SPECJALNE - Wywiad
Pallbearer

Wywiad z Brettem Campbellem z Pallbearer

29 września 2014

Muszę przyznać – myliłem się. Koncert Pallbearer we wrocławskim Firleju (w ramach cyklu Before Asymmetry) był dużo lepszy, niż się spodziewałem, a Brett Campbell, z którym miałem okazję porozmawiać, okazał się bardzo skromnym człowiekiem, sprawiającym nawet wrażenie lekko zawstydzonego i zupełnie nie przystającego do wizerunku wschodzącej gwiazdy jednej z cięższych odmian szeroko pojętej muzyki pop. Campbell wydawał się nie na miejscu, gdy odpowiadał na pytania w otoczeniu owoców i konserw oraz w towarzystwie ziomeczka, dźwiękowca kompulsywnie nadającego przez facebookowy komunikator na klubowym zapleczu. Dał się też poznać jako człowiek niewielu słów, który robi swoje i robi to dobrze, nie dorabiając do tego przesadnej fabuły. Przemianę w człowieka czynu można było zaobserwować na scenie. O nowym albumie Pallbearer pisałem całkiem niedawno, nie szczędząc mu pochwał, lecz to właśnie ten koncert i ta rozmowa pomogły mi rozwiać parę wątpliwości i zmienić nieco perspektywę spojrzenia na muzykę grupy.

***

Wasz drugi album, Foundations Of Burden, wzbudził wiele zachwytów i zrobił podobnie duże zamieszanie, co debiutancki Sorrow And Extinction. Odnoszę jednak wrażenia, że poza tym obie płyty dość znacznie się różnią, mam rację?

Tak, to prawda. Największa różnica? Powiedziałbym, że Foundations… jest większy i bardziej dynamiczny. Wiesz, poczuliśmy się swobodniej z naszym brzmieniem, z tym, jak gramy. Kiedy pisaliśmy piosenki na Sorrow…, właściwie dopiero próbowaliśmy znaleźć naszą drogę. To, co nazwaliśmy Pallbearer, technicznie rzecz biorąc, wtedy się zaczęło, ale później spędziliśmy mnóstwo czasu w trasie, zagraliśmy wiele koncertów i pomyśleliśmy, że możemy zabrać te piosenki nie tylko na zwykły spacer, ale też w bardziej urozmaiconą podróż. Na debiucie jest pewne stałe tempo. Inaczej na nowej płycie – kombinowanie z tempem jest tam właściwie naczelną zasadą.

Słyszałem, że te długie, dłuuugie utwory to wasz sposób na pisanie piosenek pop. Kwadrans popu? Żartujecie sobie?

Nie, czemu? Pink Floyd już to zrobili. Genesis też. To są piosenki pop – a przynajmniej coś w tym rodzaju. Zresztą taka klasyfikacja nie bardzo ma znaczenie. Nie chcemy naszych utworów rozciągać w nieskończoność. Kiedy je pisałem, myślałem trochę o Crush The Insects, drugim albumie Reverend Bizarre. Pierwszy był na całej długości kurewsko wręcz wolny, ale drugi to coś, co dopiero łapie i zatrzymuje ci serce. To nie tak, że chcieliśmy brzmieć jak Reverend Bizarre, po prostu uwielbiam to, co tam zrobili. Catchy as fuck. Nie mieliśmy tego ciągle na uwadze, ale kilka razy trochę o tym porozmawialiśmy.

Kiedy przeczytałem, że poznaliście się dzięki koszulce Anathemy, stało się dla mnie oczywiste, jak bardzo obecne jest w waszej muzyce brzmienie Peaceville z początku lat 90. To nie jest teraz zbyt częste. Dla wielu osób Anathema jest, hmm, trochę zbyt "romantyczna"?

