SPECJALNE - Artykuł

Prince: 30 najlepszych utworów na 30-lecie działalności artystycznej

7 czerwca 2008



Prince: 30 najlepszych utworów na 30-lecie działalności artystycznej

Pomysł na feature poświęcony Prince'owi pojawił się w redakcji już wiele lat temu – to w końcu jeden z naszych absolutnych faworytów, co do którego zasług zgadzamy się bez wyjątku. Dopiero teraz nadarza się jednak specjalna okazja: nie tylko pięćdziesiąte urodziny, ale i trzydziesta rocznica ukazania się debiutanckiej płyty For You. W związku z czym wypisaliśmy ulubione kawałki z dyskografii artysty (z jednym zastrzeżeniem – pominęliśmy utwory napisane pierwotnie dla innych, jak "Nothing Compares 2 U" czy "Manic Monday"), podliczyliśmy głosy i oto jest lista, okraszona kilkoma okrzykami podziwu z naszej strony. Tych z was, którzy są świetnie obeznani z dokonaniami Księcia i jego niepodważalną rolą w dziejach muzyki rozrywkowej czeka zatem sentymentalna uczta skojarzeń i wspomnień. Natomiast pozostali czytelnicy niech czym prędzej nadrobią zaległości, a następnie sprawdzą wpływ jubilata na twórczość takich wykonawców jak chociażby Beck, D'Angelo, Outkast, Dismemberment Plan, Basement Jaxx, N.E.R.D., Justin Timberlake, Kelis czy z najnowszych Tigercity i Juvelen. Chyba nikt nie ma wątpliwości czym to pachnie – składamy hołd człowiekowi, bez którego historia popu wyglądałaby zupełnie inaczej. Ciesząc się ze znakomitej dyspozycji Mistrza, potwierdzonej zeszłorocznym albumem Planet Earth, życzymy mu kolejnego, równie owocnego półwiecza. Wszystkiego najlepszego!



30Cindy C (1987, The Black Album)

Jeden z najbardziej kontrowersyjnych utworów w dorobku i tak znanego ze skandali artysty, "Cindy C" to mało dwuznaczne i całkiem bezpośrednie wyznanie pożądania względem wschodzącej wówczas gwiazdy-supermodelki. Dwadzieścia lat przed tym, jak fenomenalny freestyler Lil' Wayne w dość niewybredny sposób zarapował swój "list miłosny" do księżniczki r&b Ciary (na podkładzie do jej ballady "Promise"), Prince wypluł z siebie ten erotyczny strumień świadomości, tylko umownie posegregowany na jakieś nominalne odsłony, a w praktyce składający się na jeden, długi, wściekle zażerający funkowy jam. Seksualne okoliczości kapitalnie podkreśla sekcja dęta – inaugurująca nagranie, świdrująca, atonalna fanfara jest jak trzęsienie ziemi, a potem napięcie tylko rośnie. Zaś co do samych słów, to polecam uważnie przestudiować tekst i zastanowić się jak musiała się czuć Crawford po usłyszeniu kawałka. A mnie przyjaciółka spytała z pretensją "co to za przedmiotowe traktowanie?!" kiedy podpisałem jej zdjęcie "ładna buźka". Trochę LOL... –Borys Dejnarowicz


 

29U Got The Look (1987, singiel z Sign 'O' The Times)

Tutaj nie muszę w zasadzie pisać ani słowa – wystarczy jeden look na okładkę tego zabójczego singla i wiemy już przecież z czym mamy do czynienia. Jak chyba żadne inne zdjęcie Prince'a, intensywnie purpurowy cover "UGTL" oddaje z bezbłędną dokładnością charakter wczesno-środkowej twórczości mistrza, skumulowany w bezpośredniej dawce "U Got The Look". Tak jak okładkowa poza i przenikliwe spojrzenie, kawałek bezczelny i wyzywający; pochwała próżności i bezkompromisowego stylu życia, w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tych słów. Także niczym aktualizacja "Uptown" na wymogi późno-eightiesowej epoki – kwintesencja brudnego nocnego hymnu do przejażdzek po klubach amerykańskiej metropolii, lub ewentualnie nocnych partii Vice City dla środkowoeuropejskich nerdów. Plus, świetny występ Sheeny Easton i Kamili równocześnie, a to się często nie zdarza. –Patryk Mrozek


28Alphabet St. (1988, singiel z Lovesexy)

Na wysokości swojego 11 albumu Prince był wciąż artystą szukającym nowych środków ekspresji. W "Alphabet St." po raz pierwszy pojawił się rap. Jednocześnie, w przeciwieństwie do Scritti Politti, którego lider i mózg Green Garthside ukrywał w miłosnych tekstach polityczny przekaz, Prince wydawał się być artystą cudownie prostolinijnym. Chociaż czy na pewno? Czy np. Marvin Gaye ze swoją diagnozą "war is not the answer" nie okazał się być bardziej przenikliwy od wielu innych mądrali? "Alphabet St." to przecież kawałek fundamentalny dla generalnego mesydżu utworów Księcia: Bóg = miłość = seks = muzyka. Seksowny digi-funkowy bit, radosne yeah yeah yeah ziomali Prince'a potwierdza ową prostą kosmologię – rządzącą regułą świata jest miłość (i rzecz jasna hardkor). –Piotr Kowalczyk


27Why You Wanna Treat Me So Bad (1979, singiel z Prince)

