SPECJALNE - Wywiad

Wywiad z d'Eonem

15 marca 2013



Wywiad z d'Eonem
Z dnia 9 lutego 2013
Autor: Jakub Wencel

Chociaż na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że przeprowadzenie wywiadu z d'Eonem w tak zatłoczonym i głośnym miejscu jak 1500m2 w sobotę wieczorem może graniczyć z cudem, po kilku minutach poszukiwania odpowiedniego miejsca udało nam się schować w zaciszu połączonej z klubem restauracji. Takie warunki okazały się wręcz doskonałe do całkiem długiej, niespiesznej pogawędki z kanadyjskim wykonawcą, nawet jeśli jeszcze dzień wcześniej (wraz z Gatekeeperem) rozgrzewał on do czerwoności moskiewskie parkiety, a do kolejnego występu pozostało mu zaledwie kilkadziesiąt minut. Chris d'Eon okazał się wyjątkowo energicznym rozmówcą, a trzydzieści minut dyskusji zeszło, jak z bicza strzelił. Oto jej zapis.

***

Na początku naszej rozmowy chcę powiedzieć, że jestem wielkim fanem twojej ostatniej płyty, LP. Uważam, że jest fantastyczna; z jednej strony "gęsta" od różnych pomysłów, a z drugiej niezwykle relaksująca, wprowadzająca słuchacza w niemal "medytacyjny" stan i właśnie połączenie tych dwóch cech sprawia, że jest aż tak dobra

Wow, wielkie dzięki!

Przed jej nagraniem byłeś przez trzy miesiące w Indiach. Czy ten pobyt był dla ciebie w jakiś sposób inspiracją?

Myślę, że w podświadomy sposób był. Podczas mojego pobytu w Indiach mieszkałem w klasztorze górach, z dala od ludzi i wielkich miast, odseparowany od czynników zewnętrznych. Wyciszyłem się i nauczyło mnie to cierpliwości.

Kiedy przeglądałem dzisiaj twoje wypowiedzi na temat twojej ostatniej płyty, zauważyłem, że często poruszasz temat Internetu w kontekście tego nagrania. Zarówno LP, jak i będąca efektem twojej kolaboracji z Grimes epka Darkbloom, kończą się dźwiękiem zakłóceń wywołanych przez telefon komórkowy. Wydaje mi się, że próbujesz opowiedzieć o próbie ucieczki ze świata szumu informacyjnego, ale koniec końców dochodzisz do bardzo pesymistycznych wniosków – eskapizm, oderwanie od nieustającego przepływu danych, od Facebooka i Twittera okazuje się niemożliwe. Czy podczas przygotowywania tych płyt rzeczywiście starałeś się jakoś odnieść do współczesnej "psychozy Internetu"?

Cieszę się, że to powiedziałeś, bo dokładnie w ten sposób to rozumiem. (śmiech) Nieważne, co zrobimy, nie pozbędziemy się tego dynamicznego, nieustannie zmieniającego się strumienia informacji. Nawet w tym momencie nie mamy pewności, że – na przykład – ten mikrofon nie emituje przypadkiem jakiegoś sygnału GPS.

Spędzasz dużo czasu w Internecie?

Spędzam w sieci zdecydowanie zbyt dużo czasu! (śmiech) To jest nie do uniknięcia, to ryzyko towarzyszy nam w codziennym życiu. Kiedy byłem w Indiach klasztor, w którym mieszkałem, znajdował się na zboczu góry. Naprzeciwko była dolina, za nią kolejna góra, na szczycie której znajdowała się wieża telefoniczna. Każdego ranka po przebudzeniu mogłem podziwiać piękne górskie widoki, ale też czułem obecność "wpatrującej się" we mnie wieży. Nie ma możliwości, żeby od tego uciec. Wszystkie moje nagrania powstały za pośrednictwem komputera. Gdy słuchasz LP...

Ta płyta, pomimo tego, że jest "elektroniczna", ma w sobie coś bardzo "organicznego"...

