SPECJALNE - Wywiad

Wywiad z Arielem Pinkiem

26 grudnia 2009



Wywiad z Arielem Pinkiem
z dnia 16 czerwca 2009
autor: Borys Dejnarowicz


To była niezapomniana noc. I tak, jak dla zaprzyjaźnionego serwisu najważniejszym koncertowym wydarzeniem roku, scalającym tożsamość i poczucie przynależności, była trasa Tigercity po Polsce, tak dla nas w Porcys taką celebracją nieformalnej wspólnoty gustów i przeżyć była wizyta Ariela Pinka. Bo wiecie, każdy w życiu ma jakieś marzenie, czegoś pragnie, o czymś myśli, coś co lubi, co chciałby jeszcze raz zobaczyć, usłyszeć... Porcys jest niezależnym serwisem od wielu, wielu lat. Co jego redaktorzy chcieliby najbardziej usłyszeć? Piosenki Pana Ariela na żywo by chcieli najbardziej usłyszeć. I tak się szczęśliwie złożyło, że mieliśmy Pana Ariela na sali.

A i sam moment był dość wyjątkowy. Z tego co się orientuję, w roku 2009 najważniejszą "nową" tendencją w muzyce niezależnej – analogiczną do garage rock revival w 2001, dance-punka w 2002, freak-folku w 2004 i tak dalej – był niezdefiniowany jeszcze prawidłowo nurt psychodelicznego popu, otagowany w różnych kręgach jako chillwave, glo-fi, technicolor, hypnagogic etc. Rozkminiając meandry tej fascynującej, odkrywczej estetyki, nietrudno było zauważyć, jak wielki dług – mniej lub bardziej świadomy – mają u Pinka wykonawcy typu Washed Out, Toro Y Moi, Neon Indian, Memory Tapes, Nite Jewel, Ducktails i wielu innych. Dodatkowo na scenie stał gitarzysta Kenny Gilmore, a drugi wieślarz to przecież facet Nite Jewel. Ech.

W środku tych epokowych okoliczności przyrody miałem zaszczyt spotkać się oko w oko z samym artystą – przez jednych uważanym za geniusza, przez innych za totalnie przegiętego freaka (a myślę, że w obu tych diagnozach jest ziarenko prawdy; LOL jaki "kasztan"). Na dwie godziny przed koncertem, w pokoiku na zapleczu klubu Kamieniołomy zasiedliśmy po dwóch stronach małego czarnego stolika i rozpoczęliśmy konwersację. Pamiętam, jak mój były kolega z zespołu, Kuba, opowiadał, że miał ciarki widząc na MySpace informację "Ariel Pink przyjął twoje zaproszenie". "Czułem powiew historii", wspominał. I ja ten powiew poczułem podczas poniższej rozmowy, ale na szczęście Ariel okazał się być miłym, serdecznym, entuzjastycznie nastawionym kolesiem – choć plotki o jego lekkim zbzikowaniu, w takim pozytywnym sensie, nie są zupełnie pozbawione podstaw.

* * *

Cześć Ariel, przeprowadzę ten wywiad w imieniu serwisu Porcys – czołowego polskiego portalu o muzyce niezależnej. Pisaliśmy o Worn Copy w 2005 roku!

Świetnie, bardzo mi miło, witaj.

Jak dotychczas znajdujesz Polskę?

Podoba mi się. Smakowały mi pierogi... Tak się wymawia? Pierogi? Właśnie. To wasze regionalne danie. Przypomina mi chińskie pierożki. Taaaak, na razie mi się podoba Polska. Fajne samochody, fajne dziewczyny...

Jesteś artystą, który fascynuje w wielu aspektach swojej twórczości, ale dla mnie najważniejszym z nich pozostaje twój songwriting. Masz niezwykle wyjątkowy, oryginalny styl pisania piosenek. Chciałbym spytać o to, jak go wykształciłeś...

Mój styl wziął się z wielu inspiracji, które wchłaniałem od dziecka. Najważniejsze jest właśnie to, że było ich mnóstwo i przez te wszystkie lata bardzo się przemieszały. Najpierw było MTV – leciało u mnie w domu na okrągło i jako mały berbeć ekscytowałem się kawałkami popowymi. Mówię tu u wykonawcach w rodzaju Michaela Jacksona, Madonny i tak dalej. Potem dochodziły inne wpływy, na przykład na pewnym etapie zainteresowałem się muzyką poważną.

