SPECJALNE - Artykuł

Rytuały i nieporozumienia

12 września 2012




Rytuały i nieporozumienia czyli o podsumowaniu lat 90-tych

Za nami najważniejszy projekt w dotychczasowej historii serwisu. Warto odnieść się w bardziej oficjalnej formie niż komentarz na Facebooku do rozmaitych uwag ze strony czytelników. Postaram się odpowiedzieć tutaj zbiorczo na różne drobne zastrzeżenia, pojawiające się czy to na FB, czy na Twitterze, streścić w kilku słowach kulisy i genezę powstawania listy, przybliżyć zasady podsumowania płytowego oraz wyjaśnić dlaczego jesteśmy z tego rankingu cholernie dumni i zadowoleni.

Tło powstawania rankingu

Jak już wspominaliśmy w redakcyjnych wstępniakach, idea przygotowania listy najlepszych naszym zdaniem płyt 90s (nie pomnę dokładnie, ale wydaje mi się, że kategoria singli zaczęła mieć dla nas większe znaczenie dopiero rok później – być może Borys, ze swoim archiwum maili i gg sięgającym pierwszego dnia połączenia się dial-upem z "siecią komputerową Internet", mógłby to wyjaśnić, ale rzecz jest przecież mało istotna) narodziła się w 2002 roku. Zajarani pomysłem przystąpiliśmy do działania niemal natychmiast. Plan był taki, że "opiekunowie", tudzież organizatorzy listy, plemienna starszyzna, inaczej zarząd, mieli co tydzień pożyczać do przegrania określoną liczbę mniej znanych płyt z 90s swoim młodszym stażem i doświadczeniem kolegom (później też koleżankom), a jednocześnie wszyscy, zbiorowym wysiłkiem, mieliśmy zapoznawać się z dorobkiem płytowym dekady naszego późnego dzieciństwa i młodości. Ten system zresztą przez pewien czas działał, do momentu całkowitego przeproszenia się załogi Porcys z instytucją stratnej kompresji dźwięku. Z Zosią i Nowo do tej pory leczymy kręgosłupy (wiecie ile waży plecak szczelnie wypełniony CDkami?), a ja wciąż nie mogę doliczyć się moich Zumpano, Swirlies i Seefeelów (ktokolwiek widział, ktokolwiek wie).

Koncepcja była prosta: robimy najbardziej wymiatającą listę ever, futbol totalny, Holandia Michelsa, ogarniamy WSZYSTKO i żadna dobra płyta nie ma prawa nam umknąć. Z perspektywy mogę powiedzieć, że te maksymalistyczne założenia udało nam się mimo wszystko w większym niż mniejszym stopniu zrealizować – przez dziesięć lat intensywnej pracy przerywanej kilkumiesięcznymi, półrocznymi i dłuższymi hiatusami ogarnęliśmy praktycznie wszystkie pozycje rekomendowane przy okazji podobnych list w anglojęzycznym necie i magazynach muzycznych: od zestawień PFM wraz ze wszystkimi listami indywidualnymi (niby lol, ale TAK, PFM to był dla nas jeszcze wtedy priorytet; zresztą nie ma czego żałować, bo te listy prezentują dość przekrojowy i reprezentatywny obraz dekady, np. kiedy później zainteresowaliśmy się uważanymi za najlepsze albumami jazzowymi okazało się, że większość mamy już "odhaczoną"), poprzez indie-ranking zapomnianego już przedempetrójkowego serwisu Nude As The News, pseudo-listę wszechczasów Stylusa i analogiczne zestawienia w Rolling Stonach i innych Q, a także jazzowe (gdzie jednak odsetek płyt z interesującego nas okresu był nader skromny, co zrozumiałe), best of 90s w magazynach amerykańskich i brytyjskich (Spin, Select), kompilacje wieloźródłowe (Acclaimed, bo nie pamiętam czy Metacritic miał coś takiego), aż po podsumowania roczne The Wire i Scaruffiego. Nie wspominam o poznawaniu pełnych dyskografii dobrych składów, bo sięganie głębiej po usłyszeniu Eccsame albo Souvlaki było przecież naturalne i nie wymagało specjalnej dyscypliny.