"Słuchaj, powiedziałbym ci wszystko dobrym URL-em, ale znasz gościa, nie traktuje ludzi poważnie, po hiphopowemu jak autokorekta / samosłownik skryptem, wczesny postmodernizm nie miałby racji, nigdzie nie można tego dostać – czy on naprawdę jest czarny? Tak jak z tym wykorzystywaniem afroamero w MTV, literaturze, kinematografii podjazdowej? - Uhhh - ". Nie ma żartów – wczesny Prince – puszczając oko do nienapisania samemu wszystkich nut – pop'n'rollowość – obcujemy tu z przerostem miąższu nad – dziwka! - cieszy pupę solowaniem, rozchełstanym chorusem, życiowym tekstem namacalnym obrazków. Gdzie byłeś/aś w 1980? Bo ja na przykład chodziłem rozsiany w kilku miejscach po południowej Polsce i chyba już coś kroiło się na rzeczy, chociaż mama mówiła, że najpierw był ślub, a to trochę błąd faktualny, bo przecież nie obchodzili chyba nawet ćwierćwiecza jeszcze; trochę mi głupio, że nie znam swoich rodziców od strony chronologicznej, jak Andre 3000 swego czasu (od przyciętych brzmieniowo ciężkich akordów i obliczonej na funkową – Jackson 5 – modłę ilości zmian jeszcze nikt nie zdębiał do tamtej pory, a tu nagle proszę). W rzeczywistości wygląda to prościej. –Mateusz Jędras


26Sometimes It Snows In April (1986, Parade)

Nie da się ukryć, że Parade jest jednym z bardziej chaotycznych i nierównych albumów Prince'a. Trudno również dyskutować z poglądem, iż Under The Cherry Moon, którego ścieżkę dźwiękową stanowi wspomniany krążek, jest najsłabszym filmowym dziełem Księcia. To wszystko nie zmienia jednak faktu, że "Sometimes It Snows In April" to, oczywiście obok "Purple Rain", na pewno najwspanialszy closer w karierze naszego jubilata stanowiący doskonały dowód na to, że Prince świetnie odnajduje się nie tylko w żywiołowych funkowych numerach, lecz również w subtelnych, ogarniętych smutkiem utworach.

Blisko siedmiominutowa, wyciskająca łzy ballada znakomicie broni się nawet w oderwaniu od fabuły, w której głównego bohatera, granego przez samego Prince'a, spotyka smutny i niespodziewany koniec. "Sometimes It Snows In April" jawi się bowiem uniwersalnym wyznaniem tęsknoty za utraconym przyjacielem czy też miłością. Może wydawać się, że na przestrzeni tych siedmiu minut dzieje się niewiele, lecz jakże mylne to wrażenie. Zaczyna się od zniewalającego, świetnie budującego napięcie fortepianowego intra ze stopniowo "rozkręcającym się" głosem Prince'a osiągającym kulminację w boskim (boskim!) refrenie powtórzonym kilkukrotnie, za każdym razem z coraz większą dawką emocji. Nie sposób nie zachwycić się także łagodną, delikatną i początkowo nieco ukrytą w tle partią gitary, która doskonale uzupełnia się z wokalem Prince'a i towarzyszącej mu Wendy Melvoin.

Podobni nam fanatycy układania list na potrzeby różnych sytuacji – bohaterowie High Fidelity zastanawiali się między innymi nad idealnymi trackami do zagrania na pogrzebie. U mnie na szczycie takiego zestawienia "Sometimes It Snows In April", bez cienia wątpliwości. "Sometimes I wish that life was never ending"... –Tomasz Waśko


25Raspberry Beret (1985, singiel z Around The World In A Day)

Ustalmy może: Around The World In A Day to dziwacki zbiorek nierównych hitów i paranoicznych ballad o pokrętnej mistyce, przy których CocoRosie wydają się dominantą ikonograficzną w agenda setting na rzecz Partii Republikańskiej. Nie znam nikogo, kto nie uwierzyłby, że w ten post-hippisowski a jednak powołujący się na gęsią skórkę (jeśli już mówimy o gołębiach, to te gruchające na balkonie można spokojnie wyuczyć łuku odlatywania w pizdu na dźwięk samego pukania w szybę od wewnątrz, jeśli wcześniej stosowało się sekwencję bodźców pukanie-przeganianie) ton uderzono zaraz po Purple Rain, ale całkiem umotywowane byłoby wymyślenie kogoś takiego – Prince przecież pojebany. I miejmy to na uwadze.

Sam singiel, bo był to singiel – okładka! – nie daje się łatwo ogarnąć. Przede wszystkim refren, refren i nawiązania do Led Zeppelin wszechogarniają. Wszystko do przewidzenia, że klasyczna melodia, ale "Raspberry Beret" jedzie oprócz wszystkiego na czymś innym – na dewastujących smykach mianowicie. Poza bitem właśnie – samplowanym ostatnio przez SAMEGO Justina – i partiami, zredukowanych zresztą, smyków, wszystko układa się w neopsychodeliczną piosenkę o miłości, menstruacji i uwarunkowaniach społecznych, jakich deprywację podmiot liryczny odczuwa. Czuję społeczność prezerwacyjną, a w najgorszym razie wydzieranie się pod koniec, podkładowe żeńskie wokalki i strumień akustyczny z gitarą i cymbałkami trawestują mi Lennona. Skrzypce i wiolonczela, w momentach kiedy pokrywają cały górny miks, w sumie też. Ach, i nie ma solówki na końcu wcale, co oczyszcza ten jednak wciąż ekstatyczny kawałek 80sowego popu z brzemiennych w skutkach powiązań z tradycją hendrixowską. –Mateusz Jędras


24Strollin' (1991, Diamonds And Pearls)

