SPECJALNE - Artykuł

Young Thug: Tętno rapu

4 kwietnia 2016

Young Thug to obecnie jedna z najważniejszych postaci w muzyce popularnej, nie tylko rapowej. Kropka. Niestety choć wspominany co chwilę, nie doczekał się na naszym polskim poletku należycie obfitego omówienia. Początkowo chciałem po prostu napisać recenzję I'm Up, które nie tak dawno się ukazało, przy okazji krótko omówić postać i podzielić się swoimi przemyśleniami. Taki format jednak byłby na pewno niewystarczający. Bae zasługuje na większą uwagę i mam nadzieję, że moje wypociny obudzą choć kilku śpiochów. Nie możemy już traktować Thuggera tylko jako jakiegoś dziwnego zjawiska, które cudem zaistniało. Gość jest dla współczesnej muzyki tym czym Joyce dla literatury, rok 1917 dla Rosji czy mefedron dla młodzieży – rozwala ją od środka i sprawia, że już nigdy nie będzie taka sama. Jednak jak bardzo niepokojące mogą się wydawać te przewroty, Thug to postać świetlista. Być może przesadzam z tym jak wielką rolę odgrywa obecnie, ale trudno. W obecnym mainstreamie nie ma dziwniejszej postaci i przez ten pryzmat na to wszystko patrzę.

Zacznijmy od początku. Debiutanckie (przynajmniej dla szerszej publiki) I Came From Nothing z 2011 pozwalało poczuć, że coś jest "nie tak", ale gdyby to było wszystko, to nie spotykalibyśmy się w tym miejscu. Z tego czasu wzięły się przyrównania ziomeczka do Lil Wayne'a, no i cóż, wtedy nie były one bezpodstawne. W tych nagraniach tkwił już jakiś potencjał, ale trudno było przypuszczać, co z niego wyniknie. Kolejne części trylogii to mozolne (ale czy aby na pewno? to był raptem rok) budowanie swojej tożsamości. Z mixtejpu na mixtejp Thug rozwijał swój warsztat, kreatywność, zbierał kontakty. Już druga część zawierała fragmenty tego gościa, z którym jesteśmy za pan brat teraz. Rok 2012 przyniósł ostatnią część, która w końcu była tym, na której "to on był tym o co chodzi". To w tym miejscu zaczęły się na poważnie dziać wszystkie piękne rzeczy – opętane okrzyki, kilkukrotne zmiany flow na przestrzeni jednej zwrotki, ledwo (o ile w ogóle) zrozumiałe słowa. Ten pierwszy etap jeszcze nie obfitował w tę piękną ilość kosmicznych hooków, a producencko jeszcze nie zachwycał (choć niejedno dobre biciwo można było tam znaleźć). Za chwilę jednak i to miało się zmienić, czego pierwszą jaskółką był "Stoner" – pierwszy prawdziwy hicior w karierze, dzięki któremu Young Thug zaistniał dla ludzi. Kawałek z 2013, do którego teledysk ukazuje się w 2014, co jest tym symbolicznym exodusem.

Stopniowy rozwój, ze względu na krótki czas stał się rozwojem skokowym. Dlatego czwarty mixtape, a zarazem pierwszy "oficjalny" (zasługa nieodżałowanego Gucciego), 1017 Thug sprawił, że Bae w końcu porządnie zaistniał i co tu dużo mówić – całkowicie zasłużenie. Nie widzę sensu w dokładnym opisywaniu tego materiału, wystarczy napisać, że ta kobyła jest wyraźnym krokiem naprzód w rozwoju i pełna jest absolutnie rewelacyjnych bengerów, rozwija stylówkę Thuga, a jednocześnie wpina ją w jakieś ogarnięte ramy. Materiał doceniony przez krytyków, przez fanów oraz każdego z resztką rozumu i godności człowieka.

