SPECJALNE - Wywiad
Yob

Wywiad z Mikiem Scheidtem z Yob

7 października 2014

Yob było gwiazdą wieczoru. Koncert w Firleju trwał całe eony, a zespół i tak spełnił życzenie publiczności i zagrał dodatkowo jeszcze dwa utwory, co w kontekście tej grupy oznacza często ponad pół godziny. Poczucie czasu zakrzywione. Bardzo dobry występ. Mike Scheidt ma opinię mistyka i mędrca. W okularach lenonkach, skórzanej kamizelce i z ramionami kolorowymi od tatuaży wygląda trochę jak Ralf Blunden – zabijaka z "Wiedźmina", ten nazywany Profesorem. Pozory oczywiście mylą, bo od razu było widać, że Scheidt nie sili się na żadne krasomówstwo. Wypowiada się stanowczo, nigdy nie daje sobie przerwać, a jego wypowiedzi charakteryzuje spokój i budząca szacunek wymowność.

 

***

"Time to wake up" – ta wypowiedź Alana Wattsa, filozofa religii i znawcy wschodniego mistycyzmu, rozpoczyna wasz nowy album. Dlaczego wybrałeś ten cytat? Jakie znaczenie mają dla ciebie poglądy Wattsa?

Pierwszy raz zainteresowałem się Alanem Wattsem prawdopodobnie... bardzo dawno temu. Pewnie jakieś 20 lat temu. Książki o tej tematyce są zazwyczaj bardzo poważne, ale Alan ma świetne poczucie humoru, jednocześnie pozostaje ostry, profesjonalny, finezyjny. Autentycznie mądra osoba. Słuchałem więc jego wykładów, nagrań, czytałem książki i zawsze znajdowałem tam coś, co mnie zachwycało, zostawało ze mną przez długi czas. Także fragment, z którego wyjąłem ten cytat, jest niesamowity. Posłuchaj tylko, w jaki sposób Watts omawia kluczowe problemy. Od razu wiesz, że ten człowiek potrafi przemówić do zachodniej publiczności – wziąć podstawowe mistyczne koncepty, wszystkie zawiłości, mind-tricki i pokazać je tak, że stają się całkiem łatwe do przyjęcia.

No właśnie, ale czy tego typu mistyczne myślenie ma na Zachodzie jeszcze jakieś znaczenie? Czy według ciebie naprawdę tutaj pasuje?

Pasuje do tych, którym to pasuje. Dla ludzi, do jakich trafia, oznacza ono przede wszystkim pewne oddalenie. Powrót zdumienia. Ale też wnikliwsze spojrzenie na rzeczywistość, zamiast wgapiania się w iluzję. To droga myślenia inna niż ta, której nas uczono (bo przecież nasze spojrzenie na społeczeństwo jest w dużej części wyuczone) – jest na niej, jak już wspomniałem, więcej przestrzeni. Ludzie najczęściej zgadzają się sami ze sobą i wydaje się nam, że coś jest prawdziwe, bo wszyscy mówią: "tak, to prawda". A przecież idee przychodzą i odchodzą. Dlatego wydaje mi się, że jest wiele różnych dróg, które zaprowadzą cię do celu. Nie wszystkie są związane ze Wschodem czy Zachodem. Jakakolwiek wiedza, filozofia życia, właściwie cokolwiek, co sprawi, że czujesz się dobrze, przeżywasz dzień po dniu bez wysiłku, nie uprzykrzasz życia otoczeniu, jest dla mnie wystarczająco dobre.

Masz jednak opinię prawdziwego heavymetalowego guru. Co cię tak pociąga w tej wschodniej filozofii?