W jeden z pierwszych tegorocznych dni wiosennych przyszedłem za wcześnie (co mi się prawie nigdy nie zdarza, bo zwykle się sporo spóźniam) na popołudniowe spotkanie w parku i oczekując bliskiej mi osoby postanowiłem podelektować się przez kilka chwil wspaniałą pogodą: rozgrzewającymi promieniami słońca, delikatną bryzą wiatru i wonią rozkwitającej wkoło przyrody. Zapuściłem Diamonds And Pearls w discmanie i przy "Strollin'" miałem swego rodzaju objawienie. Raz jedyny w pełni odczułem przekaz tej miniatury, definiującej coś, co chyba najbardziej kocham w sztuce i życiu: melancholijną radość. Jak zwykle u Prince'a trzeba czytać miedzy wierszami: pod płaszczem luzackiej, beztroskiej, pozornie naiwnej oprawy muzycznej kryją się zdania głęboko i boleśnie prawdziwe. Namawia on do cieszenia się z samego faktu istnienia, do relaksu, zabawy, uśmiechu i tytułowej przechadzki, by nagle skonstatować z ledwo wyczuwalną rezygnacją w głosie: "There's so much hate goin' 'round / Hard 2 not let it get u down / Least we could do is make a joyful sound / Oh yeah". W gruncie rzeczy to piosenka o tym, iż świat nie ma sensu, więc właśnie dlatego pozostaje nam tylko cieszyć się nim tak czy siak. I chociaż słyszałem głosy krytyki – że to ledwie doskonała imitacja smooth-jazzu z tą synkopowaną perkusją, liźnięciami gitarki w wysokich rejestrach oraz dziwnymi przewrotami piana – to nie, nie, nie, nie, nie, nie. Być może nigdy wcześniej ani później Prince nie był równie szczerze natchniony, a już na pewno nie umiał sprzedać tego natchnienia z taką lekkością i fasonem. –Borys Dejnarowicz


23The Beautiful Ones (1984, Purple Rain)

Pora spojrzeć prawdzie w oczy, Prince nagminnie grzeszył i grzeszyć nie przestanie. Tym razem jednak nie chodzi o żadne niewinne nagabywanie kobiet, niedwuznaczne pozy, gitarowe orgie i takie takie, tylko o prawdziwą zbrodnie. Otóż pan Roger Nelson uwięził jedną z najlepszych swoich kompozycji w purpurowej komnacie i połknął kluczyk. Podczas gdy inne kawałki z Purple Rain święciły w pełni zasłużone tryumfy na listach billboardu, ''The Beatiful Ones'' łkał w samotności. Toż to niesłychane, żeby tak maltretować ten wspaniały track. Aż ciśnie się na usta pytanie: "dlaczego, kurwa dlaczego ten utwór nie wyszedł na singlu"? To chyba największa zagadka w dyskografii Księcia, przy której tajemnicza śmierć JFK to niewarta uwagi drobnostka. Epokowość ''The Beautiful Ones'' to niemal aksjomat, ten utwór jest tak komunikatywny, że z powodzeniem mógłby przeprowadzać ślepców przez zatłoczoną ulice . Ta cudowna ballada zwieńczona najbardziej emocjonalnym wyznaniem w dziejach muzyki rozrywkowej doprawiona iście hendrixowską partią gitary w finale, falsetem, oszczędnymi drumami od Bobiego Z., desperacją i zdezelowanymi klawiszami sprawi, że zapomnisz jak się nazywasz, na chwilę vs. na zawsze. Wcale się nie zdziwię jak po publikacji tego komentarza gwałtownie wzrośnie odsetek rozbitych związków, a wychudzeni wciśnięci w przyciasne jeansy badasses zaczną rozdzierać swoje markowe koszule i wrzeszczeć pod balkonami wybranek '' I'm begging down on my knees / I want u / Yes I do / Baby, baby, baby, baby / I want you''. Ja to kupuję i wstaję już z tych kolan, a ty lepiej sprawdź w dowodzie jak się nazywasz. –Wojciech Sawicki


22I Feel For You (1979, Prince)

Jak wszystkim wiadomo, drugi krążek Prince'a to teren nierówny; obok wybornego funka "I Wanna Be Your Lover" zawiera kompozycje hard-rockowe w wersji lakierowanej albo lekko miałkie pop-ballady w stylu mizerniejszych dokonań Bee-Gees, no i coś takiego nijakiego, do czego nie mam nawet ochoty się odnosić, bo jest za nudne, mianowicie kawałek "Still Waiting". Po tej piosence następuje bohater niniejszego komenta, czyli utwór "I Feel For You". Radosny syntezatorowy temat jest jednym z pierwszych tego typu zapadających w pamięć hooków przewodnich stworzonych przez Prince'a – jak pokazała historia, miał on później sypać nimi z rękawa. Trademarkowa jest też cała reszta – pogodna melodia funk/r’n’b, delikatny sound, żwawo i plastycznie zacinająca gitarka oraz hmm... seksowność? Słowem muzyczka stworzona do słuchania z dziewczyną/chłopakiem, o ile wcześniej przekona się ją/jego, że Prince'a słuchać nie wstyd, a nawet wypada, co w naszych warunkach może być niełatwe. –Michał Zagroba


21Delirious (1983, singiel z 1999)

Jakimś dziwnym trafem przydzielono mi do opisu trzy pierwsze tracki z 1999, które w oryginalnym dwuwinylowym wydaniu stanowiły stronę A pierwszej płyty i często były grane przez didżejów po kolei. O ile dwa pierwsze utwory łączy szeroko rozumiana singlowość, szczególnie pod kątem szans na stanie się klasykami, tak "Delirious" stoi raczej w cieniu swoich poprzedników, będąc bardziej klubowo-undergroundowym syntetycznym utworem z echami rockabilly, opartym o charakterystyczny piszczący klawiszowy hook i klasycznie już nasączonym seksualnymi podtekstami. Całe zamiłowanie Prince'a do śpiewania na ten temat jest o tyle dla niego typowe, co również stanowi jeden z kolejnych elementów jego wyjątkowości. Bo właściwie Prince – z jego wąsikiem, fioletowym płaszczem (okładka singla) i wzrostem zmuszającym go do noszenia na koncertach butów na obcasach – może nie wydaje się, jak to mawia moja nauczycielka polskiego, człowiekowi XXI wieku materiałem na ikonę seksu, nawet lat osiemdziesiątych. Oczywiście to bzdura, w końcu don't Hassel the Hoff, jednak jego koncentracja na temacie stosunków damsko-męskich i mnogość utworów na ten temat w przypadku każdego innego artysty wydawałaby się pewnie nieco śmieszna, lecz u Prince'a – wcale taka nie jest. Pomijając talent, nazywamy to charyzmą albo seksapilem, w jego przypadku całkiem bezbłędnym i uniwersalnym, nawet jeśli tyczy się to polegiwania wśród kwiatków na okładce Lovesexy. –Kamil Babacz