Co nam się nie udało? W ramach ogarniania wszystkiego chcieliśmy zapoznać się z rekomendacjami Allmusic (przez dłuższy czas możliwe było wyszukanie wszystkich albumów ocenianych na co najmniej 4 gwiazdki w danym stylu) – do tego zabrakło zapału. Nie udało się też dotrzeć do najciekawszych wynalazków ze scen krajowych, nie znalazł się więc w naszym szerokim spektrum ambient-techno z Nairobi. Barierą był jak zawsze czas, bo o ile w pewnym momencie wydawało się, że instytucja Rate Your Music pozwoli na rzetelny przegląd międzynarodowy, o tyle kiedy już próbowaliśmy coś na tej podstawie zdziałać, okazywało się, że gust użytkowników RYM zbyt dalece rozmija się z naszym. Przykładowo, po kilkunastu godzinach spędzonych na zgłębianiu pereł Portugalii i przesłuchaniu największej dawki metalu i mrocznego alt-rocka od późnej podstawówki, oscylującego w granicach 2.0-4.0, stwierdziłem jak Boniek, że dość pan. Wygrzebywanie w necie zagranicznych nieanglosaskich forów muzycznych (pomysł sprzed RYM) też okazało się o kant dupy potłuc. Odpowiedzi lokalsów na prośbę o rekomendacje krajowe sprowadzały się do kilku oczywistych zespołów, które zrobiły karierę globalną (zamiast o nowych Varletach, "dowiadywaliśmy się" więc o Air, Daft Punk i Noir Desir).

Sporo do życzenia pozostawia też nasza znajomość jazzu 90s – owszem, najistotniejsze zajawki powszechne, typu Maria Schneider, znalazły się na listach indywidualnych, ale jeden Metheny w całym zestawieniu dowodzi, że albo jazz w dekadzie dołował albo, co bardziej prawdopodobne, nasze zainteresowanie sceną było zbyt powierzchowne, a te rzeczy które nieraz przypadkowo poznawaliśmy nie robiły na nas piorunującego wrażenia. Jeśli chodzi o brak poważki, z chlubnym wyjątkiem bodajże czterech osób, większość z nas jest nie w kursie dzieła.

Zasady. Pokazuję i objaśniam.

Oczywiście najbardziej intensywny okres pracy nad listą przypada na ostatnie pół roku, kiedy to w projekt z zapałem zaangażowała się cała ekipa, w tym nowe kadry, które wniosły własną systematykę i kanony, spontan oraz mnóstwo frapujących rekomendacji. Ponadto, ze względu na doniosłość przedsięwzięcia zależało nam na tym, żeby zaprosić do udziału wszystkich, których nazwiska na jakimkolwiek etapie widniały w stopce redakcyjnej i udało nam się to niemal w stu procentach. Czy ktoś raczył zauważyć na przykład, że znakomitym komentem do Imaginary Day popisał się autor jednej zaledwie recenzji, bohater filmu dokumentalnego Porcys. Początek, Miłosz Ostrowski? I super, że to właśnie Kowal, ze swoim arsenałem odniesień kulturowych, napisał o Nirvanie, dzięki czemu wyszedł jeden z najmocniejszych pisarsko punktów całego zestawienia. Zakrockiego o koment do Boardsów cisnęliśmy do samego końca, a efekt był taki, że przy lekturze popłakałem się ze śmiechu i doznałem absolutu (moment zaburzonej narracji).