Pewnie, że jest! Ale za to ich kocham. Ich muzyka jest bardzo szczera, w taki niespeszony sposób. Zwłaszcza wczesne rzeczy: tekstowo może być czasem troszkę niezręcznie, ale to część ich uroku. Riffy są niesamowicie ciężkie, w pewien sposób prowokują. Chyba zerwali z tym na Judgement - odeszli w stronę psychodelicznego rocka. Od tego czasu mieli parę momentów, osobiście to do mnie nie przemawia, ale jeśli ludziom się podoba, to w porządku. Starszy materiał był świetny.

Albo ta rozpoczynająca nowy album gitara – jakby podpatrzona u Grega Mackintosha?

Pewnie tak. Draconian Times, Icon, Gothic, bardzo dobre rzeczy. Kurcze. Uczciwie muszę jednak stwierdzić, że tak naprawdę to nie myślimy za dużo o tym, co właściwie robimy. To nie tak, że próbujemy coś tutaj włączyć na siłę. Uwielbiamy te zespoły, ale nigdy nie podejmujemy jakieś świadomej decyzji typu: "dalej, dajemy tu gitarę jak z Paradise Lost". To po prostu przychodzi naturalnie.

Wasze albumy zaprezentowały doom metal szerszej, niemetalowej publice. Co, twoim zdaniem, tak ją w nich urzekło?

Mam wrażenie, że doom istnieje nieprzerwanie. Zawsze funkcjonowały tego typu grupy, może czasem gdzieś na granicy rozpoznawalności. W zależności od miejsca i czasu, ludzie poświęcali im więcej lub mniej uwagi. Nie sądzę, żebyśmy jakoś się na tym tle wyróżniali. Choć ludzie mówią, że próbujemy pchnąć doom w jakąś nową stronę, my tego nie planujemy. Lubimy stawiać przed sobą wyzwania, ciągle stwarzać atmosferę, która wydaje się ciężka, psychodeliczna, rozległa. Tworzyć coś, co zafaluje i przejdzie przez ciebie. W rezultacie dostajemy bardziej dźwiękowy pejzaż niż tradycyjny doom, nie staramy się w żaden sposób grać po to, by się odróżniać. Nazwij to naszą interpretacją.

Niektórzy pochwalnie, inni złośliwie, mówią o was: Deafheaven doom metalu…

To porównanie pojawiło się dlatego, że ich płyta jakimś dziwnym trafem stała się w zeszłym roku bardzo rozpoznawalna. Ja nie widzę żadnych wspólnych punktów. Lubię ich. Spoko band, ale trochę poza zasięgiem moich zainteresowań. Nasze inspiracje pochodzą z całkiem innych miejsc.

Pallbearer – skąd ta nazwa? To trochę staroświeckie słowo…

To w tamtym momencie miało związek z osobistą historią. Pallbearer to ktoś, kto niesie czyjeś szczątki, pozostałości, to słowo ma kilka znaczeń.

Pytałem, bo zastanawiam się, czy dźwiga też tytułowe "brzemię" – to, którego "fundamenty" położyliście waszym drugim albumem?

To nasz gitarzysta Devin wymyślił tę frazę. On zaproponował tytuł. Myślę, że może on reprezentować kilka różnych rzeczy. Może odzwierciedlać to brzemię, które sam na siebie wkładasz, twoją odpowiedzialność za życie. Ludzie noszą je jak emocjonalny bagaż. Brzemię jako niemożność, by ruszyć z pewnymi rzeczami – wtedy kładziesz jego fundamenty. Jeśli budujesz na rzeczach, które ściągają cie w dół, wylewasz fundamenty żalu i nigdy już nie będziesz mógł przed nim uciec. W szerszym sensie to trochę opis całego społeczeństwa. Rozpatrywaliśmy kilka tytułów, ale ten po prostu zaskoczył natychmiast, tak bardzo był związany z innymi rzeczami, które poruszamy w tekstach. Tak naprawdę on właśnie wiąże je ze sobą.

Ostatnio pojawiają się w waszej narracji nowe akcenty, ale np. Sorrow And Extinction to bardzo żałobna płyta. Doom w ogóle potrafi być pogrzebowo wręcz smutny. Myślicie czasem w ten sposób o swojej muzyce?

