SPECJALNE - Artykuł

Polskie płyty XX wieku: Appendix

8 września 2016

Niemal dwa lata minęły od listy najlepszych polskich płyt dwudziestego wieku i jest to dobry moment, żeby powrócić na chwilę do tematu. Jak to z każdą listą bywa, nasza setka nie pomieściła wszystkich albumów, które chcieliśmy docenić. Między innymi dlatego zdecydowaliśmy się niezobowiązująco uzupełnić nasz top o 10 pozycji, których PRYWATNIE najbardziej brakuje nam w tym zestawieniu. Zamiast skrupulatnych wyliczeń i wyciągania średniej postanowiliśmy po prostu oddać głos poszczególnym redaktorom. Jednocześnie deklarujemy, że nie jest to ostatni polski około-ficzer.


Arbeiter Klasse: Arbeiter Klasse

Arbeiter Klasse
Arbeiter Klasse (EP)
[Obuh Tapes, 1988]

Burzliwy okres drugiej połowy lat osiemdziesiątych w Polsce wyrzucił na brzeg niejeden muzyczny bałtycki bursztyn, który przez rażący brak skwapliwości przypadkowych przechodniów nigdy nie został wygrzebany z piasku i należycie wyeksponowany. Wszystko wskazuje więc na to, że po kilkudziesięciu latach, stosujące dostępną nam technologię i medium jakim jest Internet, sięgnąć trzeba po zaawansowaną metodę hydrauliczną i wydobyć wreszcie ten zapomniany amber na powierzchnię Ziemi, oddając tym samym należną lubelskiej klasie robotniczej chwilę atencji.

Zafascynowane dokonaniami sztandarowego reprezentanta zimnej fali – Siekiery – trio Arbeiter Klasse początkowo obracało się stylistycznie w rejonach nader bliskich autorom Nowej Aleksandrii. Surowe post–punkowe brzmienie wschodnich, chętnie imających się eksperymentów kapel z czasem ustąpiło jednak miejsca subtelniejszym syntezatorom i bardziej dopieszczonym pod względem produkcyjnym piosenkom. Premiera debiutanckiej, dystrybuowanej nakładem OBUH TAPES, kasety–splitu zbiegła się w czasie z innymi, większymi wydarzeniami wydawniczymi: prymicją Bielizny, czy figurującym na jednej z końcowych pozycji naszego "polandowego" rankingu trzecim albumem Kultu, pozbawiając tym samym lubliniaków rozgłosu, na który bezwarunkowo zasłużyli mimo wciąż lokalnego charakteru zespołu. Bo przecież kilka tygodni obecności jednego z singli na Liście Przebojów Trójki to zdecydowanie za mało.

Trzy indeksy składające się na bezsprzecznie najkrótszą w zestawieniu porcję muzyki syntetyzują charakterystyczną dla tamtego okresu, tematycznie oscylującą wokół fobii i pragnień rodaków w przededniu politycznych rewolucji lirykę z może nie tak wirtuozerskim jak w przypadku kilku innych rodzimych kapel, ale na pewno wciąż wyczuwalnym synth–popowym sznytem oraz przebijającym się raz po raz cząstkowym, ponurym gotyckim feelingiem rodem z Wysp Brytyjskich. Aluzyjne, wyśpiewane przez Dariusza Maruszaka teksty niesłychanie dobitnie obrazują kilka archetypów prawdziwej, socjalistycznej polskości. Te storytellingi to istne popkulturowe perełki, a samych Arbeiter Klasse określiłbym (starając dostosować się do tych niezbyt entuzjastycznie nastawionych do Papa Dance i pokpiwających z ich wysokich lokat czytelników) mianem discopolowców dla smutasów – tak na zachętę. Pożywka dla łaknących schyłkowej ejtisowej nostalgii. –Witold Tyczka

posłuchaj »


Bielizna: Tag

Bielizna
TAG
[Silverton, 1993]

Jakiś czas temu. TAG pożyczyłem od kolegi z ławki szkolnej. Wtedy największe wrażenie wywarło na mnie pastwiskowe "Przeganianie Wołów Do Norymbergii", w którym Jarek Janiszewski goni ryjące jak woły gitary. Wtedy nie znałem jeszcze "Elephant Talk" King Crimson, w którym Adrian Belew imituje ryczenie słonia, ale znał je na pewno operator strunowy na TAGu, generator wirtualnego bydła Piotr Pawlak, późniejszy współautor Polovirusa i członek Łoskotu, który tnie na TAGu z elektryczną furią.

