SPECJALNE - Artykuł

Posłowie (jeszcze raz o podsumowaniu lat 90-tych)

13 września 2012




Posłowie (jeszcze raz o podsumowaniu lat 90-tych)

Od finalnego akcentu podsumowania 90s na Porcys minęły już całe dwa tygodnie. Dziś w necie to wieczność, w międzyczasie na pewno wydarzyło się sporo istotnego, świat pędzi jak oszalały. I w ogóle pewnie mało kto by pamiętał o takim rankingu, gdyby nie wczorajsze wystąpienie MZ, w którym opowiedział trochę o kulisach powstawania listy oraz odniósł się do uwag, zarzutów i wątpliwości czytelników. Ktoś powie – po co do tego wracać? Kogo to obchodzi? Temat już nieaktualny. A ja jednak "lubię te hotdogi" (pzdr Sztu) i uważam, że MZ w swoim tekście zaprezentował to, czego przecież tak bardzo oczekujemy od sieciowej komunikacji – ogromny szacunek do swoich adwersarzy. Wziął na serio feedback z FB czy Twittera i przyjrzał mu się na spokojnie, krok po kroku. Myślę, że byłoby o wiele gorzej, gdyby puścił go mimo uszu, bo to właśnie świadczyłoby o zlewaniu czytelników. A ci przecież zasługują na to, żeby wiedzieć. Projekt plebiscytu o 90s na Porcys był inicjatywą w polskich warunkach dość nietypową i bezprecedensową (choćby z powodu takiego prostego kryterium jak liczba zaangażowanych osób albo ze względu na niespotykany dotąd w analogicznych krajowych zestawieniach rozstrzał stylistyczny). Ludzie mieli więc prawo czegoś po tym ficzerze oczekiwać, mieli też prawo się nim zawieść i kiedy już wylali publicznie swoje żale, MZ podszedł, otarł czule ich łzy, po czym wyjaśnił dlaczego umieramy i po co ZUS płacimy. Według mnie to bardzo fajny pomysł, przy okazji wzorowo zrealizowany – "na luzie, bez spinki" (parę razy parsknąłem), a przy tym nienagannie merytorycznie.

Michał nie poruszył kilku kwestii, więc umówiliśmy się, że też podzielę się paroma prywatnymi refleksjami. Wpierw może zrobię ekspresowy przegląd artykułu z wczoraj. Jazz 90s, hmmm... Owszem, poza jakimś ŁŁ czy Karoliną żadni z nas znawcy; sam zdążyłem przetestować raptem kilkadziesiąt najgłośniejszych tytułów z tamtej dekady, co daje śmieszną liczbę kilku albumów na rocznik. Ale ale. Zatrzymajmy się przez chwilę nad taką kategorią jak "jazz 90s". Generalnie naszym celem było wyłonienie w głosowaniu stu *najlepszych naszym zdaniem* (czy też *ulubionych*) płyt z 90s, tak? To zastanówmy się nad rolą jazzu z 90s w historii jazzu. Widziałem wiele list najlepszych płyt w dziejach jazzu – top 100, top 200, nawet top 500. I przez te lata, mając z tyłu głowy nasze podsumowanie 90s, zawsze sprawdzałem jaki trafiał tam procent krążków z 90s. Od razu odpowiem państwu – znikomy. Ilości typu max 2-3 płyty w przypadku top 200. Przyczyna jest prosta – znawcy jazzu nie uważają ostatniej dekady XX wieku za szczególnie istotną w annałach gatunku. A znawcy jazzu mają zwykle taką cechę, że się na muzyce znają. Skoro więc oni sami nie ekscytują się jazzowym dorobkiem z 90s, to czemu mielibyśmy to robić my, dla których muzyka improwizowana, synkopowana, luźna formalnie, nie jest głównym przedmiotem zainteresowań? Zmierzam do czegoś takiego – przeczuwam intuicyjnie, że choćbym i przesłuchał 500 płyt jazzowych z 90s, to ostatecznie i tak wolałbym DJa Quika, Built to Spill, Goldiego, Tortoise i Massive Attack. Dlaczego? Bo lata 90-te to był jednak dla muzyki bardziej okres rozkwitu rapu, indie rocka, drum'n'bassu, post-rocka i trip-hopu, niż jazzu. Z kolei jazz pewnie zdominowałby Porcysową listę lat 50-tych czy 60-tych. Wtedy przechodził swoje apogeum.