2014 to pierwszy (ale nie ostatni) prawdziwy rok Thuga. Tylko przez te dwanaście miesięcy kolo wydał 6 mixtape'ów! Funfact: wszystkie są przynajmniej dobre. Dwa przyjemne albumy z posiadaczem najpiękniejszego loda na twarzy, bardzo dobry, nieco pomijany album z Boody Jay'em, naprawdę niezłe kolejne części 1017, które choć nie umywają się do pierwszej, to ciągle pozostają świetnymi porcjami materiału (i znacznie przyjaźniejszymi dzięki krótszemu formatowi). Osobną sprawą jest temat Rich Gangu, totalnie rozbuchanej, bezkształtnej supergrupy, w skład w której wchodzą/wchodziły takie postacie jak Drake, Future, Lil Wayne, Tyga, Kendrick i wielu innych. Całego dorobku tej interlabelowej instytucji nie było dane mi poznać, ale i tak stawiam moją rodzinę, moje życie prywatne, biznes i wszystko inne, że najlepszym co ta ekipa miała do zaoferowania, był olśniewający "Lifestyle" z Thugiem, a Tha Tour Pt. 1 lipy też nie robi.

Status Barter 6 jest nie do końca jasny, źródła opisują ten materiał jako mixtape, a jednocześnie jako komercyjny debiut. Na tym etapie powinniśmy jednak już przywyknąć do niejasności. Jakkolwiek nie nazwać tego domniemanego utarcia nosa Wayne'owi (przepraszam bardzo, ale nie zamierzam paprać się w tych wydawniczo-biznesowych pierdołach), dla wielu ludzi, to właśnie to był początek przygody z Thugiem. Czy jednak jest to najlepszy materiał gościa (albo nawet był, do tamtej pory)? Kiedyś z całym przekonaniem powiedziałbym: "nie". Dziś bym się zawahał. Z jednej strony całość jest ułożona i w większym stopniu przystępna, a single (a przynajmniej kawałki, które doczekały się teledysku) pod postacią na przykład "With That" czy "Halftime" czochrają jak mało co. Z drugiej jednak, materiał zdaje mi się szalenie nierówny, bo na przykład otwierający kawałek jest ciągnącym się w nieskończoność zamulaczem, który zupełnie nie przygotowuje na to co się za chwilę wydarzy. Trochę męczy też duża ilość zbędnych gościnek, niemniej jednak dobra i ważna dla Young Thuga płyta, jeszcze jeden krok do przodu.

Potem nadeszły dwie części Slime Season (pierwsza zdecydowanie lepsza), a wraz z nimi szereg kolejnych wspaniałych utworów. Materiały bardzo przydługie, mocno nierówne, pokazujące naszego bohatera z różnych stron. W zasadzie to po prostu kolejne budynki w imperium Zbója, zbudowane w tej samej stylistyce co Barter, dlatego może w tej chwili pochylmy się w końcu nad samą strukturą tej przedziwnej muzyki.

AHGAHAHAHAHAHAHAHAHAAahhahaahHAHAHahHAhaa GGGGGGGGgGGG. Zbyt proste? Jasne, że zbyt proste. Oddanie słowami tego precedensu jest w gruncie rzeczy niewykonalne, dlatego posłużę się unikodem: U+1F602 U+1F60D U+1F632 U+1F640 U+1F64F. Mało? Jak to ładnie ujął Bernie: Thugger wyciąga melodie z powietrza pozbawionego tlenu. Opływa próżnię swoim nawiedzonym głosem niebezpiecznego szamana i bez użycia słów znanych w jakimkolwiek ziemskim języku szczegółowo opowiada historie, na które nikt inny by nie wpadł. Cały czas zastanawiam się w jakim stopniu legenda o pisaniu tekstów za pomocą hieroglifów jest przesadą, jakąś bzdurną miejską legendą, ale z dnia na dzień jestem coraz bardziej skłonny uwierzyć, że w naprawdę niewielkim. Ludzi wyśmiewający typka sukcesywnie ubywa, pojawiają się za to szczegółowe analizy tego fenomenu , które nie pozwalają na zignorowanie tego kosmicznego strumienia świadomości, strumienia podświadomości, strumienia syropu. Young Thug – "playboy, wirażka, pół kurwy, pół ptaszka".

