SPECJALNE - Artykuł

Polskie single XX wieku: Appendix

11 listopada 2017

Dokładnie trzy lata lata minęły od listy najlepszych polskich płyt dwudziestego wieku oraz dokładnie dwa lata od listy najlepszych polskich singli dwudziestego wieku. W zeszłym roku opublikowaliśmy appendix do listy albumowej, więc analogicznie w roku obecnym przygotowaliśmy dla was dodatek do listy z singlami. Rok temu wyjaśnialiśmy sens naszych powrotów do muzyki polskiej ubiegłego wieku, ale przypomnijmy raz jeszcze: jak to z każdą listą bywa, nasza setka nie pomieściła wszystkich singli, które chcieliśmy docenić. Między innymi dlatego zdecydowaliśmy się niezobowiązująco uzupełnić nasz top o 11 pozycji (w końcu mamy 11 listopada), których PRYWATNIE najbardziej brakuje nam w tym zestawieniu. Zamiast skrupulatnych wyliczeń i wyciągania średniej postanowiliśmy po prostu oddać głos poszczególnym redaktorom. Jednocześnie deklarujemy, że nie jest to ostatni polski około-ficzer.


Hanna Banaszak: Apetyt Na Życie

Hanna Banaszak
Apetyt Na Życie
[Polskie Nagrania Muza, 1986]

Hanna Banaszak nie może czuć się przez nas niedoceniona, wszak na naszą singlową listę stulecia trafiły aż dwie jej piosenki: kameralna, smakowicie płynąca "W Moim Magicznym Domu" oraz emocjonalnie druzgocąca "Samba Przed Rozstaniem". A jednak nie samą bossa-novą człowiek żyje, a pani Hanna, prócz wielokrotnych flirtów z poezją śpiewaną, ma na swoim koncie także epizody bliższe naszym złaknionym wielkich refrenów, poptymistycznym serduchom. "Pogodę Ducha" zna prawdopodobnie każdy, kto z własną matką ma na tyle bliskie relacje, by rozmawiać z nią raczej o "Stanie Pogody" niż o stanie pogody (choć nie każdy wie, że autorem tej wspaniałej skądinąd kompozycji jest Ryszard "Brąz" Rynkowski – to chyba jego artystyczny peak), ale już bliźniaczego "Apetytu Na Życie" próżno szukać na wypaśnych playlistach hord krajowych revivalistów. A szkoda, bo w kategorii podbitego jazzem funku, rodzima fonografia niewiele miała do zaoferowania ponad to zwiewne, roztańczone SZTOSIWO, wyszarpane spod palców Ryszarda Sygitowicza – tego samego, którego chwaliłem już przy okazji "Słowa Wolne Są Od Cła" Grażyny Łobaszewskiej. Dla tego pana chaepau bas ponownie, bo to znów utwór wymuskany od początku do końca, gdzie od samego intro wiadomo, że żadne wykolejenia nie wchodzą w grę, a skrzętnie budowane napięcie zwrotek puentuje schodkowy, rozjechany po skali refren. Ozdobą tych kwiecistych igraszek jest zaś pół-wytrawny, rozswingowany głos Banaszak, robiącej tu za polską Minnie Riperton – i chyba nie muszę dodawać, jakiej skali jest to komplement. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj »


Budka Suflera: Twoje Radio

Budka Suflera
Twoje Radio
[Ta Music / New Abra, 1993]

