SPECJALNE - Wywiad
Daniel Drumz

Wywiad z Danielem Drumzem

24 lutego 2015

Daniel Szlajnda, najlepiej znany jako Daniel Drumz, całkiem niedawno wydał debiutancki album Untold Stories, który jest ukoronowaniem jego piętnastoletniej już obecności na scenie. To stało się wystarczającym pretekstem do tego, aby porozmawiać z mieszkającym obecnie w Krakowie producentem. Udało nam się go złapać w lubelskim Domu Kultury, gdzie wraz z Kixnare'em prezentował swój set dj-ski. Pogadaliśmy więc o nowej płycie i o tym, jak powstała, zahaczyliśmy też o takie wątki jak występ na tegorocznym festiwalu Red Bull Weekender, praca w radiu, kooperacje z innymi artystami i jeszcze kilka innych rzeczy. Zresztą sami sprawdźcie, czytając poniższy zapis rozmowy.

***

TS: W presskicie Untold Stories czytamy, że na scenie działasz od 15 lat. I po tych piętnastu latach ukazuje się Twój debiutancki album. Czy to mogło wydarzyć się wcześniej?

Wcześniej nigdy nie myślałem o tym, aby nagrać album. Nie czułem takiej potrzeby z tego względu, że patrząc z perspektywy DJ-a wiem, że album nie jest wcale czymś koniecznym do tego, aby w fajny sposób egzystować na scenie i wyrażać to, co ma się do powiedzenia. Równie dobrze można nagrywać dobre single, EP-ki itd. Cały czas przede wszystkim jestem DJ-em, a producentem zacząłem być po drodze, ponieważ zaczynałem od skreczowania, czyli w pewnym sensie czegoś bardzo podobnego do produkowania. Natomiast wcześniej pomysłu na album na pewno nie było — do tej pory zawsze wolałem robić EP-ki czy single.

RG: To skąd wzięła się ta płyta? Tak nagle, skoro nie było planu?

Miałem do opowiedzenia historię, o której wiedziałem, że po skróceniu jej do formatu EP-ki będzie niekompletna, a numery nie mogły być rozbite na przykład na dwa niezależne wydawnictwa, ponieważ byłyby wyrwane z kontekstu.

TS: Wspomniałeś, że zacząłeś produkować po drodze. Co skłoniło Cię do tworzenia własnych produkcji?

Zaczynałem od turntablizmu, czyli tak jakby od samego początku była to produkcja muzyki, bo turntablizm jest pewną formą remiksowania. Mam też pewne wykształcenie muzyczne, ponieważ osiem lat grałem na trąbce, więc wybór muzyki był dla mnie oczywisty jako jakaś forma ekspresji, a produkować zacząłem prawdopodobnie dlatego, że chciałem coś przez to powiedzieć. Ale nie robiłbym z tego jakiegoś wielkiego halo, bo czasami pewne rzeczy "się robią".

RG: I tak samo się zrobiła płyta — po prostu.

Tak. Z płytą poszło bardzo szybko. Przez długi czas wiedziałem, że prędzej czy później będzie mnie czekało nagrywanie albumu, ponieważ produkuję już muzykę jakiś czas i musiał kiedyś nastąpić ten moment, kiedy pasowałoby zaprezentować jakąś płytę. Natomiast przyszło to bardzo nagle: w pewnym momencie stwierdziłem, że jest cała historia do opowiedzenia i tak naprawdę w bardzo krótkim czasie udało się to wszystko zapiąć.

RG: Nagrałeś album, który, według mnie, jest bardzo zanurzony w Twoich korzeniach hip-hopowych. Takie niuansiki w tytułach na przykład o tym świadczą.

Akurat przy "H.R.E.A.M." nawiązanie do Wu-Tangu jest oczywiste, przy "No Sleep Till Kraków" tego nawiązania do Beastie Boys w zasadzie nie było. Zdaję sobie sprawę z tego, że ten singiel Beastie Boys istnieje, natomiast historia tego numeru nie ma w zasadzie żadnych nawiązań do hip-hopu. A jeżeli chodzi o małe smaczki, to jak najbardziej. Wychodzę z tej całej kultury hip-hopowej, nawet jeżeli w chwili obecnej nie śledzę tych rzeczy i 95% nowej muzyki nie jest w stanie mnie zainteresować. Oczywiście trochę przesadzam z tymi procentami, ale mnóstwo tych rzeczy to dla mnie to samo, co słyszałem już jakiś czas temu i może dlatego nastąpiło pewne zmęczenie materiałem.

