SPECJALNE - Wywiad

Wywiad z Christianem Fenneszem

18 lipca 2016

Czas na opowieści z krypty. Prawie dwa lata temu rozmawiałem z Christianem Fenneszem przed jednym z jego dwóch występów w stołecznym klubie Pardon To Tu. Austriacki muzyk okazał się szczerym i ciekawym rozmówcą. Wywiad publikujemy dopiero teraz, kilkanaście dni po piętnastej rocznicy premiery jego najsłynniejszego dzieła, Endless Summer.

***

Tu w Porcys śledzimy to, co nagrywasz, od 2001 roku, kiedy ukazało się Endless Summer. Zdaje się, że dla wielu Twoich fanów to taki wspólny punkt wyjścia. Że właśnie wtedy dowiedzieli się o Twojej muzyce. Oczywiście później miałem okazję przesłuchać Twoje wcześniejsze płyty takie jak na przykład Hotel Paral.lel czy Plus Forty Seven Degrees.... Były mniej melodyjne i mniej, wyraziłbym się, "chwytliwe", za to bardziej abstrakcyjne. Ale zawsze zastanawiałem się nad Twoimi muzycznymi początkami. Mówię o samym początku. Chciałbym spytać, jaka była Twoja inicjalna przygoda z muzyką i jak to się stało, że zainteresowałeś się muzykowaniem?

To zaczęło się bardzo wcześnie, kiedy miałem raptem osiem czy dziewięć lat. Dostałem od rodziców gitarę i zacząłem na niej grać piosenki, które usłyszałem w radiu. W sumie dość szybko zacząłem też komponować. Miałem magnetofon i mikrofon w komplecie... Wkładałem mikrofon do gitary akustycznej i robiłem feedback.

Te piosenki z radia to był pop, tak?

Tak, po prostu hity z lat siedemdziesiątych. Boston, Chicago... Electric Light Orchestra, Roxy Music... Przy takiej muzyce dorastałem. A potem około trzynastego czy czternastego roku życia założyłem zespół punkowy. To były późne lata siedemdziesiąte.

Czy w Austrii była scena punkowa?

Tak. Chociaż nie do końca chodziło o wygląd muzyków, tylko o to, co grali.

Grałeś na gitarze rytmicznej w punkowej grupie?

Byłem gitarzystą, bardziej powiedziałbym, że solowym.

Przeczytałem gdzieś, że miałeś też przygodę z formacją shoegaze'ową...

Absolutnie. Właściwie był to całkiem znany zespół w Austrii – w połowie czy pod koniec lat osiemdziesiątych. Grałem w undergroundowej kapeli – w trio złożonym z gitary, basu i bębnów. Ja grałem na gitarze, śpiewałem i komponowałem kawałki. W tamtym okresie nie byłem jeszcze świadomy tego, że brzmieliśmy jak My Bloody Valentine czy Sonic Youth. Wielu z wykonawców tego typu poznałem później.

Niesamowite. Czyli duch epoki prowokował do eksperymentów z fakturą gitarowych sprzężeń, nawet jeśli nie była to bezpośrednia inspiracja czerpana od artystów z Wysp?

Akurat wiedziałem wtedy o Sonic Youth, ale o MBV nie, więc kiedy pierwszy raz posłuchałem Loveless, to pomyślałem "cholera, dlaczego nie mieszkam w Anglii? Byłbym teraz gwiazdą...". A tak – nie byłem.

W którymś momencie chciałem Cię spytać o MBV, bo tak się składa, że Loveless to moja ulubiona płyta, a jej wpływ jest słyszalny u wielu innych artystów, także z kręgu muzyki elektronicznej. Ludzie porównywali też Twoje dokonania do MBV. Czy to dla Ciebie zaszczyt, czy odwrotnie – nie widzisz pokrewieństwa?

To zdecydowanie zaszczyt, nawet jeśli sam odkryłem dla siebie takie granie już po tym, jak ukształtowałem swój styl. Najwyraźniej taki był duch epoki... Moment w którym pewni ludzie się na to załapali – a ja chyba byłem jednym z nich...