Serio, zero trollingu i heheszkowania teraz, mimo że wokalista śpiewa w tej pieśni frazę "wleję ci do uszu rozkosz taką, jakiej nie znał nikt". Prawda jest taka, że poza dwoma utworami nie lubię Budki Suflera. Zawsze męczyła ich sceniczna pozerka, monumentalny, lecz groteskowo ekspresyjny wokal Cugowskiego oraz przyciężkawy i summa summarum zgrzebny repertuar. Na pewno należy im się szacunek, lecz z mojej perspektywy musiałbym chyba najeść się szaleju, żeby stać się fanbojem tej grupy. Muszę jednak wyznać, że w całości kupuję ich numer "Za Ostatni Grosz" – zwłaszcza jazz-bluesowe wyładowania gitary elektrycznej oraz gęstą, minimalistyczną, chwilami wręcz dubową zawiesinę basu. Totalnie fajowy numer, który przez chwilę pokazał mi bardziej szlachetną odsłonę Budki. Najbardziej poważam jednak "Twoje Radio" i jest to doprawdy chora sytuacja, iż ta kompozycja wylądowała na wydanej w 1993 roku płycie Cisza, w towarzystwie kompletnie niestrawnych "Młodych lwów", "Skandalu" oraz "Czasu Wielkiej Wody". Zawsze zastanawiałem się, dlaczego tak podoba mi się ta piosenka i chyba w znacznej mierze dlatego, że Budka brzmi na niej kompletnie nie jak Budka. Zamiast rockowego pazura, wściekłego wrzasku wokalisty i potężnego perkusyjnego tumultu pojawia się metaliczny blask gitary, nowowalowy sound i Cugowski, który wrzuca na luz, a nie na piąty bieg. Prezes honorowy zasugerował niegdyś, że ten numer przypomina mu jedną z piosenek wczesnego Briana Eno, ja dorzucę Police oraz Simple Minds i jesteśmy w domu. Szkoda tylko, że na sto solówek w duchu tej z "Takiego Tanga", Budka Suflera ma do zaoferowania tylko jedno "Twoje Radio". –Jacek Marczuk

posłuchaj »


Filipinki: Batumi

Filipinki
Batumi
[1963]

Piosenka jak znak "poruszonej mapy". Jeśli, jak twierdzi Przemysław Czapliński, w polskiej kulturze czasu transformacji można znaleźć ślad mentalnego dryfu oraz odgrodzenia od chmurnego Wschodu, to "Batumi" byłoby świadectwem odwrotnego procesu i innej przemiany. Tak jak w tekstach lat 90. parliśmy na mityczny Nowy Jork, a w 80. pojawiały się w wielkich przebojach miejsca mało osiągalne i przez to abstrakcyjne jak Buenos Aires czy Rio, tak dwie dekady wcześniej "pierwszy polski girlsband" naprawdę miał okazję "w swych wędrówkach przejść wiele miast" i zwiedzić kawałek wielkiego świata. W 1963 r. okno na ten świat otwierało się (jeśli w ogóle) w zupełnie innym kierunku. Mamy więc do czynienia z hitem szytym na miarę realiów. Rzeczywiście, skomponowana przez ormiańskiego kompozytora Artemi Ajwazjana piosenka momentalnie stała się przebojem nie tylko w PRL-u, ale też (m.in. dzięki "uniwersalnemu" tekstowi) w krajach zblokowanej zagranicy. I dziś jest coś zadziwiającego w utworach takich jak "Batumi" czy "Podmoskiewski Zmierzch", tak bardzo wyparty został obraz SOWIETÓW, na którym letnia egzotyka Odessy, Krymu, Soczi czy nakręconej parę lat później komedii Brylantowa Ręka, przeważałaby nad świadomością Syberii, katorgi, Katynia i wódki. Nie ma tego smutnego bagażu we wschodnich peregrynacjach Filipinek. Nawet dziś lekki refren skutecznie wypełni każdy wakacyjny wyjazd aurą niezobowiązujących przygód, "herbacianych pól" i cykad o świcie. Gruzja w zmienionych warunkach znów stała się popularnym kierunkiem wycieczek, potrzeba było jednak kulinarnych podróży Kaza Bałagane, by doczekać porównywalnej kaukaskiej referencji w polskiej piosence pop. –Wawrzyn Kowalski

posłuchaj »


Magda Fronczewska: Myszka Widziała Ostatnia

Magda Fronczewska
Myszka Widziała Ostatnia
[Polskie Nagrania Muza, 1990]