Idźmy dalej. Powtórzę za przedmówcą, że zjawisko czepiania się o "braki" w top 100 pachnie niezrozumieniem sensu takich podsumowań. Krzysiek Michalak nazwał rzecz po imieniu – jest to rodzaj mechanizmu obronnego w potwierdzaniu swojego gustu jako czegoś środowiskowo akceptowalnego i przez to wartościowego. Tego typu reakcje u osób dorosłych świadczą zatem o strachu przed zdemaskowaniem tego, że... mają kiepski gust. A zupełnie niepotrzebnie. Redakcja Porcys od wielu sezonów zna na pamięć dyskografie Fugazi, Elliotta Smitha czy Beastie Boys, ale większość naszych czytelników również je zna na pamięć – więc o co chodzi? Wszyscy zgodnie cenimy, a kto na co głosował to jego prywatna sprawa. Ja w każdym razie sądzę, że sens takich podsumowań tkwi w czymś innym, niż utwierdzanie się w przekonaniu p.t. "znam się na muzyce, prawda?" (strachliwym tonem). Ów sens tkwi mianowicie w tym, co możemy z tego ficzeru dla siebie wyciągnąć. Stawiam, że około dziesięciu pozycji ze złotej albumowej setki wielu naszych wiernych czytelników mogło zupełnie nie znać, a kolejnych dziesięć kojarzyło "na radar". Plus komentarze, które z mojej perspektywy – zarówno pod względem literackim (imponujące spektrum: od analityków posługujących się metodologią akademicką, przez charyzmatyczne osobowości, które jednym-dwoma sformułowaniami potrafią zafrapować, rozśmieszyć, podekscytować, aż po prawdziwych poetów, drążących leksykalia jak podziemny tunel), jak i merytorycznym (przeważnie intrygujące spostrzeżenia na temat muzyki omawianej już milion razy) – były właśnie "najlepszą częścią tego podsumowania". Hm, niech pomyślę... Tak, lepszą "nawet" od list indywidualnych.

Tymczasem miast zgłębiać 200 komentów wnikliwie i zauważyć na przykład taką ciekawostkę, że obecnie chyba najlepiej piszą u nas PRZEDSTAWICIELKI PŁCI PIĘKNEJ (jak na stronę, która narodziła się w głowach grupy kolesi i przez parę lat funkcjonowała tylko w takim gronie – zajebiście ciesząca ewolucja i fakt godny odnotowania!), czytelnicy (a przynajmniej ci, którzy się ujawniali) woleli narzekać na zbyt niskie miejsca swoich faworytów (lub ich brak w top 100) albo na późną porę updejtów. Zaś kiedy już czytali, to czytali nieuważnie. Bo jak inaczej nazwać wyśmiewanie kategorii "Porcys best kept secret" (MZ wyjaśniał wczoraj) przy okazji Stiny i 12 Rods? Owszem, artyści to kojarzeni tu i ówdzie, ale zerknijcie na AcclaimedMusic jaki jest ich "dorobek rankingowy" za 90s? Tak, zgadliście, żaden. Ponadto nie chcę uprawiać tu prywaty, ale rozbawiło mnie, że facebookowa reakcja na koment do Life Cardigans nie miała żadnego pokrycia w treści tego komenta. Ujmę to tak: ja bym się bardzo cieszył, gdyby ktoś nie zgadzał się z moją opinią wyrażoną w tym komencie – bo to zawsze daje nadzieję na ciekawą wymianę zdań. Niestety jeśli ktoś się tam z kimś nie zgadzał, to na pewno nie ze mną... Wiem, bo jestem świeżo po kilkudniowej mailowej polemice z Kamilem Babaczem i w jej toku wyszło na jaw, że główny zarzut "ludu" pod moim adresem dotyczył postulatu *totalnego odkontekstowienia* Cardigans. No więc proszę się wczytać – ja niczego takiego nie napisałem. Może było to mało komunikatywne i nieprzejrzyste, ale z drugiej strony... bez przesady. Niefortunnie eksponowane potem hasło "kontekst" pada tam ledwie dwa razy (raz referuje kolegę Nowotarskiego z którego tezą przez cały koment się droczę, przekomarzam; drugi raz w cudzysłowie na zasadzie "taki kontekst" – czyli z przymrużeniem oka, że to tylko jeden z miliona możliwych wariantów kontekstu) i wcale nie jest kluczowe. Także na przyszłość serdecznie polecam uważną lekturę. Aha, i nigdy nie recenzowałem Grandy – ba, zdaje się, że ani razu nie słyszałem tego albumu w całości. Co więcej, nie wyobrażam sobie, żebym mógł skrytykować jakąś płytę, która mi się bardzo podoba, tylko za to, że jest modna. WTF.