20Cream (1991, singiel z Diamonds And Pearls)

Get on top. –Jacek Kinowski





19If I Was Your Girlfriend (1987, singiel z Sign 'O' The Times)

Oświadczyny, kościół, Marsz weselny z taśmy, biała suknia, obrączki, latające wianki, Walc angielski, wspólne zdjęcia, przenoszenie przez próg, śniadania do łózka, zaufanie, inwokacje, precyzyjny i niewylewny niczym bank w kwestii spłaty kredytu na dom z białym płotem bas, chwila zadumy w blasku Książęcych klawiszy, gromadka dzieci, złote gody, miłość od pierwszego wejrzenia, Agape, kwiaty bez okazji, walentynki w Paryżu, miarowy plus, serenady, rytmiczny Olimp

Płacz, zgrzytanie zębów, ból, uzależniający hook, skrajny hedonizm, Eros, nagość, androgynia, zazdrość, orgazm, nieustanne kłótnie, dziki seks, trzaskanie drzwami, żyletki, błagania o przebaczenie, skowyt, nice shoes, sprośne myśli, przeszywające klawisze,, striptease, klaustrofobia, onanizm, duszności, hipnoza, używki, Camille, poranione kolana, "ściągaj spodnie, będziemy się całować", stłuczone lustra, spazmy, pończochy, pewne niczym śmierć uderzenia drumów.

''Bęben maszyny losującej jest pusty. Następuje zwolnienie blokady...'' –Wojciech Sawicki


18Darling Nikki (1984, Purple Rain)

Klasyczna piosenka, która zainspirowała panią Gore, żonę buca noblisty, do podjęcia (połowicznie skutecznych) działań prewencyjnych w celu zapobieżenia sianiu zgorszenia wśród młodych ludzi. Nie ma wątpliwości, że tekst, o przygodzie podmiotu lirycznego z napaloną zdzirką, jest tu nierozerwalnie związany z warstwą muzyczną – przybrudzona gitara toczy opowieść równolegle z narratorem, kumulując napięcie by na końcu je rozładować, a wszystko sprowadza się do kluczowego, zobrazowanego muzycznie słowa "grind". To nurt rockowy twórczości, z mocarnym zakończeniem solo. Zakamuflowane gospel w formie post-scriptum zdaje mi się nietrafione. –Michał Zagroba


17Money Don't Matter 2 Night (1991, singiel z Diamonds And Pearls)

To, co jest w twórczości Prince'a przygniatające, to umiejętność opowiadania przez trzy dekady o sztampowych kwestiach na tę samą mniej więcej modłę. Na każdym albumie znajdzie się co najmniej jeden track, który potrafi niejedną noc uczynić bezsenną (to nie jest coming out). Mark Knopfler z masochistycznym uwielbieniem słucha kolejnych albumów Księcia, chcąc zbliżyć się do tej magicznej tajemnicy. Nie da rady. Drugiego takiego cwaniaka nie ogarniesz w popkulturze (w poważce kilku takich by się znalazło, ale oni to jakby inny poziom świadomości). Tylko jedno mnie w tym kawałku zastanawia. Że pieniądze się niby nie liczą dzisiaj? Jak się jest takim celebrytą to można opowiadać pierdoły, ale przypomnij sobie rok 1977. –Filip Kekusz


16Kiss (1986, singiel z Parade)

Próbuję zrozumieć, jak to się stało, że "Kiss" jest tak nisko na naszej liście. Przecież "Kiss" = seks. "Kiss" = funk. "Kiss" = James Brown. "Kiss" = najlepsze synthy w karierze Prince'a. "Kiss" = najbardziej podniecający falset, jaki kiedykolwiek słyszeliście. "Kiss" = rozdzierający krzyk na wysokości 3:27 ("Ain't no particular sign I'm more compatible with"). "Kiss" = Twoja wymarzona dziewczyna i Ty, w tym samym pokoju, w tym samym czasie, tylko we dwoje. "Kiss" = piosenka, której Tipper Gore na pewno nie pozwoliłaby słuchać swojej córce. "Kiss" = 3 minuty 38 sekund idealnie tłumaczące dlaczego Prince to geniusz.

To jak będzie – ktoś mi wytłumaczy dlaczego ten utwór jest dopiero na szesnastym miejscu? –Tomasz Waśko


15Sign 'O' The Times (1987, singiel z Sign 'O' The Times)

Podobno większość medytacyjno-introwertycznych kawałków Prince napisał w niedziele. Tym samym między bajki możemy włożyć pogłoski jakoby bóg siódmego dnia odpoczywał. Nie inaczej było z "Sign 'O' The Times". Skromny kawałek poruszający nieskromne kwestie. AIDS, narkotyki, bieda, wojna i co tam jeszcze straszy z nagłówków gazet przedrukowane w jedną popową szpaltę to prosty sposób. by otrzymać vipowskie zaproszenie na wielką galę pretensjonalności, ułudy i hipokryzji prowadzoną przez Kingę Rusin i Tomasza Kamela. Poruszanie ważkich tematów w błahej, funkowo-syntezatorowej piosneczce, idealistyczne westchnienia, załamywanie rąk nad problemami ludzkości. Winny. Proszę się jednak nie przerazić kiedy oglądając na Pudelku zdjęcia z tej wątpliwej jakości imprezy dostrzeżecie siebie. Okazuje się, że uzbrojeni po zęby jak Rambo przed atakiem na obóz skośnookich komuchów w błyszczące ostrza ironii, zabijający (na) dystans karabin snajperski jak i całkiem zaczepne granaty kpiny i krusząco-miażdżące pociski racjonalności z podręcznego arsenału współczesnego inteligenta, bardzo łatwo trafić na tę samą imprezę, tyle że tylnymi drzwiami. Prosta konkluzja. Wszystko jest kwestią smaku, a na ten, nawet w żabocie, wypacykowany jak tania dziwka i paradując w szpilkach, Prince nigdy się nie zamachnął. –Paweł Nowotarski