Wiesz, myślę, że wypełniamy sobie głowę tyloma różnymi sprawami – czy chodzimy do szkoły, czy do pracy – z których wiele ma źródło w edukacji. To po prostu kwestie kulturowe. To, co lubię we wschodniej mistyce, to jej kluczowy koncept, który jest po prostu wspaniały – bardziej "podążaj" niż "dodawaj". Nie liczy się dokładanie kolejnych porcji informacji, ale to, jak spojrzysz na te będące przed tobą. Takie podejście pozwala spojrzeć na problem z potrzebnym dystansem. Lepiej mi się żyje z tą przestrzenią. Lepiej funkcjonuję. Definiowanie rzeczy przestaje być trudne. To umysłowe otwarcie. Naprawdę, to właśnie jest w tym najlepsze.

Poprzedni album Yob – Atma – tytułem nawiązuje do pojęć hinduizmu i buddyzmu. Czy Clearing The Path To Ascend też należy w rozpatrywać w takich kategoriach?

Mogę to jedynie dość mgliście opisać – to sprawa osobista. Ma to związek ze stanem, w którym się znalazłem. Rzeczy, nad jakimi wtedy pracowałem, ciągle mi się wymykały, więc musiałem zmienić podejście, spojrzeć szerzej – wyjść przy pisaniu materiału z bardzo nieprzyjemnego punktu – muzycznie, życiowo – i przenieść go w jakieś lepsze miejsce. I dlatego ten tytuł mną wstrząsnął. Przetarcie ścieżki – tak to się właśnie odbyło.

Otwarcie mówisz o swoich wieloletnich zmaganiach z depresją. Czy granie doom metalu to właśnie wyraz negatywnych emocji, które tobą targają, czy raczej sposób, w jaki dajesz im ujście, metoda na to, aby się ich pozbyć?

Niektóre grupy doom czy sludge ogólnie mają bardzo negatywny przekaz, z drugiej strony są też kapele właściwie religijne, które odwołują się do symboliki Golgoty czy Apokalipsy. Biblia jest przecież doom, jeśli potraktować ją w kategoriach sądu. Ta muzyka może mieć więc wiele twarzy. Może poruszać temat oczyszczenia czy odkupienia. Ja akceptuję ją w całości. Burning Witch czy Warhorse to zespoły, które zbudowały swoje utwory w oparciu o żal i złość, a Eyehategod to wręcz bicz na społeczeństwo, ale my w Yob staramy się różnicować emocje, zaangażować je w artystyczny proces. Jest w tym wszystkim nadzieja: jakkolwiek infantylnie to brzmi, teraz raczej patrzę w przyszłość z optymizmem. Nie wiem, czy to rzeczywiście naiwne, nie dbam o to.

A jakie perspektywy otwierają się obecnie przed tego typu muzyką? Co myślisz na przykład o Pallbearer?

Pallbearer jest fantastyczny. Wydaje mi się, że mamy sporo wspólnego, choć z drugiej strony są też w ich muzyce bardzo odmienne elementy. Estetyka Pallbearer przypomina mi dwie strony medalu – wygląda na to, że to bardzo wyluzowane chłopaki, ale przede wszystkim są to naprawdę poważni artyści. Oczywiście są też strasznie zabawni, dowcipni. Śmiejemy się przez cały czas. Do tego nasze płyty wyszły prawie w tym samym czasie, ich odbiór jest niezły, czujemy więc nić koleżeńskiego porozumienia.

Wraz z ostatnim albumem przenieśliście się do nowej wytwórni – Neurot Recordings. Czym była podyktowana ta zmiana?

To jest tak: dwie płyty wydaliśmy w Profound Lore, dwie w Metal Blade, po jednej w Candlelight i 12th Records. Musimy czasem zmieniać środowisko i tak było tym razem. To pomaga nam odzyskać kreatywność, naoliwić stary mechanizm. Nowy układ, nowe rozdanie, praca z nowymi ludźmi. Od czasu do czasu taka zmiana działa odświeżająco. Jesteśmy bardziej elastyczni i szybciej się przystosowujemy. Z Neurot rozmawialiśmy już od kilku lat, graliśmy parę razy z Neurosis. Kawał czasu przyjaźnię się ze Scottem [Kellym], robiliśmy razem nawet ten solowy tour. Przy okazji naszej siódmej płyty nie chcieliśmy też podpisywać umowy na kilka albumów i tak się niespodziewanie zdarzyło, że parę miesięcy temu udało się wszystko dograć i wydaniem zajął się Neurot.