RG: Wielu producentów poszło tą drogą, choćby obecny tutaj Kixnare.

Tak. Pierwszą muzyką, jaką się zainteresowałem po erze grania hip-hopu, funku, soulu i jazzu, był broken-beat i różnego rodzaju beaty robione przez producentów hip-hopowych, ale były to instrumentale z jakąś formą elektroniki. To miało miejsce już kilka ładnych lat temu, bo w czasach świetności portalu MySpace. Słyszę tam sporo odniesień do hip-hopu, ale na pewno nie jest to na pierwszym planie. Moja przeszłość jest taka, ale nie mam ochoty nagle mówić, że nie mam nic wspólnego ze sceną hip-hopową, bo cały czas mam.

RG: Właśnie takim przykładem może być Niewidzialna Nerka, której forma pokazuje, co zrobiło wielu producentów, czyli odejście od hip-hopu w stronę współczesnej elektroniki.

Każdy, kto brał udział w nagrywaniu Nerki, nie do końca zdawał sobie sprawę, jaki będzie końcowy efekt tej płyty, ponieważ to wszystko trwało dwa lata, albo nawet trzy. Numer, który pojawił się na mojej białej dziesiątce, taki edit slo-mo-disco, był na początku numerem zrobionym na Nerkę jako remiks OMP, tylko Nerka tak długo nie wychodziła, że stwierdziliśmy, że nie było sensu tego dalej trzymać. Ale to jest zrozumiałe, bo przy tym brało udział bardzo dużo osób, a zgrać bardzo dużo osób w czasie to też nie jest prosta sprawa.

TS: Okej, wróćmy teraz do Twojej debiutanckiej płyty. Czy Untold Stories, to album, który chciałeś nagrać zawsze, czy to wypadkowa ostatnich doświadczeń?

To jest wypadkowa ostatnich piętnastu lat. Ta płyta jest w porównaniu do DJ setów bardzo spokojna, jeżeli chodzi o tę elektronikę. Tam nie ma za dużo agresywnych brzmień.

RG: To właśnie mnie zaskoczyło, bo spodziewałem się czegoś innego po Tobie, a to jest taki megachillout, co jest super!

Ja przez piętnaście lat często spotykałem się z tym, że ktoś miał inne oczekiwania do tego, co robię muzycznie, niż było w rzeczywistości.

TS: Słuchając na początku albumu, miałem podobne wrażenie do Rysia: że jest taki spokojny i klimatyczny. Jednak z każdym kolejnym odsłuchem zauważałem te nici łączące album z ostatnią, bardziej taneczną EP-ką.

Wydaje mi się, że album jest o wiele bardziej podobny do EP-ki pierwszej, tej wytłoczonej na białym winylu, niż do (Sleepless) State Of Mind, które było bardzo agresywne. Ale to może też dlatego, że na Sleepless w zasadzie nie było sampli, a na płycie one wróciły. To znaczy wbrew pozorom tych sampli nie ma tak dużo, jest sporo pobrudzonych syntezatorów itd., które mogą brzmieć jak sample, ale jednak na albumie znalazły się jakieś rzeczy samplowane, w przeciwieństwie do (Sleepless) State Of Mind.

TS: A jeżeli chodzi o te analogowe rzeczy: jak to się stało, że doszło do współpracy z Noonem? Jak to przebiegało?

Wiesz co, Mikołaj (Bugajak — przyp. TS) już kiedyś masterował jeden mój materiał — "Kraktown" — bardzo hip-hopowy i funkowy, bo nagrany z Eldo, i wiedziałem, że Noon będzie odpowiednią osobą właśnie z racji tego, że na albumie jest sporo sampli i ścieżek analogowych z syntezatorów. Tor masteringowy Noona jest bardzo analogowy, więc wiedziałem, że on w tym wszystkim się odnajdzie, nawet jeżeli materiał nie musi być jego ulubionym. Noon też jest w dobrych kontaktach z Grochem (Marcinem Grośkiewiczem, szefem UKM — przyp. TS) z U Know Me, więc nie było dużym problemem, żeby to zorganizować. No i znamy się już z Mikołajem ze względu na czasy Grammatikowe przynajmniej dekadę.

TS: To teraz chciałbym zapytać o motyw bezsenności, który pojawił się zarówno na ostatniej EP-ce, jak i na płycie.