Czy sekret takiej muzyki – mówię zarówno o shoegazie sensu stricto, jak i Twoich najdelikatniejszych, najbardziej melodyjnych pracach – faktycznie tkwi w idealnym, magicznym balansie między hałasem i harmonią? Bo tak zwykle pisano w recenzjach – zgadzasz się z tym "przepisem"?

Absolutnie tak. Właściwie to teraz pomyślałem sobie o czymś innym... Tylko jeden raz rozmawiałem z kolesiem z My Bloody Valentine. I to dosyć dawno.

Naprawdę? [śmiech]

Taaak. I chyba łączy nas jeden wspólny mianownik. Neil Young. Tak sądzę. Ten gość potrafił grać zarówno folkowe piosenki, jak i pławić się w przesterach.

Więc nazwałbyś go "ojcem chrzestnym" tego typu filozofii muzycznej?

Tak uważam. A drugą taką osobą byłby pewnie Brian Wilson. Zainteresowany hałasem i jednocześnie zainteresowany melodią.

Skoro wspomniałeś Briana Wilsona... Na pewnym etapie kariery opublikowałeś singla z dwoma – nazwijmy to – "coverami" dwóch klasycznych rockowych piosenek – Beach Boysów i Stonesów. Ludzie protestowali, że to wcale nie są "przeróbki", a zaledwie Twoje abstrakcyjne impresje na kanwie oryginałów...

Tutaj coś Ci powiem. Jeśli puścisz moją wersję "Don't Talk..." Beach Boys i podłożysz do tego ścieżkę wokalu a capella, to przekonasz się, że to dokładnie ta sama piosenka. Zresztą sam to zrobiłem, bo posiadam taki box Pet Sounds. Zgrałem to jako jedną wersję. Serio, pasuje idealnie. Co więcej, nie określiłbym mojej wersji mianem aż tak bardzo abstrakcyjnej... Naprawdę jeśli posłuchać uważnie, to można tam znaleźć wszystkie zmiany akordów i partie basu z oryginalnego utworu – tyle, że zostały zagrane z pomocą innych instrumentów. W moim przypadku – z pomocą komputera.

Kiedy słucham Twoich wczesnych dzieł – Hotel Paral.lel czy Plus Forty Seven Degrees – to nie ma w nich tej poetyckiej, nostalgicznej, może nawet romantycznej aury, która pojawiła się dopiero na Endless Summer w 2001 roku. Dlaczego na pewnym etapie artystycznej ścieżki zdecydowałeś, że połączysz akustyczne i elektroniczne dźwięki w taki sposób?

Ponieważ w owym czasie dosłownie każdy chciał grać abstrakcyjną elektronikę, minimal techno... Wszyscy chcieli być tak atonalni, jak to tylko możliwe. I wtedy pomyślałem – mój Boże, nie chcę płynąć z całym tym prądem. Więc właściwie sięgnąłem do własnych korzeni – przypomniałem sobie Yellow Magic Orchestra, Led Zeppelin, Neila Younga. Melodyjne rzeczy z lat siedemdziesiątych. I to był dla mnie eksperyment. W tamtym momencie był to wręcz najbardziej eksperymentalny krok. Zaadaptować melodie z FM radio lat siedemdziesiątych do struktur elektronicznych. To było wielkie wyzwanie.

Powstał album klasyczny, łączący nieskazitelnie te dwa światy... Uważasz Endless Summer za swoje opus magnum?

Nie powiedziałbym tego. Owszem jestem z tej płyty zadowolony i dumny – jak z każdej, którą nagrałem. Jak zawsze sporo się przy niej napracowałem. Zostawiłem w niej sporo swoich emocji. Ale czy jest najlepsza? Na pewno najbardziej popularna z mojego dorobku. Pewnie dlatego, że melodie są całkiem chwytliwe. Poza tym zrobiła furorę w Ameryce i Japonii. Z tego powodu ludzie znają ją najlepiej.

