SPECJALNE - BRUDNOPIS

LIF
New Mini (EP)

2015, Lyfeik 7.0

Za chwilę zacznie się drugi kwartał 2016 roku, nowe krążki Radiohead, Beyoncé, Franka Ocena i Drake'a nadciągają jak biegunka, a mimo to chciałbym jeszcze wrócić do roku ubiegłego. Tylko na moment, na chwilę, dosłownie na trzynaście minut. A wszystko przez typa, który nazywa się Felipe Cea, mieszka w Sydney i z pomocą dwóch ziomków pyka sobie różne piosenki jako LIF. Na pytanie o inspiracje odpowiada: "I enjoy anything from Mozart, Bach to Toro Y Moi and Flying Lotus". Tu robimy pauzę, przewijamy, potem replay i stop na trzecim z wymienionych artystów, ponieważ ta niepozorna, zupełnie niewidoczna, wydana gdzieś w grudniu EP-ka (a nawet tracki starsze, takie jak "Vacate", "Summers Melt" czy "Feel Good") brzmi w przeważającej większości jak pre-causersowa, ale pozbawiona kolażowego samplingu, kolekcyjka niezobowiązujących numerów popełnionych przez Bundicka.

Jest tego cała piątka, w tym "Bim N Bam" to rozchwiane, pływające w chillwave'owo-house'owej malignie intro. I choć to tylko minuta dwadzieścia, to od razu budzą się skojarzenia z songwriterem w okularach, może nawet konkretnie z Les Sins circa 2009? Ale wracając − tracków pełnoprawnych mamy więc raptem cztery. Najpierw wjeżdża "Yeah!": urocza, wakacyjna reminiscencja z falami niecierpliwych żeńskich śpiewanek, z niewsypanymi akordami, kalejdoskopowym, jaskrawo-srebrzystym motywikiem i prowadzoną młodzieńczymi dłońmi, żwawą perką. No i oczywiście Chazem na wokalu. A może gdyby pokryć to solidną warstwą pedantycznej, gładkiej produkcji, wyszedłby highlight Prom King?. Można dyskutować. Natomiast "Who" odstaje od całości najbardziej, buntowniczo lawirując do dziewięćdziesiątych − to rzecz na styku "Losera" Becka i jakiegoś Smashing Pumpkins. Bo no bo: garażowe bębny lepią się i uzupełniają bulgoczące riffy + zawijasy wykręcone na pile mechanicznej albo kosiarce. Refren rozpoznano, ale tak po prawdzie wolę jak LIF wpuszcza w piosenki więcej światła i ciepła

Tak jak w zaprawionym oldschoolowo-house'owym vibem i skroplonym australijskim słońcem "Way Out", który nominuję do roli LIF-owego "Low Shoulder". Wiecie o co chodzi: kieliszkowe klawisze, finezyjnie świdrujące wstążki i taneczny puls w pakiecie gratis. Koniecznie. Tak jak koniecznie posłuchajcie ostatniego "Say What". Mój osobisty faworyt z tej nienazwanej/głupio nazwanej EP-ki zostaje zainicjowany przez Badly Drawn Boy-wanna be melodyjkę na akustyku, po czym zaczyna zapierdalać jak kuzyn koszmarnie zajebistego, ale jakże dojrzałego już dziada "E.D.E.N." − składam broń, gaszę światło, daję za wygraną, nie mam nic do dodania. Pozostaje tylko czekać na dalsze akcje z udziałem Felipe Cea, bo skoro koleżka w ciągu niecałego kwadransa dał radę wdrapać się na listę roku, to co będzie, jak zafunduje nam całego długograja? Na razie tego nie wiem, ale jeśli to się stanie i jeszcze w dodatku odpowiednie proporcje zostaną zachowane (od razu mówię, że gitarowych numerów w stylu "Who" raczej nie chcę), to jeszcze o Australijczyku będziemy wspominać na naszym portalu. Oby tylko nie wymiękł.

Tomasz Skowyra    
25 marca 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019