14Let's Go Crazy (1984, singiel z Purple Rain)

Słowa szalony i Książę idą ze sobą w parze. Czubek, maniak, obłąkaniec, opętaniec, pomyleniec, postrzeleniec, psychol, szajbus, szaleniec, świr, wariat. Wypada jednak dodać, że szalony na swój unikalny sposób. Rzut okiem na okładkę The Very Best Of Prince, z którego to przychodzi mi właśnie słuchać tego utworu, tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu. Słyszeliście Purple Rain? Dobra, nieważne. "Let's Go Crazy" kochamy za dynamikę i energię, a najbardziej za niesamowite zakończenie, które jest efekciarskie i kojarzy mi się z koncertowymi końcówkami każdej tandetnej rock gwiazdy, ale to jest Prince i on może wszystko. Gdy śpiewa "We're all excited, but we don't know why / Maybe it's cuz we're all gonna die" nie sposób się nie uśmiechnąć i nie docenić błyskotliwości tego stwierdzenia. Nie, Prince nie tyka sedna życia, nie o to chodzi. Seks tym razem też zostawia spokoju, na romantyczny wieczorek z dziewczyną wybierzcie sobie coś innego. On "tylko" sobie szaleje. O, i jeszcze ten organowy wstęp z pełną patosu mową stylizowaną na poruszające amerykańskie pogrzeby, jak on to robi? Tłumy się bawią, krytycy robią w majtki. Czyste szaleństwo. –Łukasz Halicki


13Little Red Corvette (1983, singiel z 1999)

Drogi artysto, pewnie chciałbyś kiedyś nagrać cokolwiek tak genialnego, ale wiesz, że prawda jest bolesna. Nigdy nie wymyślisz nic bardziej chwytliwego niż perfekcyjność, z jaką zwrotki budują napięcie, ile energii przynosi refren, ile słodyczy i delikatności miesza się tu z pewnością i zadziornością. Nie napiszesz drugiego takiego tekstu, w którym śpiewając o samochodzie, zbudujesz najbardziej zajebiste metafory, jakie kiedykolwiek w piosence powstały. Nie zgrasz tak linii syntezatora z wokalem i nawet na swoim wypasionym laptopie nie dopasujesz do tego takiego automatowego bitu, żeby stał się jedną z najlepszych rzeczy, które pozostały po latach osiemdziesiątych. Nigdy nie będziesz Prince'm, nigdy nie wzbudzisz w milionach dziewcząt i chłopców szybszego bicia serca, nigdy nie staniesz się taką ikoną i nigdy tak wiele osób nie będzie śniło, by znaleźć się z tobą w jednym łóżku, a nawet powiesić twój plakat w swojej sypialni. No i nigdy nie zostaniesz tak dobrym gitarzystą. Nie muszę ci tego nawet uświadamiać, bo dobrze to wiesz i z każdym kolejnym odsłuchaniem "Little Red Corvette" padasz na kolana, by złożyć hołd jedynemu prawdziwemu Księciu na tej planecie. Niech cię jeszcze przytłoczy to, że on to wszystko sam napisał i wyprodukował. To nie tylko mój ulubiony utwór Prince'a, bo kim jestem ja, by mówić teraz o swoich faworytach. To wzór dla wzorów perfekcyjnych popowych piosenek, czołówka singli wszech czasów i doprawdy – już niewiele więcej może mieć ten gatunek do zaproponowania. –Kamil Babacz


12Do It All Night (1980, singiel z Dirty Mind)

Potrzeba naprawdę wiele dobrej woli, aby uznać wszelakie "baby I, wanna make you mine", "sweet lovin'", czy inne "I'm gonna rock you all night long" za całkowicie niewinne wyznania. Dwuznaczność jest na stałe wpisana w rodowód muzyki popularnej. Do tego stopnia, że unikając jej można wręcz zapędzić się w dzikie pola groteski. Doskonale pamiętam jak sala zgodnie parsknęła śmiechem w trakcie oglądania w kinie A Hard Day's Night ze starej kopii, która być może służyła jeszcze naszym rodzicom, gdy tytułowe słowa "I Wanna Be Your Man" zostały przetłumaczone na "Chcę być twoim mężem". Można zatem spojrzeć na Dirty Mind z perspektywy społeczno-kulturowej… można też zgasić światło i pobawić się siusiakiem, pytanie po co? Ani wymyślny samogwałt umysłowy, dokonany przez zimne lateksowe rękawiczki powagi i erudycji, ani przysłowiowe "smaganie wałacha" nie zbliży nas do istoty utworów zawartych na najfrywolniejszej płycie Princa. Ja w każdym bądź razie ręki do tego nie przyłożę... –Paweł Nowotarski


11Diamonds And Pearls (1991, singiel z Diamonds And Pearls)

W warstwie lirycznej, "Diamonds And Pearls" stanowi krzyk rozpaczy. Ciemiężony podatkami dochodowymi, przedstawiciel spauperyzowanej amerykańskiej klasy średniej, z powodu galopującej inflacji na rynku biżuterii, nie jest w stanie ponieść kosztów pierścionka zaręczynowego (symbolizowanego tu przez diament) ani sznura pereł (w psychoanalizie pacanowskiej cementującego związek). Jego ryk oburzenia ulega tu sublimacji w natchnioną suplikację do partnerki – prośba o porzucenie przez nią konsumpcyjnych aspiracji oraz zamianę dolarów na miłość w równaniu – ja plus ty równa się my, wypowiedziana jest w refrenie: "If I gave you diamonds and pearls / Would you be a happy boy or a girl / If I could I would give you the world / But all I can do is just offer you / My love”. Cytując klasyka, byt warunkuje jego świadomość, a odbyt podświadomość. Podmiot liryczny jest tu mężczyzną słabym, nieśmiałym, o niskim poziomie testosteronu i kortyzolu, zagubionym w meandrach globalizacji i kryzysie na rynku kredytów subprime. Jego ciamajdowatość równoważona jest tu jednak przez zmysłowy głos Prince’a oraz bogatą aranżację tego leniwie kołyszącego biodrami lovesongu, obficie sypiącego perlistymi dźwiękami z syntezatora. Tryumfalna partia gitary w mostku, obwieszczona dęciem w trąby, spadająca w kaskadę perkusyjnego solo, raz jeszcze dowodzi, że miłość wszystko zwycięży, nawet w okresie dekoniunktury. –Tomasz Gwara