Dziś wydaje się to niewiarygodne, ale chyba najbardziej opiniotwórczy serwis muzyczny na świecie, Pitchfork, umieścił Endless Summer na drugim miejscu w rankingu płyt 2001 roku. O tyle ciekawe, że w orbicie zainteresowań ich czytelników był wówczas głównie indie rock bazujący na tradycyjnych formułach zwrotka/refren/mostek, no i na wokalach. Czy czujesz się odpowiedzialny za wprowadzenie takich odbiorców w świat bardziej ambientowych, IDM-owych brzmień?

Nie wiem, mogę tylko mówić o tym, jaki ja jestem. A interesują mnie obie strony tego medalu. Piosenki i eksperymentalne kolaże brzmieniowe, "sound design", czy jak to nazwać. Jeśli mogę pokazać te moje pasje szerszemu gronu słuchaczy – a to właśnie staram się robić – i ludzie zgadzają się z moją perspektywą, to jestem z tego powodu szczęśliwy. Przy okazji – warto to podkreślić – Pitchfork się pomylił. To nie była druga najlepsza płyta z 2001 roku. Oczywiście była to najlepsza płyta 2001. Przepraszam, musiałem to powiedzieć. [śmiech]

[śmiech] Prawie udało im się dotknąć prawdy. Uwielbiam tę płytę i pamiętam, że jak kupowałem Twoją następną, Venice, w 2004, to była może nawet jeszcze bardziej melancholijna i romantyczna. I podobało mi się to, bo bałem się, żeEndless Summer będzie tylko pojedynczym strzałem. Tymczasem kontynuowałeś wątek. Pamiętasz okoliczności powstawania Venice? Skąd tytuł?

Wiesz, kiedy ni stąd, ni zowąd wydajesz płytę, która nagle staje się tak popularna, to, choć zupełnie się tego nie spodziewałeś – a to miało miejsce w moim przypadku z Endless Summer – dość ciężko jest przygotować follow-up do niej. I w pewnym sensie nadal mam ten problem. Bo Endless Summer stało się ciężarem. Ludzie ciągle porównują wszystko, co wydaję, do tego jednego krążka. Nawet moją ostatnią płytę. Przyznam, że moja wytwórnia popełniła błąd, porównując Becs z Summer. A jedyna cecha wspólna to... właśnie wytwórnia Mego, do której wróciłem i w której wydałem oba albumy. To było głupie, to nie była moja decyzja. I przez to potem Pitchfork skrytykował ten album.

Nieprawda, recenzja była pozytywna, ale napisali, że nie jest to już tak nowatorskie, jak wcześniej...

Jasne, że nie jest tak nowatorskie. Dlaczego oni zawsze oczekują, że coś będzie nowatorskie? Chociaż nie, nie oczekują tego od Briana Eno czy od Four Tet... Właściwie od nikogo, tylko ode mnie. To niesprawiedliwe. Wracając do Venice, tytuł wziął się stąd, że mieszkałem wtedy w Wenecji. Przeprowadziłem się tam na pewien czas, żeby stworzyć płytę. To wyjątkowe miejsce. Kolega miał tam tanie mieszkanie, za jakieś 300 euro miesięcznie. Więc zabrałem sprzęt i zacząłem nagrywać.

Czy atmosfera miasta natchnęła cię podczas tworzenia, a może pewien zarys płyty miałeś gotowy już przed przyjazdem?

Nie, większość materiału skomponowałem w Wenecji. Byłem tam wiele razy wcześniej i zawsze sądziłem, że to miasto ma bardzo charakterystyczne brzmienie. Nie ma tam samochodów. Więc łatwo usłyszeć, jak ktoś mówi cztery kilometry dalej...

Byłem tam tylko raz i faktycznie, jest taki dziwny klimat...

Tak, a poza tym słychać wodę. Cały czas słychać wodę. Nie wiem, gdzieś przeczytałem, że społeczność wenecka od wieków zmagała się z katastrofami w bardzo elegancki sposób. I bardzo polubiłem to sformułowanie...

