SPECJALNE - BRUDNOPIS

David Lynch
Crazy Clown Time

2011, Sunday Best 5.2

Początkowa konsternacja po premierze "Good Day Today" okazała się w kontekście całości Crazy Clown Time zupełnie bezzasadna, a słyszane u świtu całego szału na "Lyncha - twórcę muzyki TANECZNEJ" donośne głosy, że ten oto nowy heros gotycyzującego elektro to przybysz z zewnątrz, nie tylko w sensie branży, ale też i szkoły postrzegania rzeczywistości, okazały się rzucanymi na próżno. Swoim pierwszym singlem reżyser Mulholland Drive być może rzeczywiście zabiera nas na weselszą niż zazwyczaj niedzielną przejażdżkę, podczas której wybiera raczej skąpany w porannej żywiołowości objazd wokół zagubionej autostrady niż wycieczkę w jej mroki, ale bynajmniej nie spodziewajcie się takiej familijności we wszystkich zakamarkach płytki.

Nie znaczy to jednak, że Crazy Clown Time niepokoi i wywołuje gęsią skórkę pod względem czysto muzycznym. Nie z nami te numery, panie Lynch, pomimo zaskakująco dopracowanego warsztatu i niewątpliwej biegłości w operowaniu kompozycyjnymi strukturami (choć reżyser miał już swoje wcześniejsze przygody z tworzeniem muzyki to jego pierwsze starcie z formą czysto piosenkową) pozostaje pan człowiekiem barwy i obrazu, artystą-malarzem, który przerzucając się na dźwięki chętniej przypilnuje wibracji kolorystycznych ozdobników niż popracuje nad ciekawymi zmianami akordów. Toteż robotycznie-senny świat Crazy Clown Time, choć samoprzylepny, niestety nie oferuje za wiele do słuchania. Rozmaicie zniekształcony głos Lyncha lawiruje pomiędzy ekstatycznymi jękami a manieryczną melorecytacją, jedynie momentami przechodząc w miarę czysty śpiew. I, o dziwo, to właśnie te najbardziej popowe skrawki albumu – "Stone’s Gone Up" i singlowe "Good Day Today" – prezentują się najlepiej. Więc czyżby rzeczywiście Lynch-hipster, wypełniacz parkietów?

Nie da się ukryć, że wielu z nas do dzisiaj (a płytka pojawiła się już jakiś czas temu) traktuje piosenkarski wyczyn Lyncha jako wyrafinowany żart, kolejną fanaberię twórcy, dzięki której ogrywa on swój wizerunek. Nie jest to kwestia tak ważna jak swoisty akt małej kapitulacji, jaką jest Crazy Clown Time – płyty pomyślanej jako projekt mający przeszczepić "świat" reżysera, wraz ze wszystkimi jego kontrastami, pęknięciami i białymi plamami, na grunt współczesnej muzyki pop (stąd liczne próby jego legitymizacji, między innymi w postaci gościnnego występu Karen O). Crazy Clown Time intryguje więc jako pomysł, ale – bądźmy szczerzy – gdyby była to robota totalnie anonimowego twórcy, zapewne nie wzbudziłaby większych emocji.

Jakub Wencel    
3 lipca 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019