technik i sprzętu. Edytujemy nagranie, używamy na nim przeróżnych efektów...

Tony: Stosujemy overdubbing bardzo często.

Lloyd: Można to nazwać kompozycją albo improwizacją, ale dla mnie najważniejsze jest to, że nagrywamy album przy użyciu dostępnych technik. Można powiedzieć, że kiedy stosujemy na ścieżce konkretny efekt, to improwizujemy w studiu. Po prostu wtedy nie gramy na naszych instrumentach.

Tony: Jeżeli przeniesiemy jakiś efekt w utworze i zdecydujemy się go użyć w innym miejscu kompozycji, to zdecydowanie nie jest to improwizacja.

Lloyd: Myślę, że to jest jednocześnie komponowanie i improwizowanie.

Chris: Chyba skutecznie udało nam się nie odpowiedzieć na to pytanie. (śmiech)

Tony: Rozwaliliśmy cały zespół, chrzanić to! 29 lat to już zdecydowanie za dużo! (śmiech)

Chris: Wracając do pytania: już na naszych wczesnych albumach doszliśmy do wniosku, że nasze występy nie tłumaczą się na język płyty i nagrania, do którego będzie się wracało. Nagraliśmy prawdopodobnie 500 naszych różnych koncertów. Nie jestem pewny, czy jesteśmy gotowi, by jakikolwiek wydać. (śmiech) A zainwestowaliśmy dość dużo pieniędzy na miksowanie i wszystko. (śmiech) Chyba po prostu ten materiał nie przeszedłby testu paru odsłuchań, ale spokojnie dobrze działa jako koncert. Nie wiem, czy nas drugi set z dzisiejszego występu, który było naprawdę cudownie grać, zdałby egzamin jako nagranie.

Tony: Jest też dużo aspektów technicznych nagrań koncertów. Brzmienie instrumentu jest często kompromisem związanym z wieloma sprawami. Kiedy jesteś w studiu, masz przestrzeń, by zająć się niuansami i masz pełną kontrolę nad brzmieniem. Koncert ma za to energię, która ciężko przenieść czasem do studia. To po prostu różne rzeczy.

Dziękuję za rozmowę.

Dzięki!

 

Wywiad został przeprowadzony 14 kwietnia 2015 r.

Ryszard Gawroński    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019