Jeśli myślicie, że obecnie, chociażby w spółkach Skarbu Państwa, istnieje nepotyzm, to pomyślcie, co działo się (i wciąż się dzieje) w Telewizji Polskiej. Jedną z protegowanych była niewątpliwie Magda Fronczewska, córka Piotra, która bez wątpienia najmocniej zaznaczyła się w "Dyskotece Pana Jacka", czyli serii koncertów sygnowanych przez osobę Jacka Cygana, które na przełomie lat 80. i 90. stanowiły immanentną część słynnego "Teleranka". System naczyń połączonych zadziałał i oprócz widowiska telewizyjnego otrzymaliśmy również dwie płyty z Dyskoteką Pana DŻEKA na której obok Magdy Fronczewskiej znalazł się również Krzysztof Antkowiak i jego "Zakazany Owoc", ale również Seweryn Krajewski, Papa Dance, Stanisław Sojka, Mietek Szcześniak i Majka Jeżowska. No właśnie, Majka Jeżowska. Wierzcie lub nie, ale okazuje się, że to ona jest kompozytorką numeru "Myszka Widziała Ostatnia" i jeśli chowa ona w biurku więcej takich numerów to… chętnie poznałbym zawartość tego biurka. To były czasy, kiedy wielu artystów, chociażby Mietek Szcześniak, zasłuchiwało się w Jacksonie, Księciu, wczesnej Madonnie i często wychodziły z tego fajne popowe połamańce, jednak idę o zakład, że honorowe miejsce w płytotece Majki przypadło Janet Jackson i jej albumowi Control. A dlaczego? Bowiem w moim przekonaniu "Myszka Widziała Ostatnia" to polskie "The Pleasure Principle" – absolutny highlight płyty Jackson i jedna z najlepszych piosenek w jej karierze. Przyznam, że nawet sound nie wypada blado w starciu z Ameryką, hooki również rozdawane są na prawo i lewo, rytm też pokomplikowany, a do policzenia wszystkich zachwycających produkcyjnych zabiegów potrzebowalibyśmy kalkulatora. Nie dziwię się, jeśli wielu z was uśmiechnie się pod nosem, że Porcys zachwyca się jakimiś tam dziecięcymi piosenkami z lamusa, ale życzyłbym, żeby każdy małoletni zwycięzca talent show miał w swoim repertuarze takie killery. Szkoda, że nie załapałem się na Dyskotekę Pana Jacka, wówczas mojej małoletniej wrażliwości na pełno nie zrujnowałyby Smerfne Hity. –Jacek Marczuk

posłuchaj »


Jauntix: Atlantyda

Jauntix
Atlantyda
[Starling, 1992]

Jauntix, według Internetów "zespół Depeszów z Wieliczki", dał się poznać milionom telewidzów występem w ramach disco-polowego otwarcia Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, będącego efektem pamiętnej odwilży 1992 roku. Na przekór ludycznemu anturażowi impezy i w kontraście do swej drugiej propozycji, "Pod Wodospadem Marzeń", Damian Dominik z kolegami zaprezentowali tam bodaj jeden z najwznioślejszych i trwożnych momentów w historii polskiej popkultury. Eskapistyczny instynkt samozachowawczy jako odpowiedź na egzystencjalną alienację czy utopijny, quasi-religijny mistycyzm zderzony ze złowrogim fatalizmem to toposy, których zapewne mało kto spodziewał się w opolskim amfiteatrze, podobnie jak repetytywnego patosu i stałego napięcia warstwy muzycznej "Atlantydy", tak odległej od typowego formatu piosenki festiwalowej. Zarazem, niewielu mogło tam liczyć na kawałek równie nośny, wręcz uzależniający na swój unikalny sposób. "Atlantyda" jest utworem kompletnym, a wszelkie próby jego podsumowania w kategoriach hitu jednego sezonu albo nic nie znaczącej ciekawostki tylko podkreślają niepokojącą głębię jego wydźwięku. –Krzysztof Michalak

posłuchaj »


Agnieszka Kowalczyk: Muzyczny Anioł Stróż

Agnieszka Kowalczyk
Muzyczny Anioł Stróż
[brak informacji]

No więc dawno temu, gdy jeszcze "nie latały drony", był sobie taki muzyczny program dla dzieci jak Tęczowy Music Box... Albo nieeeee, zacznę inaczej, bo chyba mało sensu jest w pisaniu o "Muzycznym Aniele Stróżu" przez kontekst tego zapomnianego show. Tak szczerze mówiąc, to oprócz jakichś zdawkowych wiadomości naprawdę mało wiem o Agnieszce Kowalczyk (coś tam niby wiem, czyli nie wiem) i właściwie będzie najlepiej, gdy skupię się bezpośrednio na samym kawałku. Bo mamy tu do czynienia z czymś naprawdę wyjątkowym, co da się łatwo wyczuć, ale nieco trudniej to sobie uświadomić. Otóż podczas zapętlania CHARAKTERNEGO intro, w którym giętka gitka nakłada się na jakiś niekomfortowy niepokój (o co chodzi w ogóle – tak ma startować song dla dzieciaków?), podczas zasłuchiwania się w dostojnych akordach leciutkich zwrotek czy wreszcie podczas wchłaniania wręcz cesarskich, błyszczących harmonii w płynącym akweduktem refrenie ("o kurczę, o kurdę, O KURDĘ") zdałem sobie sprawę, że coś tu jest nie tak. "Będę u ciebie szósta sześć / czekaj stop, podpis twój AS". Przecież "duchowo" to jest jakiś kompletnie staromodny song przynależący do zupełnie innej epoki, więc w "polskich realiach" powinien zapewne pojawić się może gdzieś w latach siedemdziesiątych czy nawet sześćdziesiątych.