Tak, to prawda! Cała opowiedziana tam historia rozgrywa się niejako "w Internecie" i jeśli nadejdzie kiedyś koniec świata, a wszyscy podczas apokalipsy ugrzęźniemy w sieci, to jedyne co pozostanie to właśnie wygasający dźwięk wież telefonicznych. Służy on jako przypomnienie, że nic z tego nie ma miejsca w rzeczywistości, cała ta tajemnicza, mglista opowieść rozgrywała się w zupełności w świecie nieustannego przepływu informacji.

Internet na LP wydaje się też absorbować sferę należącą wcześniej do religii, staje się w pewien sposób "uświęcony", dąży do totalnej dominacji nad człowiekiem.

Historia kończy się jednak znakiem zapytania; pytanie, czy narrator opowieści odnajdzie w końcu w Internecie Archanioła Gabriela, pozostaje nierozstrzygnięte. Osobiście uważam, że Internet jest raczej substytutem, zamiennikiem, że Internet nie może być źródłem żadnej "świętości". Nie można odnaleźć tam Boga i Archanioła Gabriela. Gdy pisałem teksty na LP, długo myślałem o tym wszystkim. Jakie może być znaczenie Internetu i wynikające z niego konsekwencje, jeśli założymy, że Bóg rzeczywiście istnieje. Mówiąc szczerze, większość ludzi w moim wieku nie wierzy w istnienie Boga, więc to pytanie jest dla nich zupełnie bez znaczenia. Internet jest wtedy po prostu fajnym narzędziem, kolejnym medium, które jest w stanie pomieścić ogromną ilość informacji. Jednak jeżeli Bóg istnieje, to wydaje się to dość niepokojące, że dysponujemy tak wielką ilością danych i żaden ich skrawek nie pochodzi od Stwórcy. Czy te dane mogą pochodzić od Szatana? Czy Internet jest esencjonalnie bytem, który przynależy do Szatana? Czy ma odwracać naszą uwagę? Jestem potwornie uzależniony od Facebooka i Twittera. Zawsze jak gdzieś podróżuję instynktownie szukam działającego Wi-Fi, ponieważ muszę sprawdzić Instagrama. Czy staję się przez to lepszy? Czy coś dzięki temu zyskuję? Czy rzeczywiście wkraczamy w nową, lepszą erę, czy mamy do czynienia po prostu z bezużytecznym gównem? Skłaniam się raczej ku stwierdzeniu, że Internet nie ma żadnych transcendentnych właściwości i jeżeli Bóg istnieje, to nie ma żadnego związku z Internetem.

Zmieniając trochę temat: LP jest płytą mocno niejednoznaczną pod względem gatunkowym. Muzykę z tego krążka często określa się jako ambient-pop, co jednak mnie osobiście nigdy do końca nie przekonywało. Za to zdecydowanie słychać tam inspiracje współczesnym R&B. Wielu współczesnych twórców inspiruje się teraz muzyką R&B, nawet w jej najbardziej komercyjnym wydaniu...

Tak, zdecydowanie! To szalone!

Czy w takich utworach jak np. "Century By Century" świadomie inspirowałeś się komercyjnym R&B? Czy pisałeś je z przeczuciem, że będą bardziej "radio-friendly" niż reszta krążka?

Być może w 2010, 2011 czy nawet 2012 roku nie zdawałem sobie do końca sprawy z tego, że muzyka R&B wywierała na mnie ogromny wpływ, ale, kiedy słucham teraz Palinopsii, nie mam wątpliwości, że tak było. Wydaje mi się jednak, że na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy fascynacja alternatywy muzyką R&B nieco osłabła. Widzę to także po sobie. Teraz, w roku 2013, to co mnie głównie inspiruje jako autora piosenek, to czego słucham najczęściej, to nie R&B, ale... muzyka klasyczna, a więc inspiruje mnie bardziej Europa niż Ameryka. Na tym się wychowałem. Od czwartego do osiemnastego roku życia grałem – i również słuchałem – niemal wyłącznie muzyki klasycznej. Po dziesięciu latach wszystko to zdaje się do mnie w pewien sposób wracać.

