SPECJALNE - BRUDNOPIS

White Lung
Sorry

2012, Deranged; 6.5



Ostani film Hirokazu Koreedy jest historią dwojga braci, rozdzielonych na skutek rozwodu rodziców. Goichi jest refleksyjnym szczylem, próbującym skumać otaczający go świat, Ryu to typowy rezolutny wesołek, nierozkminijący zbędnych kwestii, po prostu cieszący się życiem dzieciak. Pewnego razu starszy z braci słyszy od kumpli historię. Dzieciaki tłumaczą mu, że jeżeli wypowie życzenie w chwili, gdy dwa szybkobieżne pociągi będą się ze sobą mijać, stanie się cud. Goichi planuje wespół z bratem podróż do miejsca, w którym będzie mógł życzyć sobie powrotnej unifikacji ogniska domowego. Kluczowa scena obrazu – chłopiec wyznaje bratu: "Nie wypowiedziałem życzenia. Wybrałem świat ponad swoją rodzinę". Serio?

Rozmawiam kiedyś z kumplem punkowcem. Pytam: "Ej, jak to jest z tym punkiem? Przecież kiedyś się z tego wyrasta, no nie?" Odpowiedział: "Wiesz, w punku nie chodzi tylko o muzykę, to coś na kształt postawy ideologicznej, czaisz? Z tego się nie wyrasta". Tylko się uśmiechnąłem.

Casus Pussy Riot doskonale pokazuje miałkość współczesnych buntowników rozpierdalających swoje instrumenty na scenie tudzież wyciągających środkowy palec w stronę publiki, rzekomo skierowany w oczy władzy. Wiadomo, że nie chodzi o ich wiarygodność, że marketing, hormony, pryszcze, okres dojrzewania, tonik, ćwiek. Jasne. To samo też można zarzucić anarchizującym feministkom, zgoda. Z drugiej strony trzeba mieć "jaja ze stali", żeby stanąć naprzeciwko ikonostasu, wykrzykując radykalne hasła w kraju charakteryzującym się fasadową demokracją, gdzie za takie występki nie grozi jedynie obecność w mediach oraz mem wklejony na fejsbuku, a realne więzienie, zupełnie nieprzypominające tego z klipu Gwen do "Sweet Escape". Kampania medialna wokół spadkobierczyń etosu riot grrrl, jakkolwiek żenująca, obrazowała nie tyle troskę zachodnich mediów o prawa człowieka (lol), co wspaniałą jedność artystycznego świata, łączącego się w bólu z Nadieżdą, Jekateriną oraz Mariją. Bjork mogła zadedykować kolejny raz swoje "Declare Independence". Fejsbuk zapamiętał też urodziwą twarz Tołokonnikowej. Ironia losu lub jak mawia mój kumpel: "życie". Tak abstrahując, pamięta ktoś jakiś kawałek Pussy Riot poza sławetnym "Bogurodzico, przegoń Putina"? Właśnie.

Sztuka z ideologią zawsze szła w parze. Jako że nie jest to jednak strona culture.pl, od razu przejdę do konkretów. W czasach wszechobecnej szydery, internetu w internecie, trollingu, postironii, postkultury i postwszystkiego, przyznawanie się do przywiązania do jakichś bliżej określonych wartości poza nihilizmem, jest "uncool". Najlepiej mieć na wszystko wyjebane, nie używać polskich znaków, subskrybować Dalajlamę, być na diecie i lajkować koty. Można, sam tak robię. Nawet uwielbienie do m b v wydaje się być podejrzane. Dziwny świat. Co ciekawe, podczas gdy wyśmiewanie tzw. przekazu w samym punku czy wśród innych gitarowych nurtów jest na porządku dziennym, to już te same kwestie wypowiedziane pośród skreczów oraz bitów nie wywołują jednoznacznej reakcji. I nie chodzi tu o jakieś cloud rapy. Możliwe, że hip hop jest bardziej wiarygodny, możliwe też, że hip hop jest współczesnym punkiem.

Powrót do zaplecza intelektualnego mogliśmy obserwować nie tak wcale dawno za sprawą vaporwave’u. Zwrot ku akceleracjonizmowi, negacja kapitalizmu, czy zmęczenie materializmem okazały się jednak wydmuszką, zresztą tak jak i sam mikrogatunek.

Ostatnimi czasy modne pojęcia takie jak "gitarocentryzm" czy "rockism", pomimo, że słuszne z perspektywy postrzegania oraz klasyfikowania muzyki, przeniesione na płaszczyznę osobistego odbioru samych dźwięków wydają się krzywdzące. Nazywanie kogoś rockistą stało się modne i nagminnie używane. Pejoratywny wydźwięk tego słowa doprowadził do tego, że rockism stał się synonimem ograniczenia i dyletanctwa. Jeżeli koleś zapuścił sobie w iPodzie Pixies, z miejsca został wyzwany od rockisty. Faszyzm jakby. Na tej samej podstawie, dla miłośników popu, czy muzyki elektronicznej, analogicznie do powyższych terminów, można użyć wyrażenia "popista", czy ukuć termin "bitocentryzm". Niewątpliwie można to także rozpatrywać na płaszczyźnie jakościowej. Z regresem muzyki gitarowej trzeba się zgodzić, co nie ulega żadnej wątpliwości. Ale, że aż tak?

Sorry White Lung od początku swojej działalności identyfikują się z ideologią DIY, grając w domach swoich kumpli, zadymionych spelunach, wśród taniego piwska i nawalonej gawiedzi. Wiecie rock’n’roll. Ekipa z Vancouver nagrywa dla małego, niezależnego labelu Deranged, związanego z kanadyjską sceną hardcorową, znanego chociażby z wydawania wczesnego Fucked Up. Mish Way, notabene liderka bandu, jest wielką fanką Courtney Love, stawiając ją i jej zespół jako elementarną inspirację. Niby spoko, ale w sumie kogo to obchodzi? Dla mnie nakurwianie White Lung nawiązuje raczej do spuścizny Dangerhouse Records (szczególnie widoczne są wpływy chociażby takich The Bags). Way drze ryja aż miło, pałkerka, mimo jednostajnego tempa na przestrzeni tych 10 kawałków, napieprza mocno i równo, co w zupełności wystarcza. Bas jest zajebisty, a Keneth Williams tnie riffami niczym Nathan Thelen w swoim najlepszym okresie, fundując słuchaczom przytłaczającą ścianę dźwięku. Skojarzenia z Pretty Girls Make Graves są jak najbardziej na miejscu. Wiadomo, Sorry to nie Good Health, ale wciąż melodyjny punk. Takim tagiem można byłoby oznaczyć obie ekipy. Chwytliwych momentów jest tutaj co najmniej kilka, szczególnie w "Glue" czy singlowym "Bag". Całość trwa jedynie 19 minut, dzięki czemu udaje się zachować intensywność i nie odczuć zmęczenia. Wszystko płynie. Zajebiście szybko. Aaaa, obczajcie jeszcze tagi na bandcamp: death, destruction, hell, misery, murder, post-punk, rock, sorry, torture, hardcore, Vancouver. Jak fajne to jest?



Marek Lewandowski    
25 marca 2013
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019