Oczywiście chodzi o słowa i manierę wokalną młodej Agnieszki, która może spodobać się (maniera) słuchaczom radiowej Jedynki. Natomiast "formalnie" to "kierunek nowe bloki" – rozgrywa się tu coś zgoła innego, mianowicie na każdym kroku da się spostrzec jaskrawe światło ejtisowego synth-popu (choć to tylko hasło wywoławcze). Jest tu coś z balladowego oblicza Prince'a, są echa Scritti Politti w slow-motion, jest wreszcie wyrafinowanie po linii Papsów czy Dziękuję, Nie Tańczę Anny Jurksztowicz (w ogóle na wysokości słów "kochaa mnie iiiiii blues / już przeed prooooogieem słyszę, śpiewa" następuje taka EWOKACJA JURKSZTY, że coś przeszywa na wylot; swoją drogą według nieoficjalnego, niepotwierdzonego info, za kompozycję tej skromnej pioseneki odpowiada sam... Krzesimir Dębski – to by wiele wyjaśniało, bo wszystko co robi pan Krzesimir jest najlepsze...). A więc teoretycznie na przestrzeni niecałych czterech minut "Muzycznego Anioła Stróża" bezboleśnie zderzają się ze sobą dwa zupełnie odmienne porządki czy nawet "dwa światy" (jak Warszawa i San Salvador). I dla mnie osobiście właśnie owo połączenie jest najbardziej fascynującym aspektem tego wykwintnego brylanciku. –Tomasz Skowyra

posłuchaj »


Kasia Lesing: Nie Zostawiaj Mnie

Kasia Lesing
Nie Zostawiaj Mnie
[Magic, 1995]

"Słuchajcie, sytuacja się komplikuje..."

Kasia Lesing zjawiła się na naszej liście ulubionych albumów z PL XX wieku dość niespodziewanie. Podczas finiszu (była końcówka października, dokładnie 28 października 2014, godzina 1:30), gdzie właściwie wszystko było już ustalone i tylko czekało na przydzielenie, nagle pojawił się album Wielki Błękit (euro-dance'owa odpowiedź na Dziękuję, Nie Tańczę, heh), który potrzebował jednej nocy, aby przypodobać się redakcyjnej zgrai oraz wedrzeć się RZUTEM NA TAŚMĘ do magicznej setki. Tak więc sytuacja faktycznie się skomplikowała, ale wyłącznie na naszą korzyść, bo któż spodziewał się, że w tak (jakby nie było) zalatującym taniością czy tandetą, obskurnym genre jak euro-dance z Polandu (a w tym przypadku "90s dance underground out of Poland" – ŁŁ) da się wyłapać płytową "perełkę" zdolną na załapanie się do samej czołówki. A jednak właśnie "tak było”.

Dlatego też przy singlowych nominacjach kolejnej wielkiej listy podsumowującej polską muzykę XX wieku byłem niemal pewien, że mój ulubiony fragment Błękitu spokojnie zamelduje się w setce. Bo raz, że w oderwaniu od długograja kawałek bronił się moim zdaniem jeszcze lepiej (czytaj: zasługiwał na bardzo wysokie miejsce, wyższe od przedziału w ostatniej dziesiątce), a dwa, że "Nie Zostawiaj Mnie" to imho numer po prostu olśniewający i noszący znamiona prawdziwej popowej rozkoszy. A tu niestety ZONK – w całym rankingu ani widu, ani słychu Kasi Lesing i jej singielka. Ale NIE MA TEGO ZŁEGO, CO BY NA DOBRE NIE WYSZŁO – niniejszy appendix (którego ideą jest hasło: "jak to, dlaczego to się nie zmieściło, przecież zasługuje jak mało co!!") pozwala na dopowiedzenie choć kilku zdań i skromną pochwałę tego przeoczonego skarbu.

"Action! Action! …Action! Action!"

