SPECJALNE - Artykuł

Stary marynarz zmarł: Scott Walker (1943-2019)

26 marca 2019

He's Drilling through The spiritus sanctus Tonight

W ciągu miesiąca pojawiające się w gazetach nekrologi zabrały dwóch z trzech moich najważniejszych muzycznych herosów. Biorąc pod uwagę, że trzeci z nich zmarł w XIX wieku, świat moich idoli stał się dzisiaj na zawsze zamkniętą historią. O tym, kim jest Scott, można pisać godzinami wyciągając setki historii, wspominek, projektów i hołdów skierowanych w jego stronę. Czasu aż tyle nie mamy, więc skromnie ogranicze się do tego, że to wspaniały artysta był, i naszym psim obowiązkiem – nie tylko redaktorów, ale także waszym: czytelników – jest jego należyte upamiętnienie i skrupulatne pięlegnowanie pamięci o nim wśród przyszłych pokoleń. Jako że gdzieś tam na świecie istnieją osoby, które ze Scottem się jeszcze nie spotkały, to właśnie dla nich, mała zachęcająca playlista, aby bez przeszkód mogły one jak najszybciej dołączyć do grona szczerze oddanych artyście akolitów. Mała playlista zaczerpnięta ze środkowego okresu jego twórczości – jego pierwszych solowych kroków. Dlaczego akurat z tego?


Krótka notka – Scotta można podzielić na trzy okresy:

Wczesny – Walker Brothers, czyli zespół wypełniający przestrzeń po wczesnych Beatelsach.

Średni – Solowy, barok popowy, z konotacjami stylu Franka Sinatry, z esencjonalnymi płytami liczonymi od 1 do 4

Późny – Tutaj odleciał, odłączając się od materialnego świata.


Późny Scott to dzieła zwarte, koncepcyjne i anty-piosenkowe. Wynik dadaistycznego szaleństwa Engela i niesamowitego tempa wydawniczego osiągającego prędkość trzech płyt na 22 lata (na szczęście pod koniec życia artysty proces ten znacznie przyśpieszył). Są to płyty pełne jaskrawych dziwactw, przedziwnego ascetyzmu, technicznej perfekcji i inspiracji chorałami gregoriańskimi. Arthouse pełną gębą. Z pierwszym z brzegu zastąpieniem perkusji, cyklicznym biciem pięścią w kotleta. Bez pretensji i bez banałów. Bez taniego gotyckiego mroku, za to z poczuciem wewnętrznego egzystencjalnego strachu sięgającego do najgłębszych pokładów podświadomości. Scott stworzył tutaj świat pełen przerażających wizji i krzyków. Zimny, pozbawiony światła i międzyludzkiej bliskości. Nienawistnie dążący do zniszczenia, zdegenerowania i zbeszczeszczenia muzycznej harmoni, i zerwania z tym wszystkim co w muzyce uchodzi za ładne i przyjemne. To są rzeczy sensowne tylko i wyłącznie w skupieniu. W uważnym nadaniu im szansy zabrzmienia w całości, w przesłuchaniu ich od samego początku, do ich nieuchronnego końca. Ciężko tam wejść, zatopić się w tym, ale gdy już się uda, jeszcze trudniej wyjść z tego w jednym kawałku.

kp

Chociaż w całokształcie jego twórczości od porażającego Tilt z niesamowitym "Farmer In the City", bardziej przerażająca wydaje się powyższa okładka.

W opozycji są lata młode: zespół pieśni i tańca Walker Brothers, kasowa kolebka z której się tak sprawnie wybił. Niezłe to, miłe dla ucha, czasami zaboli naiwnym prymitywizmem i jechaniem na post-beatlesowskich patentach. Widać, że cały ciężar opiera się na fundamencie świetnych singli, ale... Jezusie Nazarejski, cytowany na starcie "Electrician", w którym struktura piosenkowego optymizmu początkowych płyt zespołu zostaje zalana ropiejącą zgnilizną demonicznego zła, beznadziei, depresji, rozpadu, zgnilizny, śmierci, fekali i filmów Marcina Roli; i ten śpiew wykonywany roztapiającym się (dosłownie!) głosem – Just kill me, kill me, kill me, to jest rzecz tak dobra, tak genialna, przejmująca i zachwycająca, na równi ze świetnym coverem Burta Bacharach, że jak bardzo szukam miejsc do ustrzelenia ich, za ten wkład w światowe dziedzictwo, o Walkerach złego słowa nigdy nie powiem.