Jednocześnie, przy zaangażowaniu w projekt tak szerokiego grona towarzyszy i ex-towarzyszy (a większość uczestników zagłosowała), pojawiało się ryzyko, że lista ogólna ulegnie spłaszczeniu, dojdzie do zjawiska równania do oczywistości. Tego nie trzeba chyba specjalnie tłumaczyć: jeżeli dwadzieścia osób zna Neutral Milk Hotel, a tylko dwanaście Todda Edwardsa, ten ostatni już przed rozpoczęciem wyścigu znajduje się osiem metrów z tyłu. By zrównać dla wszystkich linię startu, postanowiliśmy poza tradycyjną tabelą w prosty sposób sumującą punkty wziąć pod uwagę jeszcze drugą tabelę – jakościową, tj. wyliczającą realną średnią miejsc jaką otrzymał dany album, przy czym średnią obniżał (z różną mocą zresztą) brak płyty na liście, tylko pod warunkiem, że ten brak był świadomym wyborem głosującego, a nie wynikał z jego nieznajomości lub słabej znajomości krążka.

W jaki sposób to dodatkowe kryterium wpłynęło na ostateczny kształt listy? Cóż, poza przetasowaniami w obrębie samej setki, w tym w ścisłej czołówce, niektóre brit-rock i indie darlings musiały się z naszym zestawieniem pożegnać zupełnie. Wśród ofiar znalazły się chociażby takie oczywistości jak The Bends, Parklife, Pulp czy Low, a wśród beneficjentów, nieraz awansujących w spektakularnym stylu – Lil Louis, Mr Fingers, Ras Kass, Gramm czy Global Communication. Dzięki temu sprytnemu, ale też w pełni wiarygodnemu i sprawiedliwemu zabiegowi, nie musieliśmy sztucznie zawyżać miejsc mniej znanym ukochanym płytom na listach indywidualnych, tylko po to żeby dodać liście głównej oryginalnego rysu. Wystarczyło by kilkoro głosujących uczciwie zaznaczyło, że danego albumu bo po prostu nie zna, a resztę zrobiła za nas ordynacja.

Bez ręcznego sterowania udało się więc stworzyć listę jednocześnie kanoniczną, odzwierciedlającą wieloletnie zajawki naszej ekipy, i ciekawą, uwzględniającą pozycje nieco mniej znane, ale równie dobre, o ile nie lepsze. Opisany wyżej system głosowania zastosowaliśmy tylko do płyt, w singlach natomiast doszło do innego rodzaju inżynierii. Nie chcąc by dwa publikowane po sobie rankingi powielały się, postanowiliśmy wcześniej, że single z albumów, które znajdą się na liście płyt zostaną wyeliminowane z rywalizacji. Nie dziwcie się zatem nieobecności takich piosenek jak "Being Boring" czy "Web In Front" – zostały one świadomie wyproszone z setki singli w celu wypromowania kilku klasycznych hitów więcej (Mr President już dzwonili z podziękowaniami, jest im bardzo miło, że oni otwierają, a MBV zamykają). Wyjątek zrobiliśmy dla kilku niepodważalnych singli autorstwa zespołów, które wprowadziły też do setki inne kawałki (tak by nie konfundować czytelników, że "Erase / Rewind" uważamy za lepsze od "Lovefool", a "No Scrubs" wolimy od "Waterfalls").

Uwagi czytelników

Najczęstszy zarzut przy wszelkich tego typu listach to oczywiście, że coś jest za nisko, coś za wysoko, a czegoś w ogóle nie ma. Przy czym większość rzeczy, o które się upominaliście można odnaleźć w drugiej i trzeciej setce, czyli pojawiły się na co najmniej kilku listach indywidualnych. Jest to chociażby przypadek Disco Inferno, których znakomite D.I. Go Pop (sam miałem u siebie, a Grek jest wielkim fanem) uplasowało się ostatecznie na 192. miejscu. Komentarz "Może tylko dwa słowa: DISCO INFERNO" zebrał aż 10 lajków, a chwilę później na profilu konkurencyjnego serwisu pojawił się post rekomendujący DI "zawsze o tej porze roku", co można było odebrać jako subtelną aluzję. W tym miejscu mógłbym złośliwie sparafrazować Beastie Boys, że "I was (summer) listening to Disco Inferno when you were...", ale zapytam się po prostu o co całe zamieszanie – przecież nie robimy najważniejszych płyt dekady, tylko najlepszych, naszych zdaniem. To naturalne, że nie wszystko się zmieści i nie wszystkich się zadowoli (zwracam uwagę, że tylko co do dwóch wiadomych albumów panuje szeroki consensus), a pretensje pod adresem autorów powinno się kierować w momencie gdy zgrzeszą oni niewiedzą. Tymczasem większość z nas zna (i lubi) DI i to wcale nie od dwóch czy trzech lat, a znacznie dłużej.