Drugi album supergrupy Vhöl ukaże się jeszcze nakładem Profound Lore. Bierzesz udział w pracach nad nim? Na jakim są teraz etapie?

Tak. A właściwie to zaczynam, zaraz po powrocie do domu. Muzyka jest już nagrana i mam jakieś 3 tygodnie, żeby zarejestrować wokale.

Ten sam lineup?

Tak. Aesop z Agalloch, Sigrid i John z Hammers Of Misfortune, dokładnie ten sam skład.

Między 2005 a 2009 wziąłeś sobie od Yob wolne. Co zmieniła ta przerwa? Czy pozwoliła ci przemyśleć niektóre sprawy na nowo?

Raczej nie w taki sposób, w jaki mógłbyś się spodziewać. Zawiesiliśmy działalność, bo w tamtym momencie wydawało się to właściwą decyzją. Ja grałem później w Middian. Skorzystałem na tej przerwie. W międzyczasie popularność Yob bardzo wzrosła. Nie spodziewaliśmy się tego. Gdy nagrywaliśmy pierwszą płytę po przerwie, byliśmy całkiem nieprzygotowani na to, że otacza ją takie zainteresowanie. Gdy patrzę wstecz, czuję, że to był dobry ruch, ale z pewnością nie zrobiliśmy tego celowo. Po prostu tak się zdarzyło.

Na siedmiu regularnych albumach nadal nie zeszliście z długością utworu poniżej 6 minut. Średnia jest pewnie ze dwa razy dłuższa. Jak wygląda proces pisania tak rozbudowanych kompozycji?

Każdy album to wspólny wysiłek całego zespołu, dlatego mogę powiedzieć jedynie o własnych doświadczeniach. Piszę co prawda zarówno muzykę, jak i teksty, ale bez aprobaty Travisa [Fostera] i Aarona [Rieseberga] nie powstaje nic. Musimy to czuć w 100%. Przynoszę na sale prób sporo rzeczy, ale część z nich po prostu któremuś z nas nie pasuje – decyzje podejmujemy wspólnie. Tak to działa. Ale ustaliliśmy już dawno temu, że pisanie to nie jest jakiś wspólny wysiłek. Nie piszę piosenek zagrzewany przez grupę ludzi, zostaję z tym sam na sam. Gram mnóstwo rzeczy, czekając, aż przyjdzie właściwy nastrój. Piszę tony riffów, które na pewno nadają się do użycia. Riff, riff, riff, ale to zazwyczaj nie wystarcza. Riffy to tylko miejsca na gryfie gitary – mogą brzmieć w porządku, ale nie mają w sobie życia, dopóki nie nadejdzie to właściwe uczucie. Trudno to nawet opisać. Dlatego sam się tym zajmuję i poświęcam temu sporo czasu. Nie przychodzę z pojedynczymi riffami, przynoszę gotowy szkielet, kilka różnych rzeczy, które dobrze do siebie pasują, czasami cały utwór. Przynoszę to na próbę, siadamy i kiedy już Travis i Aaron trochę się z tym zaznajomią, co zazwyczaj nie trwa długo – jakąś godzinkę zabawy z tak przedłożonym pomysłem – wiemy już, czy warto go dalej rozwijać. Nie wierzę w to, że robienie czegoś na siłę daje w tej materii jakikolwiek skutek. Moim zdaniem jeśli pomysł jest dobry, to wchodzimy w to. Jeśli nie czujemy, że jest dla nas wystarczający – wyrzucamy.

Stosujesz też dość szeroki wachlarz środków wokalnych. Który z nich jest twoim ulubionym?