Pozostały zatem lata średnie: Po dokonaniu bratobójstwa i zawieszeniu współpracy z macierzystym zespołem. Scott zapragnął całkowicie oddać się ambicji bycia czymś więcej niż tanią pornografią dla dojrzewających nastolatek. Wybór nowej tożsamości padł na ciężki barokowy pop. I nie trzeba dodawać jaki był to pop! Te wszystkie śpiewające po trzecioligowych kasynach klauny w przetartych garniturach z żakardowymi krawatami na szyjach mogły tylko czyścić mu mikrofon. Scott wziął się za gatunek zdominowany wielorakim pokłosiem wcześniej wspomnianego Burta Bacharacha oraz Franka Sinatry i w swoim maksymaliźmie doprowadził go do absolutnej granicy, za którą mogła tkwić już tylko nadinstrumentalna kakofonia. Potężnymi symfonicznymi kaskadami, jakich świat nie widział oraz głosem na tyle żywotnym i wyrazistym, aby tym kaskadom mógł partnersko towarzyszyć, wycisnął z konwencji wszystko, co było do wyciśnięcia. Na przestrzeni czterech esencjonalnych płyt zamknął temat gromadząc taką liczbę hymnicznych kawałków, które, przy stworzonym przez uczciwych historyków kanonie gatunku, wypełniłyby sobą przeważającą przestrzeń. Pełne patosu, skrajnej emocjonalności i dynamiki. Jednym zdaniem: mające silne zadatki na bycie wzruszającym towarzyszem pożegnania ze światem w niezwykle olśniewający sposób.

Podsumowując: Scott, na wszystkich tych polach: popu, większego popu i awangardy, był, jest i będzie wielki. Jego piosenki i płyty pozostaną z nami na długo, jeśli nie bezpośrednio, to ukryte to tu, to tam w inspiracjach u naszych ulubionych artystów. Scott był człowiekiem sztuki. Pomnikowym artystą w najbardziej idealistycznym i stereotypowym tego słowa znaczeniu. Ludzką figurą w radykalny sposób stawiającą Być przed Mieć. Był kontestatorem, szczerym i prawdziwym – metafizycznym – romantycznym buntownikiem zamkniętym w okowach swojej nienasyconej ambicji i mrocznej wyobraźni. Był olśniewającą gwiazdą, która z bycia bezosobowym playboyem, bezwolnym marketingowym zwierzątkiem i członkiem drugoligowego boysbandu, przeistoczył się w szalonego estetycznego boga, z muzyką przepełnioną piekielnymi biesami atonalnych eksperymentów występujących na równi z symfonią złożoną z pierdzących karłów. Taki był to facet. Odszedł od nas 22 marca 2019 roku pozostawiając wielką żałość i szkodę. Z tych powodów proszę was tylko o jedno: otumańcie się trzymanym w dłoni podłym rumem. Odpalcie jego muzykę. Odlejcie ziemi kilka kropel ku jego pamięci. Ukażcie gnijący garnitur zjedzonych szkorbutem zębów i poruszajcie się w rytm przeklętego pożegnalnego tańca, bowiem w amsterdamskim porcie stary marynarz dzisiaj zmarł*. Salut Scott! Salut! Żyj w naszej muzyce!

*Prawa autorskie sentencji leżą w rękach człowieka odpowiedzialnego za stronę Nie słuchasz King Crimson nie idę z tobą do łóżka. Zbyt ładne to słowa, aby ich w tej sytuacji nie wykorzystać.

I na koniec playlista.

Michał Kołaczyk    
BIEŻĄCE
Adrian Ugowski feat. MFC & Pikers"Xanadu"
Flying LotusFlamagra