Ale nie on jest jedynym bohaterem tej historii, to nie same majteczki w kropeczki z kokardką, tylko bielizna dla kobiety z klasą. Lubieżny, manieryczny Janiszewski, zwierzę jednogatunkowe. Bóg stworzył go prawdopodobnie tylko po to, żeby odnalazł złote runo i skonstruował orgazmotron, a on zamiast tego założył Bieliznę. Abnegat, poeta z dużym udziałem DNA ślimaka, jeden z najlepszych tekściarzy polskich. TAG pod tym względem nie jest wcale gorszy od pozostałych płyt Bielizny (znakomita Pani Jola). "10 knedli zjedz / Niech szaleństwo nagle wstąpi w twoją krew". Na dodatek do dziś kocham się w wodewilowej oniryczności "Borsuka".

Powinienem napisać więcej, bo nie wyczerpuję tematu – jedynie udało mi się go napocząć na powierzchni. TAG jest głębszy – sięga przede wszystkim Smithsów, których nigdy nie słuchałem i to właśnie ta z jednej strony dekadencka liryczność, doskonała w swoim odwzorowaniu, a z drugiej experyment i furia gdańskiej sceny alternatywnej, tworzą potęgę tej płyty. I Bielizny w ogóle bo wszystkie płyty Bielizny są warte najbardziej wymagających geeków. –Krzysztof Zakrocki

posłuchaj »


De Mono: Stop

De Mono
Stop
[ZIC ZAG, 1992]

Jeśli miałbym maksymalnie uprościć sprawę, to napisałbym, że De Mono to pod wieloma względami polskie Blue Nile. Jak ten wygładzony, dopieszczony do granic możliwości pop-rock chwycił za serca słuchaczy Trójkowej Listy u schyłku lat osiemdziesiątych? To dla mnie jedna z większych tajemnic polskiej muzyki, która pokazuje, że może gdyby wcześniej ktoś docenił i rozumiał pop w szerszej skali, to teraz nie musielibyśmy być katowani w mainstreamie kolejnymi nagrywkami Donatana.

Stop to najmocniejsza pozycja w dyskografii formacji, choć wielkie hity – "Kochać Inaczej" i "Moje Miasto Nocą" – mieli już na poprzednich albumach. Tu jednak natężenie hooków na sekundę jest zdecydowanie największe. W skali krajowej ten zacny mondeo pop wyróżnia się przede wszystkim świetnymi aranżacjami oraz wszędobylskim saksofonem Chojnackiego, który pozostaje niemal przez cały czas na drugim planie. Pierwsza połowa tej płyty to hit za hitem, jednak na szczególne wyróżnienie zasługuje "Ostatni Pocałunek" i najbardziej chore 10 sekund w tej branży (0:42 - 0:52, jakaś zapowiedź Orbita, która powraca zresztą w końcówce). Teledysk swoją drogą, Krzywy wygląda w nim jak młody Mes. W końcówce tempo trochę siada, a i umówmy się, Kościkiewiczowi zdarzało się zahaczać w tekstach o straszny banał, jednak wciąż: tak profesjonalnie zrobionej i dobrze zagranej muzyki środka nie mieliśmy w Polsce na tyle dużo, by móc przejść obok tej płyty obojętnie. –Kacper Bartosiak

posłuchaj »


Deuter: 1987

Deuter
1987
[Polskie Nagrania Muza, 1988]