10The Most Beautiful Girl In The World (1995, singiel z The Gold Experience)

Christina Aguilera, Tyra Banks, Caprice Bourret, Laetitia Casta, Cheryl Cole, Nadine Coyle, Cameron Diaz, Renata Gabryjelska, Karolina Gruszka, Eva Herzigova, Jennifer Lover Hewitt, Angelina Jolie, Heather Locklear, Eva Longoria, Jennifer Lopez, Kylie Minogue, Anna Przybylska, Nicole Scherzinger, Claudia Schiffer, Jessica Simpson, Adriana Sklenarikova, Rachel Stevens, Agnieszka Włodarczyk, Catherine Zeta Jones i inne lalki – otóż nie, ta piosenka nie jest o żadnej z was, nie jest o waszych ślicznych twarzyczkach i ponętnych kształtach, bo "honey, this kind of beauty is the kind that comes from inside". W swojej najpiękniejszej balladzie jaką napisał w życiu, hedonista Prince (a raczej Artysta Uprzednio Znany Jako Prince, podpisujący się wtedy tajemniczym symbolem) niespodziewanie tęskni za pięknem duchowym kobiety, a nie jej "wyglądem zewnętrznym". I ja zresztą też. –Borys Dejnarowicz


09Dirty Mind (1980, singiel z Dirty Mind)

To moja ulubiona piosenka Prince'a. Może dlatego, że była pierwszym w pełni świadomym zetknięciem z twórczością tego pana z wąsikiem (wąsikiem przy którym zarost Małysz wygląda macho), odzianego w majtasy nie przykrywające wszystkich włosów łonowych (nad tą okładką niesłusznie przechodzi się do porządku dziennego) i momentem kiedy na własne uszy przekonałem się, że rzeczywistość nie przedstawia się tak jak sądziłem do tej pory, a artysta, którego kojarzyłem z wizerunkiem załzawionego gejachy jest w istocie piosenkopisarskim geniuszem. "Dirty Mind" nie jest skandalizującym, perwersyjnym tworem jak "Sister", jest entuzjastyczną, hedonistyczną odezwą, manifestem, jednak bez udziwnień. No może poza sugestią miejsca, w którym chciałby to robić. Faktura brzmieniowa tutaj, jak i na całej płycie – dość płaska, nowofalowa. Z kolei w sensie bitu i kompozycji "Dirty Mind" to prostolinijny, idealnie skonstruowany taneczny kawałek – prosto i dobitnie zajebisty. Za odpowiednik tego numeru w bieżącej dekadzie uważam "Day Of Mine" Tok Tok. –Michał Zagroba


08I Wanna Be Your Lover (1979, singiel z Prince)

Powiedzmy sobie tak – koleś z taką aparycją jak Nelson (spójrzcie, no spójrzcie na jego ryja na focie na okładce), mówiący komukolwiek te rzeczy, które sprzedaje w "I Wanna Be Your Lover" nigdy nikogo ani niczego by nie zaliczył. Co więc sprawiło, że ten właśnie utworek znalazł się w tym zacnym podsumowaniu? Dyskograficznie rzecz ujmując mamy do czynienia z pierwszym interesującym utworem Prince'a, antycypującym najwspanialsze pościelówy z kolejnej dekady. Może odwaga, z jaką informuje wybrankę swej chuci co chciałby jej zrobić i jaki efekt osiągnąć, to coś, o co domorośli recenzenci modlą się nocami do swoich kolekcji cd-rów? A może bezbłędny bas? Przy całym szacunku dla historiozofii i problemów emocjonalnych to raczej ten bas jednak. –Filip Kekusz


07Uptown (1980, singiel z Dirty Mind)

Ten komentarz stanie się przyczółkiem dywersji na tyłach zmasowanego frontu porcysowych piewców popularnego "Prynca”. Dejnarowicz, Sawicki, Waśko, wszyscy Ci potakiwacze zachwycają się w kółko: "cudowne, genialne, bezprecedensowe”. A tymczasem należałoby się przyjrzeć bliżej postaci tego gagatka, który pretensjonalnie tytułuje się Księciem. Spójrzmy chociażby na okładkę Dirty Mind. Czy ten fircyk w zalotach, bezwstydnik który nie wstydzi się eksponować nagiego pępka, z karykaturą hiszpańskiego wąsika, czy ten Afroamerykanin w getrach, ja się pytam, czy on reprezentuje powszechnie uznane wartości, które cementują nasze życie rodzinne? To wysoce wątpliwe. Czy ktoś dostrzega tu afirmację wspólnych chrześcijańskich korzeni naszej europejskiej kultury? Samo "Uptown" również przyprawia o grymas niesmaku. Począwszy od irytujących zawijasów na elektrycznym pianinie, poprzez funkującą zmysłowo linię basu oraz rozpasane gitarowe solówki, na libertyńskim falsecie wokalisty skończywszy. Szczęśliwie nie znam angielskiego, ale podejrzewam, że Prince porusza tematy raczej błahe, powierzchowne, nie licujące z misją społeczną artysty. Czy ktoś mógłby mi przetłumaczyć wersy "She started dancing in the streets / Girl, she’s just gone mad / You know, she even made love to me / Best bed I ever had”? I niech mi ktoś powie czy ten plebejski rap może się równać z "…gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała”? Doprawdy, należałoby powstrzymać rozpowszechnianie w naszym kraju pożałowania godnych "płyt” tego "artysty” – takie przecież będą Rzeczypospolite, jak ich latorośle chowane. I dlaczego tym zjawiskiem nie zajęły się jeszcze odpowiednie specsłużby? –Tomasz Gwara