W założeniu powinna być katartyczna. To ciemna materia, ale wcale nie czysty fatalizm czy też muzyka naznaczona porażką. Ona jest po prostu realistyczna. To nasz sposób na uporanie się z tym, co leży nam na sercu, co nas niepokoi. Gdyby nie muzyka, moje życie byłoby naprawdę gówniane, robiłbym w jakiejś pracy, której nienawidzę itd. Miałem to szczęście, że ludzie interesują się tym co robimy, że mogliśmy wyjechać i podróżować.

Dorastaliście w surowych, religijnych rodzinach. Czy ten duchowy aspekt, jego przeżywanie, jest gdzieś obecny w muzyce Pallbearer?

Tak, to w naszych stronach powszechne. I nie, nie sądzę… Nie wydaje mi się… Według mnie, to nawet nie musi być koniecznie duchowość, bardziej strumień świadomości. Rzeczywistość sama w sobie – a nie spirytualizm. Czym jest ta realność? Jakie jest w tym wszystkim miejsce dla nas? Dlaczego rzeczy dzieją się w ten, a nie inny sposób? I jakie to niesie konsekwencje? To są egzystencjalne pytania, które zadaje sobie każdy z nas. Rozmawiamy o tym chętnie, ale tak naprawdę moim zdaniem bardzo mało na ten temat wiemy.

Mimo tej powszechnej religijności, wasze rodzinne miasto, Little Rock - hrabstwo Pulaski, przy okazji, miły polski akcent…

Pulaski był Polakiem? Nie wiedziałem…

Nieważne, zostawmy to. Little Rock, w każdym razie, wygląda trochę jak jakieś współczesne doom metalowe Salem. Nazwa też dość adekwatna.

O, tak. To na pewno. Kiedy zaczynaliśmy, była tam całkiem niezła scena. Z niej właśnie wyszliśmy. Jest tam kilka dobrych grup i choć teraz to miejsce nie kwitnie już jak dawniej, to kilka spośród najfajniejszych dziś zespołów grających ciężką muzykę pochodzi właśnie z Little Rock: Rwake, Deadbird. The Body też pierwotnie są stamtąd.

Przeglądałem ostatnio, chyba na Decibel, listę waszych ulubionych płyt. Wybierał je chyba Joseph Rowland…

Tak – on, ale wszyscy słuchamy dość podobnej muzyki.

Jedna pozycja szczególnie mnie zaskoczyła. Aż tak lubicie Oxygène Jeana Michela Jarre'a?

Żebyś wiedział! Poza tym to jest też świetna okładka, z tą gołą czaszką i kulą ziemską. Nie wiemy jeszcze, w jaką stronę pójdziemy w przyszłości, być może właśnie w tę. Nasz wcześniejszy projekt [Sports] to była rzecz w stylu Tangerine Dream. Zresztą to już teraz jest w naszej muzyce obecne – prog rock, eksperymenty z brzmieniem. Jesteśmy żądni przygód, jednak tym razem nie chcemy też zapuścić się za daleko. Nasz pomysł jest prosty. Mieliśmy kiedyś zespół, w którym graliśmy od lat – pełna improwizacja, zupełnie obezwładniające kłębowisko dźwięków. Postanowiliśmy zmienić to w coś bardziej treściwego: wziąć maelstrom i uformować piosenki. Z początku nasze kompozycje były celowo dość prymitywne, teraz poszliśmy dalej, włączając w nie komponenty poprzedniego stylu. Ten swobodny strumień po prostu wrócił i, koniec końców, Pallbearer okazał się fuzją dwóch epok naszej działalności. Kiedy spotkaliśmy się z Joem po raz pierwszy, założyliśmy grupę bez żadnych odgórnych założeń i tak, stopniowo, przekształciliśmy ten zespół w to, czym stał się dzisiaj.

Wywiad został przeprowadzony 20 września 2014 roku.

Wawrzyn Kowalski    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019