Gdybym miał usytuować "Nie Zostawiaj Mnie" na jakiejś stylistycznej linii, umieściłbym song gdzieś między Shazzą ("mroczna" oprawa tła i "ciemne synthy" będące osią utworu) i t.A.T.u. (słyszalna zwłaszcza w refrenie, charakterystyczna maniera wokalu zjednoczona z tembrem głosu Lesing, owocująca niewysłowionym smutkiem i jakimś panicznym strachem przed porzuceniem). Ale gdybym nie musiał tego robić, to skupiłbym się na kilku pierwszych sekundach, w których najntisowe techno na moment splata się z trip-hopem. Zaakcentowałbym fantastyczny wjazd głównego synth-bassowego temaciku, a potem zwróciłbym uwagę na fanfarowy motywik z euro-dance'owych rubieży czasu, który pełni tu dość zasadniczą rolę, bo niejako komentuje epicki refren. Właśnie: REFREN.

"Nie zostawiaj mnie, nie, nie opuszczaj mnie / Nie zostawiaj mnie, nie, nie zostawiaj mnie" – te słowa chłonie się jak w amoku, nawet nie wiedząc kiedy. Mamy tu do czynienia z czymś tak uzależniającym i pięknym, że aż trudno upoić się błogością, jaka wylewa się z tych niebiańskich powtórzeń. W pewnym sensie tak wyobrażam sobie chorus wydanego w 1995 roku, radiowego singla Cocteau Twins, którzy nagle, "z własnej nieprzymuszonej woli", postanowiliby znaleźć nowy języki dzięki mariażowi dream-popu i euro-dance'u (coś w podobie EP-ki Zerwane formacji Panowie), więc wielkie brawa dla Macieja Jamroza, który odpowiada za kompozycję kawałka. Przesadzam? Może. Chociaż z drugiej strony... może wcale nie? –Tomasz Skowyra

posłuchaj »


Piotr Szczepanik: Nie Chodź Po Parku Sama

Piotr Szczepanik
Nie Chodź Po Parku Sama
[1969]

Jeśli wierzyć skąpym informacjom, Szczepanik "bez sukcesu" wykonał ten utwór w kwietniu 1969 r. w czasie Telewizyjnej Giełdy Piosenki, a gwiazda piosenkarza zachodziła. Możliwe, że "mocne uderzenie" stłumiło oddźwięk tej romantycznej pop-serenady, w której tekst Jacek Fedorowicz wplótł figlarne tropy godne Jeremiego Przybory. Dla porównania, rok wcześniej ukazał się "Daj!" Jerzego Połomskiego, singiel całkiem niezły, w którym jednak Adam Kreczmar parafrazował Kochanowskiego, balansując na granicy dużo cięższego wicu, a bogate aranże fragmentami trąciły estradową fanfaronadą. Tymczasem tutaj obcujemy z dużo subtelniejszym zjawiskiem. Nić z piosenką "kongresową" niemal całkiem się zrywa, delikatne akcenty nasycają utwór atmosferą majowego nokturnu tak sugestywnie, że nawet listopadowa szaruga wypełnia się zapachem pełnej wiosny. Kwitną kasztany, kwitną bzy. "ZabuZibuZa" jak słynne "KaraKaraKa", a księżycowa atmosfera zwiastuje wieczorne songi Andrzeja Dąbrowskiego. Gdyby jakimś cudem Jens Lekman trafił na tę piosenkę, to idę o zakład, że upajałby się refrenem i repetował jak postrzelony. –Wawrzyn Kowalski

posłuchaj »


Mietek Szcześniak: Przed Śniadaniem

Mietek Szcześniak
Przed Śniadaniem
[Polskie Nagrania Muza, 1991]