06I Would Die 4 U (1984, singiel z Purple Rain)

Coś że kompleks Mesjasza i nie sprzedało się za dobrze. Wow, thanks Wikipedia! Serio, średnio mnie to obchodzi gdy słucham *takiej* piosenki, jak i każdego kawałka z Purple Rain zresztą. Jedyne co mogę tu stwierdzić a propos tekstu, to że "I am something that you'll never understand" pięknie odzwierciedla sedno problemu, z powodu którego większości znanych mi osobiście rockistów i jazzowców nie będzie dane docenić zarówno muzyki Księcia, jak i większej części najlepszej współcześnie wydawanej muzy. A kawałki pokroju "I Would Die 4 U" to tylko przykład, dlaczego warto. Już zawsze będzie on moim pierwszym skojarzeniem przy haśle "nerwowy bit", bo bardziej niespokojnego i pełnego werwy zarazem chyba w historii muzyki pop nie było; tak samo jak lepszej definicji uptempo wymiatacza parkietów. I dziesiątkowego hooka na pięć wydechów. I mógłbym tak jeszcze chwilę. –Patryk Mrozek


05When You Were Mine (1980, Dirty Mind)

Sama treść. Do tego słodka. Bez wstępów, przygrywek, podchodów, odchodów. Jeśli nie ufacie miłosnym zwierzeniom kolesia o niepewnej orientacji, wątpliwej edukacji, jest to bez znaczenia. Clou programu to harmonia rozmarzonych klawiszy i chciwie szarpniętej struny, tak rzewna i szczera, że Prince okazuję się godnym zaufania kolegą waszych nastoletnich pociech, a okładka Dirty Mind wygląda co najwyżej ekstrawagancko. Nic tylko wybiec z domu, nazbierać stokrotek, zrobić wianek. Najlepiej nago. Nago? Że niby jesteśmy jacyś zboczeni, pojebani? Chuj tam, "to zbrodnia emocje tłumić". Wariackie tematy na organach, jakie na co dzień kojarzą nam się z Cześkiem, dodają niezal smaczku, mieszając przesłodzone, Spectorowskie pasaże z odjazdami zfreakowanego Zappy. No i ten głos, a raczej całe chórki, dialogi, skrzeki. Czy Zuchy Briana, Fab Four, Carpentersi, a potem powiedzmy Bowie lub Costello pisali takie melodie? Proste, ale chyba tylko umalowane usta Davida z podobną gracją grały na nosie pojęciom normalności, dobrego smaku i takim tam. W czasach globalnego lanserstwa, ciężko o odmienność z klasą, więc jakbyście szukali inspiracji, to lepiej spojrzeć wstecz, a czasem nawet wspak. –Jacek Kinowski


04Purple Rain (1984, singiel z Purple Rain)

"Bierz mnie, będzie wspaniale / Obsyp mnie złotym deszczem". A nie, sorry, to nie ten numer.

"Zamienię każdy oddech w niespokojny wiatr / By zabrał mnie z powrotem tam gdzie masz swój świat". A nie, sorry, to też nie ten numer, chociaż zaczyna się bardzo podobnie.

"I never meant to cause you any trouble / I never meant to cause you any pain". No, w końcu jesteśmy w domu. Choć nie do końca, w prawdziwym domu bylibyśmy, gdyby nagranie "Purple Rain" wieńczyło naszą listę. Tam wszak jego miejsce. Wybór nie był łatwy, walka była mordercza i trwała długo, lecz ostatecznie na szczycie mojego indywidualnego topu znalazł się właśnie tytułowy kawałek z płyty towarzyszącej filmowi z 1984 roku. Nie podejmuję się jednak próby opisywania tego utworu: za mały jestem, za mało widziałem, za mało przeżyłem, znam za mało słów będących synonimami słowa "piękno". Poza tym kolejny odsłuch "Purple Rain" na potrzeby pisania tego komentarza skończył się pięcioma repeatami i zaprowadził mnie na skraj emocjonalnego wyczerpania. Z całych sił odradzam słuchanie tej piosenki. Uzależnia, nie daje o sobie zapomnieć, śni się po nocach. Pod żadnym pozorem jej nie włączajcie. Najlepiej w ogóle zapomnijcie, że istnieje. Tak będzie bezpieczniej. –Tomasz Waśko


03When Doves Cry (1984, singiel z Purple Rain)

Od pierwszych taktów sapie i rzęzi niesamowitością. Rozpoczyna się na wspak, czyli od gitarowej solówki i szatańskich wokaliz Prince'a. Całkowity brak basu na przestrzeni całego utworu uwzniośla przestrzeń odmierzaną monumentalną kolumnadą bitu. Zawsze niesamowicie wzburza mnie banalność motywu syntezatora. Zarzucony na strzeliste rusztowanie rytmu w akcie pozorowanej bezmyślności, jest w istocie ołtarzem najszczerszego geniuszu Prince'a. Mimo że od dawna bogobojnie pielgrzymuję przed jego oblicze, niezmiennie udaje mu się wzbudzić we mnie najszczerszy niepokój. Niewinność plastikowej melodyjki w zetknięciu z melancholijną atmosferą pęcznieje i nabrzmiewa rozsadzając piosenkę nieoczekiwaną implozją emocji. W samych trzewiach tej świątyni niesie się umęczony wokal Prince'a wkomponowany w pokutną mantrę towarzyszących mu chórków. Tak dokonuje się sacrum.