Wikipedia donosi, że Deuter to polski zespół punkrockowy, który w późniejszym okresie swojej działalności kombinował z takimi rodzajami muzyki, jak funk, rap (!!!) czy soul. To wszystko oczywiście prawda, ale o tym napiszę trochę później. Nie myślcie sobie jednak, że 1987 to dzieło tak oryginalne, eklektyczne i, nie przymierzając, rewolucyjne, jak Double Nickels On The Dime. Nic z tych rzeczy. Jest jednak kilka cech, które sprawiają, że spóźnionego debiutu Deutera (zespół powstał w 1980 i działał kilka lat, poźniej "Kelner" razem z Robertem Brylewskim założyli Izrael, ale Rozwadowski po roku postanowił znów wskrzesić macierzystą formację) wciąż chce mi się słuchać i na luzie mogę porównać do kanonicznego dzieła Minutemen, mimo że po latach niektóre nagrania nieco "trącą myszką" i amatorskim sznytem. Jednak nie ma co pisać o wadach – zbyt wielu takich albumów w historii naszego rocka nie ma.

1987 to pozycja niesłychanie równa, jak na ówczesne standardy wyjątkowo "lekka" i choć oczywiście zachowany został na albumie punkowy etos w duchu Dead Kennedys (szczególnie zwróćcie uwagę na opisujące siermięgę naszego kraju teksty), to muzycy doskonale równoważą go wspomnianymi na początku wpływami funku czy soulu. Weźcie chociażby pod lupę takie numery, jak przełamane syntezatorowym groovem "My Trwamy", podparte soulowymi wokalizami "Dziecięce Uczucia", janglujące "Co To Jest Za Czas", akustyczną balladę w duchu The Replacements "Cały Świat" czy faktyczne zainspirowane rodzącym się rapem "Nie Ma Ciszy W Bloku". Wszystko to robi robotę, nawet po tylu latach. I mimo że "Kelner" ze spółą nigdy nie zbliżyli się już swoimi nagraniami do 1987 to ciągle patrzę na to całe zamieszanie z niemałą sympatią, a nawet szacunkiem. Fajnie, że powstały w naszym kraju takie płyty. –Jacek Marczuk

posłuchaj »


Dżamble: Wołanie

Dżamble
Wołanie O Słońce Nad Światem
[Polskie Nagrania Muza, 1971]

Są właściwie dwie płyty, których brak na liście jakoś mnie szczypie i tak się złożyło, że obie zostały wydane w 1971 roku. Pierwszą z nich jest legendarny Blues Breakoutu, drugą właśnie Wołanie; ze względu na postać Andrzeja Zauchy – w ramach solidaryzowania się z bujnym wąsem mojego ojca – zdecydowałem postawić na Dżamble. Na początku lat 70. polscy muzycy, wzorem swoich idoli zza żelaznej kurtyny, zaczęli coraz odważniej modyfikować klasyczne, piosenkowe formy, czego najbardziej odczuwalnym skutkiem była eksplozja popularności prog-rocka, odciskająca piętno na naszej kulturze muzycznej do dziś. Jako skład o jazzowych korzeniach, krakowski Dżamble w naturalny sposób zachłysnął się z kolei jazz-rockiem, ale sprowadzenia ich jedynego albumu wyłącznie do tego tagu byłoby niedorzecznością – zaryzykuję stwierdzenie, że najistotniejszą cechą tego wydawnictwa jest mnogość kierunków, w jakich muzycy odfruwają w kolejnych utworach, budując je na strzępkach gatunkowego synkretyzmu.

Świat Wołania to świat, w którym progowy patos nabiera czarnego kolorytu w pulsujących groovach i potężnie soulujących wokalizach Zauchy, a jazzowy elitaryzm jest oswojony przez popową nośność i namiętnie ludowy tok narracji. Wisienką na tym i tak już smakowitym torcie jest zaś swoisty aranżacyjny ornamentyzm, którego centralnym źródłem są zaproszeni do studia goście: Urbaniak, Seifert, Stańko i Muniak. Ich liczne, wspaniałe kontrybucje niezwykle plastycznie wypełniają kompozycyjne przestrzenie feerią barw, nadając płycie ponadczasowej oryginalności i wyrazistości. Wes Anderson z pewnością by się jarał. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj »



Free Cooperation: In The Higher School

Free Cooperation
In The Higher School
[PolJazz, 1986]