Planujesz więc kolejne części cyklu Music For Keyboards?

Tak, muzyka klasyczna pochłania coraz więcej mojego czasu, ale myślę, że mój następny album – nad którym skończę pracować, kiedy wrócę z trasy koncertowej – będzie wciąż w silny sposób "piosenkowy". Utwory, które przygotowuję, mają nagrane wokale i da się w nich wyczuć wpływy R&B, ale aranżacje odsyłają raczej do orkiestrowej muzyki barokowej. Również pod względem rytmicznym będzie to coś zupełnie innego.

Czy ciągle postrzegasz swoje wydawnictwa jako "zestawy piosenek"? Gdy słucham LP mam wrażenie, że jest to bardzo spójna, wręcz "monolityczna" płyta, gdzie granice pomiędzy poszczególnymi utworami zacierają się. Nie potrafię jej słuchać we fragmentach i wydaje mi się, że nie powinno się tak robić. Z drugiej strony to niezwykle długi krążek. Nie uważasz, że formuła "płyty" - wydawania jednorazowo kilkudziesięciominutowego zestawu piosenek – wyczerpała się już trochę dzisiaj i nie bez przyczyny coraz popularniejszą formą organizacji wydawanej muzyki są epki i single?

Jest trend wydawania pojedynczych singli w krótkich odstępach czasu, co tydzień, co dwa tygodnie, ale łatwość, z jaką można dzisiaj wyprodukować muzykę przekłada się też na łatwość jej wydawania – nic nie stoi na przeszkodzie, by nagrywać pełne albumy z dużą częstotliwością i wydawać je w Internecie. Zawsze lubiłem słuchać całych albumów, i choć stają się one coraz mniej popularne, to wolę poczekać i zamiast publikować w sieci pojedyncze kawałki zebrać kilkanaście z nich w spójną tematycznie całość.

Czyli traktujesz swoje utwory przede wszystkim na zasadzie części większej całości?

Tak. Kiedy mam jakiś pomysł i piszę w oparciu o niego utwór, zazwyczaj chcę go w pewien sposób rozwijać. Nawet jeśli opublikuję go gdzieś, na przykład na Souncloudzie, nie przestaję nad nim pracować – wtedy z jednego kawałka robi się czternaście.

Wspomniałeś o Souncloudzie. Co sądzisz o takich serwisach jak Bandcamp, za pośrednictwem których artyści często udostępniają muzykę całkowicie za darmo, albo pozwalają zadecydować samym fanom, ile chcą zapłacić za dane wydawnictwo?

Myślę, że to znakomity pomysł. Chciałbym, żeby muzycy tacy jak ja potrafili rozgryźć w jaki sposób najlepiej zaplanować i wdrożyć optymalny sposób sprzedaży muzyki w Internecie. Może zamiast sprzedawać poszczególne utwory za 99 centów, jak to robi iTunes, zacząć je sprzedawać na przykład za 39 centów? Uważam, że Bandcamp jest w teorii bardzo fajną inicjatywą. Nie używam go i w zasadzie nie wiem dlaczego. Może to jakaś nerwowość związana z tym, że wielu spośród moich ulubionych wykonawców, jak James Ferraro czy Aphex Twin, nie ma profilu na Bandcampie i również nie wiem dlaczego. Używam za to serwisu Soundcloud. Załóżmy jednak, że od jutra wszyscy zaczynają używać Bandcampa – nie będę wtedy wyjątkiem!