Nie wiem czy kiedyś zastanawialiście się ile popowych kawałków całkowicie serio porusza temat relacji z rodzicami. Nie chodzi mi oczywiście o jakieś jarmarczne "Dziś twoje urodziny". Jest wielkim psychologicznym banałem, że kontakty z tatusiem i mamusią kształtują psychikę człowieka. Możesz sobie śmiało mierzyć chuja przed milionami słuchaczy, chełpić się czynami rodem z kroniki kryminalnej, ale o rodzicach mówi się dobrze albo w ogóle. Zatem głębia wynurzeń Prince'a, na tym, jak się wydaje dziewiczym, polu popowej ekspresji, mimo, że ledwie zasugerowana, autentycznie razi. Ja w każdym bądź razie zawsze odczuwam pewien wewnętrzny dyskomfort, słuchając tych pamiętnych linijek. Jest w nich coś szalenie obrazoburczego. Oczywiście Prince nie jest głupcem, by chłostać się do krwi i żywego mięch ku uciesze gawiedzi. Doskonale wyczuwa granice formy popowej piosenki. Jeśli więc mowa o ekshibicjonizmie, to tym namaszczonym najświętszą łaską sztuki. –Paweł Nowotarski


021999 (1982, singiel z 1999)

"We could all die any day / But before I'll let that happen / I'll dance my life away" – przełomowy dla Księcia singiel to chyba największa apoteoza imprezy kiedykolwiek nagrana, dodatkowo połączona z katastroficznymi wizjami nadciągającego końca wieku. Czym dla gościa w 1982 roku mógł być rok 2000, jak nie zakończeniem wszystkiego, co zna? Niezależnie od tego, że owy rok minął nam całkiem spokojnie (ktoś jeszcze pamięta to zamieszanie wokół pluskwy roku zerowego czy jak to tam nazywano?), to "1999" jest prawdopodobnie wciąż jednym z najbardziej futurystycznych utworów i niezależnie od liczby umieszczonej na kalendarzu, pozostaje uniwersalnym wyrazem radości z życia, w kompletnej olewczości wobec tego, co nastąpi (jeśli w ogóle cokolwiek) następnego dnia. Niekwestionowany geniusz Prince'a przez całe sześć minut i piętnaście sekund nieprzerwanie wylewa sie w całym tanecznym hymnie. Udowadniają go nieśmiertelne synthy podbite bansującym bitem (nie byłoby chociażby żadnego "Promiscuous" bez "1999"), podzielenie się zwrotkami ze znajomymi z Revolution i pozostawienie pierwotnie planowanej całościowej harmonii tylko w refrenie – dzięki temu otwarcie wersem śpiewanym przez, jeśli się nie mylę, Jill Jones przy każdym słuchaniu albumu kieruje moją podświadomość w stronę opcji repeat, by tylko znów ją usłyszeć, mimo tego że trackiem numer 2 jest przecież "Little Red Corvette". Wreszcie gospelowy wręcz finał podkreśla wyniesienie imprezy do rangi przeżycia religijno-duchowego. Nie chcę tutaj udowadniać wielkości, bo mam nadzieje, że nie trzeba tego robić, ale tak jak "God only knows what I'd be without you" jest najpiękniejszym wyznaniem miłosnym i jak "Imagine all the people living life in peace" jest marzeniem o dniu, w którym świat stanie się lepszy, tak "Tonight I'm gonna party like it's 1999" jest królem, czy raczej księciem, wśród haseł zachęcających do zatracenia się w celebracji właśnie tego momentu, w którym się właśnie znajdujesz. Komu jeszcze marzy się śmierć na najlepszej imprezie całego swojego życia? –Kamil Babacz


01Take Me With U (1984, singiel z Purple Rain)

Nie jest dobrze, dzieciak. Dostałem przed chwilą cy(N)k, że każdy kto przeczyta ten komentarz umrze w przeciągu najbliższych 4 minut, z uśmiechem na twarzy, ale jednak umrze. Każdy bez wyjątku. Na szczęśc(I)e wasze ostatnie chwile na tym ziemskim padole spędzicie w towarzystwie niekwestionowanego zwycięzcy naszego podsumowania. Czyż to ni(E) brzmi wspaniale? Choć z drugiej strony (Ś)mierć was nie ominie, ale nie ma co wylewać łez, przecież tak na dobrą sprawę lepiej nie może być, w końcu ''Take Me With U'' to najwspanialszy utwór z najdoskonalszego krążka Księcia, masterpiece w pełnej krasie, walentynkowy szlagier instant, najpiękniejsze wyznanie (M)iłosne w formacie audio, najlepszy substytut pościeli w dziejach popu oraz prawdziwy przedsionek raju. Niby wszystko fajnie, a nawet cud, miód i orzeszki, ale w sumie powyższy, dość euforyczny w swojej wymowie, opis św(I)etnie pasuje do co najmniej tuzina innych znakomitych kompozycji dzisiejszego jubilata, a przecież 'Take Me With U'' to utwór jedyny w swoim rodzaju. J(E)dyny i niepowtarzalny.

Czy wiecie, że to właśnie w nim po raz pierwszy Książę użył finge(R) cymbals?
Czy słyszeliście kiedyś bardziej charyzmatyczne solo bębnów w popie?
Czy znacie lepszy duet w dorobku Księcia?
Czy może być więcej 10.0 w 10.0, niż tu?
Czy może być coś wspanialszego niż harmonie wokalne by Apollonia Kotero?
Czy można powiedzieć coś piękniejszego drugiej osobie niż '''I don't care where we go / I don't care what we do / I don't care pre(T)ty baby / Just take me with u''?
Czy jesteście w stanie wyobrazić sobie lepsze wykorzystanie smyków, jesteście?
Czy potrzeba czegoś więcej do wi(E)cznego szczęścia?

Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. I jeszcze raz Nie.

Mam nadzieje, że teraz już wiecie d(L)aczego to właśnie ten genialny utwór pokonał wszystkich najgroźniejszych konkurentów. Wy i ta skromna cześć redakcji, która miała jakiekolwiek wątpliwości w tym względzie. Ja nigdy ich nie miałem i chyba już (N)igdy ich mieć nie będę jako, że prawdopodobnie zaraz wszyscy zginiemy. Jednakże jestem dziwnie spokojny, że pierwszą rzeczą jaką usłyszym(Y) po drugiej stronie będzie właśnie iście niebańska melodia z 'Take Me With U''. Repeat*∞, co najmniej. 10-9-8-7-6-5-4-3-2-1-0 . –Wojciech Sawicki

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019