Och, to jest ciężkie pytanie. Chciałbym w przyszłości rozwinąć trochę swoje techniki wokalne, tak w Yob, jak i w innych projektach, w których uczestniczę. Chciałbym móc śpiewać lepiej. Jednak w Yob różne sposoby ekspresji dobrze się uzupełniają, wchodzą ze sobą w relacje. Kiedy korzystam z deathmetalowego ryku, krzyczę, to dlatego, że wymaga tego jakaś część utworu lub określony fragment tekstu. Śpiew jest wobec tego komplementarny. Właściwie te dwa sposoby przenikają się nawzajem. Oczywiście lubię metalowy ryk, jego siłę i barwę, ale gdy uda mi się coś zaśpiewać naprawdę dobrze, lubię to jeszcze bardziej.

Album Stay Awake, wydany w 2012 przez Thrill Jockey, to twój solowy debiut i wyraźny zwrot w kierunku klasycznych, folkrockowych piosenek. Głos i gitara. Wiem też, że grywałeś też w przeszłości covery Grateful Dead. Zarejestrowałeś jakiś?

Właściwie nic nie zostało nagrane. To był rok 1990, może 1989. Grałem wtedy w jednej hardcore'owej załodze. Kochałem punk, metal i The Dead. Bardzo lubiłem klasycznego rocka. Nigdy tego nie ukrywałem.

Dlaczego właśnie Grateful Dead?

To sprawka Eugene, gdzie mieszkam. Blues, jazz, folk, bluegrass. Grateful Dead przyjeżdżali co roku. Stąd pochodzi Ken Kesey i jego Merry Pranksters. Dokładnie z Pleasant Hill, jakieś 10 minut drogi. Wyrosłem w kulturze Grateful Dead. Miasto było znane z rzeszy hipisów, to musiało wywrzeć jakiś wpływ. Często ludzie z regionu Pacific-Northwest pytają nawet: "Jak mogłeś założyć Yob w Eugene, to nie tam, gdzie są ci wszyscy hipisi?", a ja na to: "taaak, taak…"

Właśnie – Eugene. Czytałem jakoś przed godziną, że dewiza tego miasta brzmi: "The World's Greatest City of the Arts and Outdoors". Jest tak rzeczywiście?

Przeważnie tak. Oregon to przede wszystkim lasy i odludzie. Wszędzie, nawet w większych metropoliach, jesteś jakiś kwadrans od absolutnie pięknej natury. Krajobraz nie jest zbyt przekształcony. Idziesz w jakimkolwiek kierunku i wszędzie możesz wspinać się na skałkach, biwakować, pływać kajakiem, wędkować. A sztuka? Tak, w Eugene serio o nią dbają i wychodzą z nią do ludzi. Są jakieś festiwale, festyn country, kilka teatrów, kilka fajnych miejsc, muzeów czy galerii. Niestety oni koncentrują się na trochę innych rodzajach sztuki, niż my w Yob. Jasne, metal czy punk był u nas obecny, ale doom? To rzecz pomiędzy: za wolna dla metalowej publiki, zbyt ciężka i dziwna dla sceny hardcore. Akurat w wypadku Yob rozwijałem swoje poczucie muzykalności raczej w oparciu o zewnętrzne inspiracje. Całkiem spoza miasta.

Może to dobrze, bo z tego co zapamiętałem, mieszkał tam też L. Ron Hubbard, ten od Kościoła Scjentologów…

Haha, tego nie wiedziałem. Ale wiesz, Eugene to miasto zanurzone w historii. Było w nim kilka wstrząsów. Żyło tu wielu buntowników, dziwaków i wizjonerów. Sam Elliott, wiesz, ten z Big Lebowskiego, mieszka tutaj. Kiedyś pracowałem w sklepie z gitarami i Ken Kesey wpadał tam od czasu do czasu. Wyglądał dokładnie jak na zdjęciach: białe włosy, marynarska czapka, szelki – miał w sobie coś dworskiego, nawet królewskiego. Jak miłościwie panujący. Wpadał pograć na gitarze i trochę się poszwendać. Horn Rollo z Captain Beefheart też tu mieszka. Biorę u niego czasem lekcje gitary.

Wawrzyn Kowalski    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019