Podasz konkretne nazwiska kompozytorów?

Jasne, na przykład Stockhausen. Bardzo ważny dla mnie. Ale w sumie najważniejsi byli ci absolutni klasycy. Bach, Mozart, Beethoven. [Później, w niezobowiązującej pogawędce po koncercie, w bocznej Sali klubu Kamieniołomy, Ariel dorzucił jeszcze parę nazwisk ulubionych kompozytorów, jakby chciał zatrzeć wrażenie, że w wywiadzie wskazał tylko tych najoczywistszych – padł więc wtedy bodaj Messiaen, Bartok czy Wagner, LOL – przyp. bd]. Niby banalny wybór, ale wiesz dlaczego uważam ich za najważniejszych? Bo oni nie tylko robili wielką muzykę, ale też stanowili pewien punkt odniesienia, istotny kontekst dla następnych pokoleń. Kompozytorzy żyjący po nich – sto, dwieście lat później – chcąc nie chcąc musieli się do nich odnieść. Fascynuje mnie to. Że wiesz, kolesie ustawili poprzeczkę na pewnym poziomie, zarządzili pewne zasady, jak rzeczy będą odbierane, postrzegane i, tego…

Ja rozumiem.

Ale poważka była później! Wcześniej, po tym wspomnianym okresie popowym, nastąpił czas podjarki metalem.

Metalem?

Tak! Metal odegrał tu sporą rolę w moim przypadku.

A wymień swoich ulubionych wykonawców?

Metallica, Entombed, Morbid Angel, Methods of Mayhem...

Trzeba przyznać, że spory rozrzut stylistyczny.

Tak. Ale czekaj, nie wspomniałem jeszcze o Zappie. Jego Mothers of Invention to kluczowa też dla mnie kapela...

Nie, ale Ariel. Bo widzisz, mnie to ciekawi na maksa, twoje inspiracje – ale moje pytanie dotyczyło czegoś innego. Mi chodzi o *metodę* twojego songwritingu. Forma twoich piosenek znacznie różni się, delikatnie ujmując, od standardowego schematu zwrotka-refren.

Owszem. I jest to efektem techniki, którą stosuję przy pisaniu kawałków. Pracuję z magnetofonem ośmiośladowym. Wygląda to tak – coś nagram, stopuję, cofam, puszczam, coś wymyślam, mogę chwilę poćwiczyć, pograć na sucho i wreszcie dogrywam do tego co leci kolejną ścieżkę. Potem znów cofnę, pogram, w końcu dogram i tak ciągle. To mnie nie ogranicza. Ja jestem… nagrywaczem [śmiech]. Oto i cała tajemnica mojego oryginalnego stylu [śmiech]. Przewijanie, dogrywanie, pauzowanie, ćwiczenie, przewijanie, stopowanie, przewijanie, nagrywanie...

Wybacz egzaltację, ale jeśli nie ściemniasz, to ten, kurczę, jakim cudem wychodzą ci w większości utwory wręcz *idealne*, gdzie każda dziwna melodia, która teoretycznie jest od czapy – ma sens, gdzie każda zmiana rytmu, zmiana metrum, zmiana aranżacji – sprawia wrażenie kapitalnie kontrolowanego chaosu, meta-narracji, gdzie te elementy są złożone po prostu *i-de-al-nie*, o co chodzi...

Ja wcale nie uważam, że moje utwory są idealne. A wiesz dlaczego? Bo w ogóle nie uważam, że może być coś takiego, jak idealny utwór muzyczny. To zawsze tylko zapis świadomości autora, w danym momencie – chwilę później jest już inna, a w ogóle to ciągle ewoluujemy, odkrywamy nowe rzeczy i kategoria "ideału" dla mnie nie istnieje.

Jak oceniasz zjawisko zwane Internetem? Więcej ma pozytywów czy negatywów, twoim zdaniem?

Pozytywów, chociażby z tego powodu, że ja praktycznie nie zaistniałbym jako artysta gdyby nie Internet. Mnie – jako muzyka – nie ma bez Internetu! Ludzie mogą wejść, przeczytać, posłuchać, dowiedzieć się. Nie ma w ogóle dyskusji – Internet to fundament w tej chwili.