Czy mogłaby to być metafora dla muzyki z tej płyty?

Tak.

W sumie pasuje idealnie... Przez te lata wielokrotnie nagrywałeś we współpracy z innymi muzykami, ale Twoja kolejna, właściwa, solowa, studyjna płyta zatytułowana Black Sea była nawet bardziej mroczna, niż to, co tworzyłeś przedtem. Ktoś porównał jej styl muzyczny do "malowania na wielkich płótnach", jakby słuchacz musiał cierpliwie poczekać wiele minut, żeby usłyszeć ("zobaczyć") duży obraz całości. Skąd to podejście do formy i czy pracując nad tym materiałem mieszkałeś dla odmiany nad Morzem Czarnym? [śmiech]

[śmiech] W pewnym sensie tak. Wiesz, w przeciwieństwie do rozmaitych kolaboracji, jakie popełniłem, moje autorskie albumy były zawsze lustrzanym odbiciem moich aktualnych nastrojów i ogólnie tego, co aktualnie działo się w moim życiu. Będę z Tobą szczery – w tamtym okresie przechodziłem głęboką depresję.

Nie dziwi mnie to, co mówisz, bo dokładnie taki stan emocjonalny słychać na płycie.

Czemu więc nie miałbym wyrazić tego stanu dźwiękami? Nadal jestem dumny z tego albumu. Sądzę, że to dobra rzecz, choć faktycznie bardzo mroczna. Może nawet hipnotyzująca mrokiem – bo tak działa depresja. Przestajesz być zdolny do robienia czegokolwiek. Zupełnie jakbyś utknął. Próbowałem pokazać, że to właśnie przeżywam.

Jest taka teoria, że wszyscy wielcy artyści w rodzaju Coltrane'a, Beatlesów, Beach Boysów i tak dalej – odzwierciedlali w kolejnych nagraniach swoją kondycję życiową w danym momencie...

To ma sens, ale tylko jeśli artysta traktuje swoją twórczość na serio. Wtedy taki zabieg może się powieść.

Zanim zapytam Cię o najnowszą pozycję w Twoim solowym katalogu, to chciałbym na chwilę wrócić do rzeczy, które nagrywałeś z innymi artystami. Z tej puli moją ulubioną zawsze była druga płyta tria FennO'Berg - The Return of FennO'Berg.

Och, naprawdę?

Tak, ponieważ dla mnie jest to doskonały przykład "abstrakcyjnej", "amorficznej", powiedzmy w cudzysłowie "niefiguratywnej" muzyki elektronicznej, która potrafi być bardzo przystępna w odsłuchu. Czy faktycznie ten materiał został w całości wyimprowizowany, czy były jakieś wstępne założenia, tematy, szkicowe ramy formalne?

Absolutnie, stuprocentowa improwizacja. W ogóle FennO'Berg to jedna z najbardziej szalonych grup, jakie można sobie wyobrazić. Zacznijmy od tego, że to grupa... japońska. Bo Jim O'Rourke mieszka w Japonii. Więc ilekroć chcemy coś nagrać pod tym szyldem, musimy tam polecieć z Peterem Rehbergiem. Co robimy z wielką przyjemnością, to dla nas zaszczyt. Wracając do pytania. Na początku materiał zawsze jest w stu procentach improwizowany. Ale potem montujemy go w studiu.

Jak elektryczny Miles Davis z Teo Macero? Nagrywali stosy taśm, niezliczone godziny improwizacji, po czym wycinali z tego najlepsze fragmenty.

Taak, robiliśmy dokładnie to samo. I powiem Ci, że nigdy mnie ten proces nie nudzi. Ujmę to tak: ta kapela naprawdę daje czadu ["rocks" – przyp. bd]. Szczególnie w wersji live.