Po pierwsze, w nocy zdecydowanie najlepiej mi się pracuje. A po drugie, jeżeli przez kilka, kilkanaście lat w weekendy raczej długo jesteś na nogach, to najwygodniej jest dopasować do tego całą resztę tygodnia i po prostu zmienić sobie w pewnym sensie organizację życia. Poza tym nie uważam, że siedzenie po nocach jest czymś złym.

TS: No i mamy też motyw Krakowa. Słyszałem nawet opinie, że Untold Stories to swoisty hołd dla tego miasta, które jest obecne w całej Twojej muzyce.

Muzycznie na pewno, bo przed przeprowadzką do Krakowa interesował mnie hip-hop i tylko hip-hop z tego względu, że nie miałem dostępu do innej muzyki w tak prosty sposób, jak jest to dostępne w Krakowie. W momencie, kiedy się tam przeprowadziłem, miałem dostęp do różnych sklepów płytowych. To był okres, kiedy zaczynałem interesować się samplami funkowymi, soulowymi itd., więc to wszystko mogłem zebrać. Odrabiałem lekcje z zakresu polskiego jazzu i mogłem trafić na bardzo dużo imprez osób typu Eltrona Johna, który w podobnym okresie przeprowadził się do Krakowa i tam tworzył przez wiele lat tkankę klubową, a grał zupełnie inną muzykę, jakieś bardzo szeroko pojęte disco. Jeśli masz dostęp do wielu ciekawych imprez, to automatycznie to chłoniesz. Zresztą Untold Stories jest w jakimś sensie wypadkową imprez, które słyszałem u Eltrona wiele lat temu, bo choć Eltron grał muzykę, która mnie kompletnie nie interesowała, to dzięki niemu dostrzegłem jakieś piękno prostoty np. muzyki techno. Wcześniej nie byłem może jej przeciwnikiem, ale od techno trzymałem się z daleka. Tamte imprezy bardzo zmieniły mój światopogląd, tym bardziej, że bardzo często rozmawialiśmy z Eltronem i pamiętam jedną rozmowę, kiedy byłem nieco zawstydzony, ponieważ okazało się, że on całkiem sporo wiedział o hip-hopie i o muzyce, którą grałem, ja natomiast wiedziałem bardzo mało o rzeczach, które on grał. To dało mi trochę do myślenia, dlatego zacząłem digować te rzeczy i skończyłem na graniu muzyki, której dziesięć lat temu absolutnie bym nie grał.

RG: To jest ciekawa wolta. Czyli kiedyś nie byłbyś w stanie zagrać wspólnej imprezy z Eltronem?

Z Eltronem jest tak, że gra bardzo dużo disco, które leży jednak obok funku, soulu itd., więc jakieś wspólne mianowniki zawsze mieliśmy. Disco zarówno w tej starej formie z lat 70., jak i nowej — to są rzeczy, które ja cały czas śledziłem i grałem na imprezach z Krime'em na przykład. Są pewne rejony, w których wtedy byśmy się nie dogadali, a teraz bardzo możliwe, że tak. Ale Marek (Stuczyński — przyp. TS) jest osobą z bardzo szerokim zakresem inspiracji muzycznych.

RG: Przeczytałem w jakimś starym wywiadzie, że wciągnąłeś się w muzykę przez piracką stację Twojego brata jeszcze w Stalowej Woli.

To były szalone czasy, kiedy to piractwo nie było tak ścigane. To były czasy, gdy Pomaton był największym pirackim producentem kaset pod nazwą Takt.

RG: No i teraz Ty robisz audycje w radiu!

Już nie pirackie na szczęście (śmiech).

RG: Fajne zatoczenie koła.

Bardzo możliwe, że to, że widziałem w dzieciństwie brata, który miał skonstruowaną swoją radiostację z anteną na bloku i ze znajomymi, z którymi nadawał raz na tydzień, miało przełożenie na to, że teraz prowadzę audycję radiową. Ja w ogóle jestem fanem radia.

RS: A jak się czujesz, prowadząc audycje?

To jest dla mnie bardzo stresująca sprawa, ponieważ ja nie za bardzo lubię się wypowiadać, a jeszcze bardziej nie lubię mówić o muzyce, bo to jest trochę bez sensu, a założenie audycji jest takie, że trzeba coś powiedzieć. Staram się podać informację, jak dotrzeć do tej muzyki i więcej w tych audycjach raczej nie ma. Teraz ta sytuacja się zmieniła, ponieważ wcześniej robiłem audycje w Radiofonii, a to jednak było to radio uniwersyteckie, więc z trochę większym luzem, bo można było się trochę powygłupiać. Nie to, że w Off Radio Kraków nie można, ale to jest trochę wyższy standard.