Bardzo będziesz się gniewał, jeśli zadam pytanie o narkotyki w twojej muzyce? Jeśli nie chcesz o tym gadać – spoko, luz, zapominamy o sprawie...

Ależ skąd, śmiało!

Bo wiesz, są tacy – również twoi fani – którzy podejrzewają, że bez wsparcia specyfikami tego typu muzyka jak twoja nie mogłaby powstać. To prawda?

Nie, to nieprawda! Gdybyś był mną, to byś zrozumiał, że *można* robić taką muzę bez dragów. Cały sęk w tym, że chodzi o mnie. Z tym się absolutnie zgadzam. Nie będąc mną, nie da się tej muzyki zrobić i dlatego właśnie robię ją ja, a nie ktoś inny. To nie narkotyki wpływają na to "coś", co mam – jakkolwiek by tego nie nazwać. Nie ma takiej zależności. Od tego czy wziąłbym narkotyki nie zależy, czy powstałaby lepsza czy gorsza muzyka. W tej chwili kiedy z tobą rozmawiam jestem totalnie trzeźwy... No, wyłączywszy to jedno piwo, które kończę [śmiech]. Wszystko jest we mnie, rozumiesz.

Którą ze swoich płyt uważasz za najlepszą?

Ja wiem... Chyba The Doldrums.

No proszę, wielu z nas też uważa Doldrums za twoje opus magnum, twój klasyk. Co możesz powiedzieć o procesie powstawania tej płyty?

To był rok 1999. Był to etap w moim muzycznym rozwoju, kiedy postanowiłem wyrzucić za siebie wszystko, z czym identyfikowałem się, co robiłem – za siebie. I spróbowałem czegoś kompletnie innego. Celem było coś, czego wcześniej nie stworzyłem. Ale również coś, czego sam wcześniej nigdzie nie słyszałem i czego nie lubiłem.

Jak byś w maksymalnym skrócie skomentował swoje główne dzieła?

The Doldrums to najdziwniejszy z moich albumów. Worn Copy to z kolei rzecz najbardziej eklektyczna. Takie "wszystko", takie "po trochu wszystkiego". Natomiast House Arrest to rzecz najbardziej w klimacie lat sześćdziesiątych.

Jesteś fanem Kate Bush?

Uwielbiam ją!

Napisałeś dla niej piosenkę, "For Kate I Wait".

Tak, i ona jest też w teledysku. Poza tym, człowieku... Nazwała swój album Aerial [identyczna wymowa, jak imienia artysty – przyp. bd].

A, fakt [śmiech]. Tylko pisownia była trochę inna.

No, dlatego podpisałem się w ten sposób na płycie Scared Famous.

Co w niej lubisz najbardziej? Piosenki? Głos? Niesamowity urok?

Wygląd! Jest bardzo ładna. Nie wiem, poznałem jej twórczość kiedy pracowałem nad The Doldrums i bardzo mnie zainspirowała.

Jest pewnie z tuzin twoich numerów, o których mógłbym powiedzieć, że są moimi "ulubionymi", ale na chwilę obecną wybrałbym "Strange Fires". Pamiętasz, jak powstała ta pieśń?

Czekaj... Szczerze? Średnio pamiętam. Prawdopodobnie proces był ten sam, jak zwykle u mnie – to, o czym ci już mówiłem. Magnetofon. Nagrywanie, przewijanie, słuchanie, kombinowanie co by tu dograć, w końcu dogranie tego. Technika warstw. Warstwy, warstwy, warstwy... Tak powstało pewnie "Strange Fires".

"Credit", gdyby nagrać w jakimś profesjonalnym studio za dużą kasę, mogłoby się stać wielkim hitem, bo przecież nawiązuje do przebojowej, wręcz dyskotekowej, twórczości spod znaku Bee Gees chociażby...

A właśnie, że wcale nie. Powiem ci czemu – bo sposób, w jaki aranżuję numery, pasuje tylko i wyłącznie do mojej technologii rejestracji dźwięku. Podam przykład – wiesz, że perkusję imituję paszczą lub swoim ciałem – rękoma...

Wiem – dla wielu fanów moment, w którym się o tym dowiedzieli był szokiem...