Muszę zadać Ci pytanie o Jima O'Rourke'a. Ma on reputację bardzo tajemniczej postaci. Podobno nawet jego bliscy współpracownicy nie wiedzą do końca jaki naprawdę jest. Niektórzy żartują, że w swoich piosenkach facet opowiada o rzeczach, które nigdy mu się nie przytrafiły. Podzieliłbyś się jakąś impresją na temat O'Rourke'a jako artysty, a może jako człowieka?

Uwielbiam go. To jeden z moich najbliższych przyjaciół. To bardzo, bardzo zabawny gość.

Zabawny? Serio?

Oj tak. Ma kapitalne poczucie humoru. Przy nim można ciągle się śmiać. Aczkolwiek istotnie, jest trochę dziwakiem. Tu zgoda. To wyjątkowy, unikatowy typ osobowości. Nie znam drugiej takiej osoby. Ale to wspaniałe poczucie humoru i ten wspaniały talent... Po prostu go uwielbiam. W listopadzie lecę do Tokio odwiedzić Jima. I już nie mogę się tego doczekać. Tego, jak pójdziemy razem do baru na Shinjuku, gdzie Jim przesiaduje codziennie. To bardzo kameralne miejsce, tak na sześć czy osiem osób. Ale wiem, że tam go znajdę.

Mnie olśniewa różnorodność jego dorobku... Jest w stanie nagrać świetne rzeczy w dowolnym stylu...

Ależ to człowiek renesansu! I przy tym jest tak inteligentny. Pomyśl tylko – nauczył się płynnie mówić i pisać po japońsku w zaledwie jeden rok. A jeden z moich japońskich kolegów mówi: "Jim ma trochę taki południowy akcent" [śmiech]. "Jak ludzie z Fukuoka". Dajcie spokój!

Jeszcze w kwestii projektu FennO'Berg – przy tych improwizacjach, jak rozumiem, używaliście głównie laptopów?

Na początku tylko laptopów, ale później także gitar przepuszczonych przez rozmaite efekty oraz syntezatorów.

A gdybyś musiał wskazać ten bardziej "kreatywny" instrument – to byłaby to gitara, czy laptop?

Oczywiście że gitara. To moje korzenie. To mój pierwszy instrument.

Wracając do nowego albumu, Becs. Jak poprawnie wymówić ten tytuł?

"Bejcz". To "Wiedeń" po węgiersku.

Ach tak. Więc jeśli opis płyty, który rozsyłało Mego, nie jest zbyt trafny, jak Ty byś opisał ten materiał? Jakie tym razem miałeś zamiary?

To po prostu kolejna z moich płyt. Ukazała się w dość radosnym dla mnie okresie. Dopiero co drugi raz wziąłem ślub. Byłem w świetnym nastroju. Ale jednocześnie miałem znów... Wiesz, melancholia to stały element mojej muzyki. Ten album nagrałem dość szybko. Nie cackałem się tym razem z montażem ścieżek. Po prostu zagrałem to i w sumie... Poczułem dzięki temu rodzaj ulgi.

Rzeczywiście, to bardziej wyluzowana, zrelaksowana, "cieplejsza" płyta od depresyjnej, chłodnej Black Sea. W pewnym sensie słuchacz może poczuć się dobrze, obcując z nią.

Owszem. Powiem tak – to po prostu muzyka "austro-węgierska" [śmiech].

Zauważ, że poza Endless Summer wszystkie tytuły twoich płyt nawiązują do konkretnych miejsc. A zatem miejsce jako kategoria musi być dla Ciebie, generalnie, bardzo ważne? Pamiętasz na przykład gdzie pierwszy raz słuchałeś jakiejś ulubionej piosenki czy płyty?

Tak, absolutnie. Masz mnie. Trafiłeś. Zgadłeś. Rozgryzłeś mnie. Mam w głowie dużo takich wspomnień i odniesień.

Jeśli więc zdradzisz mi, jakie masz plany na najbliższe dwa-trzy lata, to odgadnę tytuł Twojej kolejnej płyty?