Co sądzisz o scenie muzyki elektronicznej w Kanadzie? Myślę, że wiele osób wciąż postrzega Kanadę przez pryzmat trendów, które panowały tam dziesięć lat temu i zespołów w rodzaju Broken Social Scene czy New Pornographers. Przez ten czas bez wątpienia wiele się zmieniło – pojawiło się grono nowych wykonawców, zdobywających gigantyczną popularność na świecie, jak Grimes czy Purity Ring. Czy uważasz, że wszystkie te projekty łączy coś pod względem muzycznym? Szczerze mówiąc, nie słyszę wiele podobieństw na przykład pomiędzy tym, co robisz ty, a muzyką Grimes... Nagraliście wspólną epkę, ale swoje piosenki pisaliście oddzielnie.

Tak, robimy zupełnie inne rzeczy. To całkiem zabawne, ale i strasznie fajne, że właściwie na całym świecie, nie tylko w Stanach, ale i w Europie, Australi, Rosji, Japonii, a nawet Meksyku ludzie znają tych wszystkich wykonawców z Montrealu i Toronto. I oczywiście wszędzie można przeczytać rozbudowane analizy na temat "nowej kanadyjskiej sceny". Jest to na pewno scena w tym sensie, że wszyscy się doskonale znamy. Większość muzyków mieszkających w Montrealu, którym udało się zdobyć popularność na świecie pochodzi z innych części Kanady i mówi wyłącznie po angielsku. Większość mieszkańców Montrealu jest francuskojęzyczna, więc siłą rzeczy jako mała grupka trzymamy się razem i gramy wspólnie koncerty. Kiedy przeniosłem się do Montrealu, moi znajomi z Halifaxu, którzy też się tam dopiero wprowadzili mieli przyjezdnych przyjaciół z Anglii, którzy również przeprowadzili się po to, by robić w Kanadzie muzykę. Zaczęliśmy więc chodzić wspólnie do klubów, spędzać razem czas i tak dalej. To bardzo mała i zgrana społeczność. Nawet zespoły, które są już na znacznie wyższych szczeblach kariery, jak Arcade Fire czy Final Fantasy, bardzo nas wspierają. Owen Pallet mieszka ulicę obok mnie i często umawiamy się na obiad, jesteśmy więc wszyscy w bardzo bliskich relacjach. Poza tym w Montrealu jest również potwornie zimno, większość czasu spędzamy samotnie w swoich własnych mieszkaniach, dlatego też nasza muzyka tak się od siebie różni. Kiedy jednak już wszyscy gdzieś wychodzą, to zazwyczaj na te same koncerty i te same imprezy. Ja od zawsze byłem jedynakiem, dlatego często zamiast chodzić klubów kilka razy w tygodniu, wolę spędzać czas w domu ze swoją dziewczyną i wyjść gdzieś raz na dwa tygodnie. Jestem więc trochę odizolowany od reszty, ale to tylko i wyłącznie moja wina (śmiech).

W jakim punkcie swojej trasy koncertowej teraz jesteś?

Mniej więcej na półmetku. Dopiero co przylecieliśmy z Moskwy i było fantastycznie. Poruszamy się po Europie trochę w dziwnym porządku, po Berlinie graliśmy w Sztokholmie i Kopenhadze, a po Warszawie czeka nas jeszcze Zurych, Lizbona, Paryż i Bruksela. Jak na razie jesteśmy bardzo zadowoleni z tej trasy, Rosja wczorajszej nocy była po prostu niesamowita. Graliśmy do czwartej rano i musieliśmy wstać o siódmej, żeby zdążyć na samolot do Polski. W Rosji wszystko jest ogromne – budynki, place, metro, wszystko jest po prostu gigantyczne. Na imprezę przyszło ponad dwieście osób, wszyscy byli kapitalni, udzieliłem wielu wywiadów, przez co czułem się trochę jak Katy Perry (śmiech). Nie wiedziałem za dużo o tym kraju i ta wizyta zdecydowanie otworzyła mi oczy. Publiczność w Europie często bywa bardziej podekscytowana niż Stanach Zjednoczonych czy Kanadzie i mam nadzieję, że dzisiaj nie będzie inaczej.

Też mam taką nadzieję. Wielki dzięki za rozmowę!

Dzięki!

BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019