Jako koordynator listy singlowej pozwolę sobie jeszcze na słowo objaśnienia specyfiki tego rankingu. Łatwo jest rzucić okiem na tę setkę i prychnąć protekcjonalnie "iii tam, znane wszystko, generalnie radio złota pogoda, ziew". Byli tacy, którzy porównywali tę setkę do top 100 singli 00s na Porcys i szydzili, że jakoś w 00s nie było u nas Mr. Presidenta, Haddawaya i La Bouche. Hmm, serio, czy to nie oczywiste dlaczego nie było? Okej, to ja może przybliżę dwie fundamentalne różnice między popem 90s i popem 00s – banał, ale jak widać trzeba po niego sięgnąć. Otóż po pierwsze na początku 00s chartsy (szczególnie z przegródek r&b, hip-hopowych i około-dance'owych) objęła estetyczna rewolucja (na jej czele stali Timba, Neptunes, Rich Harrison etc.), która zawładnęła naszą świadomością (zaczęliśmy nagle OCZEKIWAĆ od komerchy, że będzie ambitna, eksperymentalna, skomplikowana) i po prostu urodziła wiele wybitnych utworów (które właśnie były ambitne, eksperymentalne, skomplikowane). Nie tylko więc nasze nastawienie się zmieniło (a nie wiem czemu stawiać popowi z 90s poprzeczkę "eksperymentalności" – mnie wystarczają powalające hooki i super produkcja, niekoniecznie "awangardowa"), ale i mieliśmy "z czego" ułożyć listę popu ambitnego, odważnego, nowatorskiego. Po drugie natomiast w latach dwutysięcznych upowszechnił się internet i to zarówno ułatwiło publikowanie muzyki nagrywanej metodami domowymi, jak i ułatwiło dostęp do niej słuchaczom. W efekcie mogły zaistnieć takie projekty jak Jensen Sportag, Lansing-Dreiden, Les Sins, Air France czy Nite Jewel. Teraz tak – jak znajdziecie mi odpowiedniki avant-commercial-popu Timby, Neptunes i R. Harrisona oraz domowego popu Jensen Sportag, Lansing-Dreiden, Les Sins, Air France czy Nite Jewel dla 90s i to będą kawałki, które zmieszczą się w moim top 100 pod kątem czysto jakościowym (= "lubienia" przeze mnie), to wtedy kapituluję i przyznaję – zamieszczanie La Bouche i Haddawaya było przejawem naszej niewiedzy (o tym, że raczej nie głosowaliśmy na "wielkie utwory pochodzące z wielkich płyt" wydane jako singiel, tylko na to co repeatujemy, trąbimy gdzieś od trzeciego wieku p.n.e., więc "Paranoid Android", "A Nanny In Manhattan" czy inne "Near the Black Forest" się nie łapały ze względów formalnych). Ale do tego czasu (btw powodzenia) będę żył myślą, że zrobiliśmy najlepszy ranking singli 90s, na jaki pozwala nam kolektywna wypadkowa gustów – bo ja na przykład dość sumiennie się do niego przygotowałem, przez kilka miesięcy poprzedzających głosowanie przypominając sobie lub poznając około 3 tysięcy potencjalnie kandydujących wałków. Reasumując: jaka dekada, taka lista.

A zakończę optymistycznym akcentem, nieśmiało alarmując, że tak jak obiecaliśmy we wstępniaku do podsumowania, już wkrótce chcielibyśmy na Porcys popisać trochę więcej o latach 90-tych. Obie te listy – top 100 singli i top 100 płyt – były tylko pretekstem do wypłynięcia na szersze wody dyskursu o dekadzie 90s w muzyce. Spokojnie, już niedługo w różnych feature'ach pojawi się wszystko – i Orbital, i to całe Disco Inferno (sorry ale lol), i nawet chętnie napiszę za co lubię, a za co nie lubię Rid of Me. Wprawdzie zaczęliśmy od trzęsienia ziemi, ale wcale nie chcemy, żeby napięcie spadło. No to do miłego.

–Borys Dejnarowicz, Wrzesień 2012

BIEŻĄCE
AFK & BludworkLoyalty N Service (EP)
Burial"Claustro"