TS: Zmieńmy trochę temat. Ostatnio Red Bull Weekender ogłosił nowy zestaw artystów, w którym się znalazłeś, i to będzie jakiś specjalny projekt. Możesz o tym jakoś bliżej opowiedzieć?

Przez jakiś czas po premierze (Sleepless) State Of Mind robiłem live-acty i w zasadzie cały czas próbowałem znaleźć jakieś sposoby na granie tych live'ów. Te sposoby w końcu się wyczerpały — stwierdziłem, że już nie chcę ich grać w taki sposób, w jaki grałem, bo zaczęły mnie odrobinę nudzić. Powstał więc pomysł na to, żeby przestać to robić i wrócić do tego, ale już z nowym materiałem i z kompletnie nową metodą. Tak będzie więc wyglądał ten live przy okazji Untold Stories, przy którym po pierwsze jest ze mną Krime, który będzie grał na perkusji, a po drugie na scenie będzie trochę więcej sprzętu i trochę więcej live'u w livie. Będzie mniej układania klocków w Abletonie, a więcej w zabawy na scenie na żywo.

TS: A co dalej po tej płycie? Istnieje możliwość, że nagrasz kolejnego longplaya?

Tak, jak najbardziej. Cały czas robię różne szkice, a sporo gotowych nie zostało wykorzystanych, bo nie pasowały do tego materiału. Na razie planów na album nie ma, bo to zdecydowanie za wcześnie, ale są jakieś małe plany EP-kowe.

RG: To będzie pytanie, które pojawia się często w rozmowach z Tobą, ale myślę, że warto je zadawać co jakiś czas. Jesteś zbieraczem płyt. Jakie są Twoje ostatnie zajawki?

TS: I ile ten zbiór płyt mniej więcej liczy?

To jest może trochę przesadzone, bo ta kolekcja nie jest wcale duża. Na polskie warunki może jest jakąś kolekcją, ale to nie są duże liczby, to nie jest kilkadziesiąt tysięcy płyt, a to uważam za dużą kolekcję. Ostatnio, od mniej więcej pół roku, wróciłem do grania z płyt.

RG: Tak, właśnie zauważyliśmy.

Najwięcej zakupów, które robię w ostatnim czasie, to są zakupy do klubów. Na przykład Phantom, który w tej chwili leci, został zakupiony wczoraj i to jest bardzo dobra płyta.

TS: Tak, te dwie płyty Phantoma są bardzo dobre. Ale chciałbym jeszcze zapytać o Wodoworok, który współtworzysz z Teielte. Czy jest możliwa jakaś kontynuacja tego projektu?

Nie wiem. Nie traktowaliśmy tego jak jakiegoś projektu, który będziemy ciągnąć. Mieliśmy ochotę nagrać wspólny materiał i efektem jest właśnie ta EP-ka, która w zasadzie dokładnie w 50% została zrobiona przeze mnie, a w 50% przez Pawła (Strzelczyka — przyp. TS), na zasadzie podziału ról, a nie numerów, bo każdy numer robiliśmy razem. Natomiast historia nie jest ani zamknięta, ani otwarta. Powstała ta płyta i to była jednorazowa opcja. Możliwe, że kiedyś nagramy coś razem, ale nie ma takich planów w ogóle.

TS: A są możliwe jakieś inne kooperacje?

Z Teielte robiliśmy tę EP-kę na odległość i można tak zrobić materiał, który będzie spójny, ale nie wiem do końca, czy to jest tryb pracy, który chciałbym wykorzystywać w przyszłości. Jeżeli chodzi o dłuższy materiał, to wolałbym z kimś usiąść w studiu niż wysyłać sobie sto próbek jakiegoś jednego numeru. Współpraca z osobą spoza Krakowa jest więc w ten sposób automatycznie ograniczona. Teraz robimy live z Krime'em i nie wiadomo, co z tego wyjdzie dalej. Możliwe, że będziemy te live'y ciągnąć dalej i na tej bazie powstanie jakiś materiał, ale to jest gdybanie. Żadnych planów nie ma.

RG: Ok, dzięki za rozmowę.

Dziękuję bardzo.

Ryszard Gawroński     Tomasz Skowyra    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019