I z jednej strony rozumiem, że to rytualne "a teraz ponarzekam sobie, że nie ma mojego faworyta" jest pewnym naturalnym odruchem przy okazji podobnych list i potrafi być nawet sympatyczne, ale z drugiej strony odrobinkę rozczarowujące, że dla większości komentujących istotniejsze niż poziom notki ("literacko" i merytorycznie to był chyba jeden z fajniejszych naszych ficzerów) albo niespodzianka na liście (myślę, że było ich co najmniej kilkanaście) było zbyt niskie miejsce ich ulubieńca.

A propos niespodzianek, kolejny motyw to nieporozumienie wokół komenta do Stiny i sformułowania "Porcys best kept secret". Borys to wyraził explicite w blurbie o 12 Rods, że być może wielu z naszych czytelników kojarzy zespół. Ja nie, i pewnie stąd konfuzja. Zupełnie nie o to chodzi, że nikt poza nami SN nie zna, nigdzie tak nie twierdziłem. To akurat casus kompilacji Blunted, której, idę o zakład, rzeczywiście nikt nie zna, bo i my znamy przez zbieg okoliczności. Ale SN z pewnością kojarzy sporo osób, nie mam co do tego złudzeń. Jedni, tak jak my, za sprawą redaktora Grzegorza Kszczotka z takiego pisma niszowego "Tylko Rock", nie wiem, może słyszeliście? Otóż to właśnie red. Kszczotek założył kult SN w Polsce, do którego przystąpiła między innymi Kasia Nosowska. A "Little Star" było w tamtym czasie na soundtracku Romea I Julii (niestety), zatem SN słuchały nawet nastoletnie fanki Leonardo DiCaprio.

Inni poznali Stinę trochę później, na początku ubiegłej dekady, kiedy to wzbudziła, prawdopodobnie za sprawą kolaboracji z Andersonem ze Suede, zainteresowanie mediów brytyjskich i zorientowanych wyspiarsko mediów polskich. Redaktor Kostrzewa opowiadał farmazony w swoim najlepszym stylu, twierdząc, że nie podobała mu się wcześniej, kiedy była jak dla niego nieco zbyt skandynawska, i dopiero musiała spotkać Andersona, żeby zrealizować w pełni swój potencjał. Tym więc zapoznającym się z twórczością SN za pośrednictwem osób, którym słoń nadepnął na ucho ogromnie współczuję (bez żadnej ironii), ponieważ była to już wtedy artystka wciąż ciekawa i z niepowtarzalnym głosem, ale nie wyjątkowa i poza sferą sacrum, mówiąc górnolotnie. Ktoś kto wysłuchiwał opinii o co najwyżej niezłym This Is Stina Nordenstam, że jest to jej artystyczne apogeum, nie miał pewnie potrzeby sięgać po wcześniejsze płyty, i nie dziwota.

W każdym razie hasło "Porcys best kept secret" odnosiło się wyłącznie do faktu, że przez dziesięć lat nie puściliśmy pary z ust na temat naszego stosunku do SN. I od razu odpowiadam: nie mamy już innych tajemnic, a za zatajenie przed pracodawcą Separation Anxieties na liście 00s na razie nie spotkały Borysa konsekwencje służbowe, przed czym straszył czytelnik. Podobno sprawę pod lupę wzięła Najwyższa Izba Kontroli, a lada dzień stanowisko zajmie Państwowa Inspekcja Pracy.

–Michał Zagroba, Wrzesień 2012

BIEŻĄCE
AFK & BludworkLoyalty N Service (EP)
Burial"Claustro"