Nie jestem też fanem, ani znawcą tekstowej analizy rapu, ale w tym wypadku czuje się całkowicie rozgrzeszony. Sam Thug stara się zasugerować, że liryka ma u niego drugorzędne znaczenie, a prym wiedzie melodia, flow. To kolo, który werbalizuje komunikację niewerbalną i takie kwiatki jak "Booty fat like she eat asses", czy "I miss you / I want kiss you /I want lick you / pubic hair" to tylko zabawne easter eggi.

Wróćmy jednak do historiozofii Młodego Zbója. W 2016 powitał nas I'm Up – mixtejpem zwartym, całkiem równym, nieco innym niż poprzednie, a w highlightach absolutnie porywającym – kodeinowe Asereje "F Cancer" czy tubylcza potańcówka "For My People" z miejsca weszły do Thuggerowego kanonu. Fani byli jednak zdziwieni – gdzie jest Slime Season 3? Czekać na niego przyszło nam bardzo krótko i ostatni póki co mixtape Bae wylądował w naszych uszach pod koniec marca. Osiem kawałków. 28 minut. Ktoś może czuć niedosyt, ale jak dla mnie taki format jest idealny, selekcja materiału jest lepsza, a całość bez bólu wchodzi od pierwszego przesłuchania, choć brakuje jakiegoś numeru, który wyróżniałby się z reszty – wszystkie są bardzo dobre, żaden nie jest szczególnie charakterystyczny. Nie ma to jednak znaczenia, bo to tylko przystawka pod zbliżające się Hy!£UN35. Wystarczy zerknąć na pożegnanie minionego już Mętnego Sezonu.

Young Thug to jeden z najbardziej kreatywnych i ciekawych MC w historii. Ludzie już zaakceptowali i pokochali chorą przewózkę Zbója, czas na więcej, "on chce więcej". Czas rzucić prawdziwe wyzwanie wszystkim barterowym maniakom. Co mi się marzy? Aby muzycznie uciekł z okowów współczesnego trapu, a wokalnie z szalenie ograniczających wymogów choćby śladowej komunikatywności, całkowicie oddając się porywającym ad-libom i osiągając Olimp nawiedzonych pokrzykiwań i konwulsyjnych jęków. Daje na to nadzieję na przykład muskający absolutu "Pacifier" – mój ulubiony singiel z zeszłego roku. Thug jest do tego zdolny, musi tylko to zrobić. Współpraca z Kanye to dobry prognostyk, a te rzekome czterdzieści utworów nagrane z Yeezym (Turbo Grafx 16?) nie mogą się zmarnować.

Zdaję sobie sprawę, że nie wspomniałem w tym tekście o wielu sprawach, takich jak featy, których Thug natrzaskał całą masę (a niektóre z nich są naprawdę kozackie), zlałem temat producentów, z którymi nasz koleżka nagrywa: świetni, choć nierówni London on da Track czy Wheezy; rozrywający membrany Metro Boomin (do dziś bolą mnie losy Metro Thuggin) czy Mike WiLL Made-It. Uniknąłem tematu różnych idiotycznych afer, minibeefów, wyglądu Bae (ale serio). Nie sposób ogarnąć tego wszystkiego, ale nie można spuszczać z niego oka. Przyszłość jest tu i teraz.

Aha, standardowo dla leniuchów: moje absolutnie subiektywne, spontaniczne dziesięć ulubionych tracków:

Antoni Barszczak    
BIEŻĄCE
Hockeysmith"Lonely Loving Me"
10 najlepszych płyt 2018