Mieczysława Szcześniaka kojarzymy z poezją śpiewaną, natchnionymi utworami pełnymi nieprzystępnego patosu, koncertami kolęd, ale poza tym, w powszechnej świadomości Polaków jest on głównie znany za sprawą "specjalnego" numeru w którym gna "przez kurhany spopielałe, przez chutory w ogniu całe". W "Dumce Na Dwa Serca" śpiewał też, że "snu już nie zna" i niech to będzie pomost, po którym wykonamy kilka kroków wstecz do roku 1991, kiedy jeszcze "za dużo spał". Wtedy był prawdziwym, popowym Kozakiem, ale niekoniecznie takim "co na miłość chorą zapadł". "Przed Śniadaniem" promujące album Niby Nowy, to nie pobożny Mieczysław, tylko slacker, cool Mieciu, któremu wpadła w oko jakaś atrakcyjna przedstawicielka płci pięknej, ale w sumie na dłuższą metę ma to w głębokim poważaniu. Jest próżny, nosi jeansową kurtkę, na scenie buja się prawie jak Jackson, a po głowie chodzi mu zakazany owoc – pełen luz. Ta kompozycja nie pozwala mi usiedzieć w miejscu. Wzbudza syndrom sztokholmski – bez protestu daję się porwać do tańca, nie przejmuję się okupem. To iście prinsowski numer, Earth, Wind & Fire i Stevie Wonder też dają o sobie znać. Podobnie jak "Małolat" Wraku, "Przed Śniadaniem" jest beztroską, wolną od infantylnej słodyczy "Odą Do Młodości". Jak posłuchacie Szcześniaka, to i Mickiewicz się Wam objawi. –Artur Kasprzycki

posłuchaj »


T-Raperzy Znad Wisły: Lalka

T-Raperzy Znad Wisły
Lalka
[Mercury, 1996]

Przybliżanie fenomenu T-Raperów tym razem sobie daruję, zwłaszcza że a) wszyscy wiecie co trzeba; b) ociupinkę szerzej wspominałem o nich w tutejszej ACTUAL topce 100 PL singli sprzed 2 lat. O ile jednak zarówno powszechnie kojarzone superhity "Mieszko", "Chrobry", "Ero Disco" czy "Maxi Kaz" – podobnie zresztą jak i wyróżniony przez nas wtedy OBSKUR w postaci "Lubię Latem Z Aparatem" – funkcjonują na niebezpiecznym pograniczu czerstwego kabaretu, gorzkiej post-inteligenckiej rozrywki, zaraźliwych tak-złe-że-aż-dobre hooków i tanich proto-memów, to "Lalka" sięga po nieco inne środki wyrazu. Jakby to swego czasu ujął MASZYNISTA: "Ten utwór będzie się dla Państwa rozwijał trochę niejasno".

Choć podkład zwrotek przykuwa uwagę pewną rasową, funkową surowizną spod znaku przyśpieszonego Straight Outta Compton, to na tym etapie obcujemy jeszcze z "typowymi T-Raperami", dodatkowo serwującymi zresztą wyszukane przerzutnie w duchu Life After Death. Na przykład "Kiedy doszło zaś do licy- / -tacji Łęckich kamienicy" – no czysty Notorious przecież. Właściwie powinienem się teraz na moment zatrzymać przy tych misternie utkanych linijkach – albowiem wniknąłem już w fazę, gdzie uznaję ten tekst (autorstwa Wasowskiego) całościowo za wybitny, vide hooki w stylu "Urlop potem miał w scenerii / Dość oszczędnej – na Syberii", konstrukcje domek-z-kart-owe à la "Bo choć piękna (pisze Prus tak) / W środku jak ta lalka pusta" czy niebanalne rymy w guście "Również on, choć nieco wcześniej / Ojca jej wykupił weksle".

Należałoby też zachwycać się cudownie spartaczoną synchronizacją dźwięku z obrazem w pseudo-teledysku, po obejrzeniu którego można w ogóle ostatecznie dojść do wniosku, że Pan Grzegorz jest secretly najśmieszniejszą postacią ever (sposób jak on tam podskakuje śpiewając, mina jego – ale trzeba do tego dojrzeć, to zajmuje lata, zrozumienie tego absolutu). Natomiast nie ulega najmniejszej wątpliwości, iż sekret "Lalki" tkwi w refrenie. Jest coś takiego w tej piosence, że kiedy po skocznej, acz dość sztampowej zwrotce wchodzi refren, to całe nasze postrzeganie projektu T-Raperzy Znad Wisły obraca się o jakieś 270 stopni. I tylko szkoda, że redaktor MZ odkrył tę perłę już po oficjalnym rankingu.