No właśnie, i teraz pomyśl sobie, jak by to zabrzmiało w sterylnym nagraniu zrealizowanym w ekskluzywnym, profesjonalnym studio? No fatalnie. I nikt nie chciałbym tego nigdzie grać, więc hitu by nie było. Te moje sztuczki z udawaniem perkusji paszczą działają tylko w warunkach lo-fi. [Przyznaję, że w pierwszej chwili lekko mnie zamurowało, ale po paru sekundach załapałem, że kolega Ariel kieruje się po prostu nieco inną logiką, niż ja – przyp. bd]

Ale ten twój nowy kawałek – "Can't Hear My Eyes" – jest o wiele bardziej wypolerowany, niż cała wcześniejsza twórczość. Nie jest to już lo-fi...

Jest lo-fi! Może nie tak ekstremalne, jak dotąd, ale to nadal brzmi jak Ariel Pink! Nie ma tu mowy o profesjonalnej realizacji dźwięku.

"Can't Hear My Eyes" kojarzy mi się z Fleetwood Mac z popowego etapu. Lindsay Buckingham mógłby napisać taką piosenkę.

Ciekawe spostrzeżenie, ale akurat w tym przypadku chciałem nawiązać do Steely Dan… To, jak pracują tam klawisze – czyste Steely Dan.

O czym są twoje teksty?

Cały mój dorobek od zawsze dotyczy smutku i szaleństwa, ale opowiadam o tym w stylu poezji z szóstej klasy. Kumasz? Dziewczyna jest daleko i... No, w każdym razie bardzo, bardzo młodzieńcze ujęcie tematu. Teksty piszę bardzo szybko. Wcale nie myślę o słowach, nie rozważam ich, nie analizuję, w trakcie powstawania tekstu. A potem, kiedy już je śpiewam, zastanawiam się, co miałem na myśli. Owszem, napisałem też parę tekstów o głębszym znaczeniu. Nawet na samym początku – moje pierwsze kawałki były bardzo głębokie. [pauza] A potem w wywiadach dziennikarze pytają mnie o narkotyki – i to dopiero zabawne, co?

A co powiesz na taką teorię – że twoja muzyka w jakiś sposób wyraża paranoję współczesnego świata.

E tam, ja nie wiem o co chodzi ze światem. Ja mieszkam w Los Angeles i czuję, że to miejsce jest centrum świata. Ale jest tak tylko dlatego, że tam mieszkam! Dla kogoś takim centrum może być Białystok [! – przyp. bd] albo Warszawa – i to jest centrum ich świata, nie mojego. Wiesz, ja nigdy nie opuściłem Los Angeles. Ale teraz, kiedy trochę podróżuję po świecie, zaczynam rozumieć, że może istotnie wyrażam paranoję świata [śmiech].

A propos podróżowania – podobno wracasz z Tallinna. Mam zamiar się tam niebawem wybrać. Polecasz?

Zdecydowanie! Warto pojechać, ładne miasto, ładna starówka.

Co dziś zagrasz? Widziałem twój koncert na festiwalu Primavera w Barcelonie – czy to będzie podobny set?

Raczej tak, bo mamy z zespołem przygotowanych około dwudziestu piosenek i rotacja może dotyczyć tylko tego opracowanego materiału. Wiesz, moje kompozycje nie są proste – zdecydowałem się odtwarzać na żywo każdy detal, nic nie upraszczam – więc muzycy z mojego zespołu i tak wykonali ogromną pracę, żeby się tych wszystkich niuansów nauczyć.

Czyli mamy nie prosić o kawałki, bo jest duża szansa, że ich nie umiecie zagrać?

Dokładnie. Zagramy pewnie wszystko to, co możemy.

Powodzenia zatem!

Dzięki!

* * *

A potem był niesamowity występ pełen magicznych chwil, następnie spontaniczna pogawędka z wyjątkowo rozmownym i pogodnym artystą, który postanowił nieco się wyczilować w klubie, a na koniec after w "dekadenckiej części Warszawy", a więc w jednym z "pawilonów" na tyłach Nowego Światu, z ciężkimi rozkminami i debatami w rodzaju "TS: kompozycja vs ekspresja" i takich tam. Niezapomniana noc, indeed.

Borys Dejnarowicz, grudzień 2009

BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019