[śmiech] Jasne. Może. Jest tylko jeden problem... Ja sam nie mam pojęcia, dokąd zmierzam i co będę robił [śmiech]. Tak serio, to wkrótce odwiedzę Japonię. Spotkam tam Jima O'Rourke'a, o tym mówiłem wcześniej. Poza tym moja córka kończy osiemnaście lat. Dlatego obecnie mieszkam w Wiedniu. Ale rozważamy przeniesienie się na trochę do Japonii. Może na rok czy dwa.

Z powodu Twojego nazwiska wielu słuchaczy zakłada, że masz węgierskie korzenie. Czy to prawda, czy to tylko nazwisko?

Zacznijmy od tego, że wymowa jest inna. Wiem, że w Polsce wymawiacie to nazwisko "Fenesz". Ale Węgrzy przeczytaliby je: "Fenes", z akcentem na drugą sylabę. I ja też tak to wymawiam. Urodziłem się na samej granicy austriacko-węgierskiej. Ta część Austrii z której pochodzę jest austriacka dopiero od 1921 roku. Wcześniej były to zachodnie Węgry. Rodziny z tych rejonów są pomieszane etnicznie. Ale moja rodzina była niemiecką mniejszością na Węgrzech. Choć także pomieszaną. W naszym drzewie genealogicznym pojawiały się nawet wątki cygańskie, również chorwackie... Typowa Europa środkowa.

Czyli doszukiwanie się jakichkolwiek śladów inspiracji kulturą węgierską w Twojej twórczości byłoby przesadą?

Na pewno uwielbiam te ziemie, krajobrazy. Pochodzę z terenów równinnych. Dorastałem nad jeziorem, którego część należy do Austrii, a część do Węgier. A granica przebiega przez jego środek. Czuję silne przywiązanie do Węgrów, mam wielu węgierskich przyjaciół, nawet rodzinę. Natomiast muszę to podkreślić: jestem Niemcem. Austriakiem. Zresztą, Niemiec, Austriak – jak to zdefiniować?

Powiedziałeś, że nie wiesz jeszcze na pewno w jakim kierunku podążysz geograficznie. A artystycznie, muzycznie?

Po pierwsze koncertuję i promuję album. W dalszej kolejności mam zamiar wyjechać do Japonii, jakoś w listopadzie. Potem może Chiny i Tajlandia. Miałem odbyć trasę po Ameryce, ale sprawa się trochę komplikuje. Wiza i takie tam. Europejskim muzykom nie jest łatwo tam koncertować, nawiasem mówiąc. Utrudniają to coraz bardziej. Nie rozumiem dlaczego i czemu to tyle kosztuje. Wiem, że wiele fajnych klubów z chęcią zaprosiłoby mnie na występ. I wiele razy grałem tam w przeszłości. Ale teraz polityka sprawiła, że wszystko stało się trudniejsze. Wielka szkoda. Przecież sprzedaję tam płyty, jest zainteresowanie. Ale co mogę zrobić.

Masz jakieś wrażenia z obcowania z polską publicznością?

Zawsze mam świetne przyjęcie. Naprawdę, nie mówię tego ot tak. Grałem tu wiele razy, chociażby na Off Festivalu, w Krakowie, w innych miastach – i zawsze było super. Poza tym uwielbiam tę waszą zupę. Jak ona się nazywa? Dżurek?

Żurek, to tradycyjna polska potrawa. Grasz w Pardon To Tu dwa koncerty, wieczór po wieczorze. Czy sety będą się czymś od siebie różniły?

Każdy mój koncert jest inny. Sporo improwizuję na bazie swoich piosenek. Jakby opracowuję je ponownie na żywo.

Czy poza nowym materiałem grywasz starsze rzeczy?

Oczywiście, po trochu wszystkiego. Chcesz posłuchać czegoś starszego? Chętnie Ci to zagram.

Z Endless Summer też?

Jasne, czemu nie.

Dziękuję za rozmowę, to był prawdziwy zaszczyt.

Dziękuję.

 

 

Wywiad z dnia 28 sierpnia 2014.

Borys Dejnarowicz    
BIEŻĄCE
RideWeather Diaries
Brian EllisMirror/Mirror