Tenże refren zaczyna się nieśmiało od motywu który MZ skojarzył się (słusznie) z jakimś evergreenem Wondera, by po chwili zaliczyć taki dobitny zjazd chromatyczny, nieuchronnie przywołujący nam (zauważyliśmy to osobno) songwriterskie patenty KONTEMPORALNEGO (!) względem T-Raperów 12 Rods. Na przestrzeni kilku sekund nastrój przemierza zakres od pozytywnych wibracji po "głęboki underground" najbardziej mrocznych zmian akordów ze Split Personalities, a może nawet (kto wie) aż z Bliss. Przeszywający zaśpiew "laaalkaaa pruuusaaaaa, laaaalkaaaa pruuuusa" śnił mi się potem po nocach. Zdesperowany poprosiłem "kształconego" kumpla, żeby upewnił mnie w przeczuciu, że co tu się odharmonizowuje. Kolega łaskawie spisał takie funkcje:

"E, g, h (e-moll)

Dis, fis, h (taki h-dur na tercji)

D, fis, a, d-dur (tyle że w melodii h się pojawia i brzmi jak D z sekstą)

Cis, eis, gis, h (czyli Cis7)"

Gołym okiem zatem słychać, że odbywa się tu rodzaj użytkowego spazz-indie-jazzu, za który KWITOWO odpowiada "nie kto inny jak..." (Szpakowski...) Dariusz Musiałkowski. Wedle bazy Discogs również pan producent – aczkolwiek innych entries jakoś brak. Więc co? Mistyfikacja? Adam Patoh? Ursula Bogner? Jürgen Müller? JODOROWSKYM? CARAXEM? :| A pod koniec (tak od 3:17) panowie wspólnymi siłami zapętlili ten nieśmiertelny chorus niczym Avalanches. I tym samym przenieśli go w nieskończoność. Cytując Wikipedię jako źródło cierpień i wielu przyjemności: "Ich utwory mają charakter satyryczny, niegdyś też były tworzone nie w stylu rap, a disco. Do listopada 2009 roku zespół wydał 6 płyt". Mój mózg tego nie wyparło jak Bogusław Wyparło. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj »


Voo Voo: Stanie Się Tak, Jak Gdyby Nigdy Nic

Voo Voo
Stanie Się Tak, Jak Gdyby Nigdy Nic
[Wifon, 1988]

Jeśli wierzyć Wikipedii – a w obliczu tych błogich melodii nie mam najmniejszych powodów, by komukolwiek nie wierzyć – bezpośrednią inspiracją do powstania "Stanie Się Tak, Jak Gdyby Nigdy Nic" była katastrofa w Czarnobylu. Coś w tym musi być, bo zawsze gdy słyszę tę piosenkę, przychodzą mi na myśl blade płatki pierwszych zawilców i zadowolone twarze moich bliskich, ale w tle tej wczesnowiosennej sielanki bije w dzwony od dawna zbanalizowana apokalipsa. A co jeśli właśnie w tej chwili kogoś na drugim końcu świata świerzbią kostropate, nerwowo osadzone na krwawoczerwonym guziku palce? Odwilż, powiadasz, z resztą lepiej o tym nie myśleć; ja mówię sprawdzam i swój własny sposób rozumiem co miał na myśli redaktor Jędras, gdy rzucił, że to nasze polskie "Where Is My Mind?", tylko szlachetniejsze.

Abstrahując jednak od wszelkich pozamuzycznych kontekstów, nie wyobrażam sobie lepszego remedium na voo-voofobię – na którą cierpi wielu amatorów porcyscore'u – niż ten napędzany rozwibrowaną gitką i skapcaniałym saksem, poptymistyczny manifest. Nie wiem, być może niektórzy wolą nieco zbyt przesłodzoną jak na mój gust wersję nagraną z Kasią Nosowską na potrzeby Floty Zjednoczonych Sił, rockerkę z Zespołu Gitar Elektrycznych albo jakieś symfoniczne pitu-pitu utrwalone na post-jubileuszowym 21, ale tak ogólnie to nie da się tego kawałka nie lubić. Osobiście twardo stoję jednak za oryginałem, w którym nie tylko yin, ale i yang daje po kościach, w którym ultranośne melodyjki ostatecznie lądują w bagnie mrocznej neurozy, a zblazowany głos Waglewskiego idealnie wpisuje się w ten dwubiegunowy klimat. Cenię medytacyjne walory Sno-Powiązałki, cieszę się jak dziecko za każdym razem gdy wracam do Małego Wu Wu, uwielbiam też wejście sampla z Niny Simone w "Heavi Metalu", ale nic z obozu Waglewskich nie ma dla mnie choćby startu do "Stanie Się Tak" – i tak już chyba zostanie, bo przecież za dwa dni wszyscy zginiemy. Radujmy się zatem! –Wojciech Chełmecki

posłuchaj »


Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
John MausScreen Memories
Tame Impala"List Of People (To Try And Forget About)"