Trudno sobie wyobrazić, ile znakomitych, ale kompletnie nieznanych, muzycznych skarbów skrywa nasza rodzima fonografia. Jednym z takich zamieszkujących krainę cieni skarbów, jest ten niesamowity longplej, sygnowany nazwą legendarnego w pewnych kręgach Free Cooperation. Owa formacja, w skład której wchodzili chociażby Antoni Gralak, Wojciech Czajkowski, Janusz Skowron, Mateusz Pospieszalski czy Aleksander Korecki, była korzeniem, z którego po czasie wyrosły takie zespoły jak chociażby Tie Break, Young Power czy Pick-Up Formation, którego, nawiasem mówiąc, album Zakaz Fotografowania znalazł się na bardzo wysokim, szesnastym miejscu naszego rankingu. Już sam ten fakt wystarcza, aby uznać Free Coopertion za ansambl istotny i ważny dla rozwoju oraz historii polskiego free-jazzu. Oczywiście są dane, którymi jarają się Historycy i Statystycy Polish Jazzu (anyone?), bo do słuchacza przemawia przede wszystkim sama muzyka. A to, co znalazło się na In The Higher School jest w moim mniemaniu niezwykle interesujące.

Ciężko jakoś sensownie rozprawiać o tym albumie bez popadnięcia w banalne sądy, bo to, że mamy do czynienia z proto-­yassem, frapującym, długim free ("Głos Pana" to prawie piętnastominutowy, dźwiękowy rytuał) czy wciągającą improwizacją, jest nazbyt oczywiste. W dusznej, dość niepokojącej atmosferze wykluwa się cała litania (to album w pewnym sensie kontemplacyjny czy modlitewny), przeplatających się oraz niemal walczących ze sobą instrumentów. Gdybym zagrał w skojarzenia, to takie utwory jak "Metanoja" czy "Dance", brzmią dla mnie jak Spring Heel Jack BIORĄCY NA WARSZTAT gęste numery Milesa Daviesa (Bitches Brew albo On The Corner), a nie wiem, czy znajdę kogoś, kto się ze mną zgodzi, ale czuję tu lekką zapowiedź jazzowej strony Ścianki. I muszę wspomnieć o "Psalmnie", który za pierwszym razem znudził mnie deklamacyjną formą, ale przy kolejnych podejściach musiałem zweryfikować pochopnie wydany wyrok, bo to naprawdę świetna, muzyczna narracja. Także dla mnie to są kompozycje, w które łatwo wsiąkam, a muszę przyznać, że nie jestem jakimś psychofanem tego typu rzeczy. No i na mojej liście indywidualnej In The Higher School znalazłby się wysoko – na bank w pierwszej 50-ce. –Tomasz Skowyra


Kat: 666

Kat
666
[Klub Płytowy Razem, 1986]

Nie można wyrywać tego Kata z naszego grajdoła. Anglojęzyczna wersja 666 jeszcze tylko podkreśla jak bardzo krajowa jest to produkcja. Trochę toporna, bez wdzięku i gracji. Za katownię robi tutaj osmalony pniak przed kurną chatą. Paradoksalnie trudno się tym nie zachwycić, bo fantasmagoryczna, duszna i mdląca wyobraźnia Kostrzewskiego nadała temu dziełu bardzo spójny ton – bizarryczny, jeśli takie słowo istnieje w tym języku. Nie wiem na czym to polega. Po prostu słychać, że w tym kraju obchodzi się bure święto zmarłych, po wypominkach jedzie się maluchem "na groby", stoi w błocie. A później robi się jeszcze zimniej, szaruga, że trzeba stać po bramach, pić po blokach i tak cały rok a piać od nowa.

Żelazna Kurtyna – jak bardzo to określenie pasuje do tego dziwowiska. Muzyka z zachodu docierała przez nią zniekształcona, z pogłosem, brudna jak wymięte dolary cinkciarzy i tak pokątna, że zmusiło to twórców do wykształcenia własnej wrażliwości; formy, która może czasem ociera się o trawestację, ale też (i tak właśnie mają się sprawy z 666) wpływa na późniejsze dzieje całego nurtu. Jest na tym albumie zamordyzm polskiego metalu, jego deliryczność, fanfary i fanfaronady, węglistość całego śląskiego zagłębia. Sól ziemi czarnej. To bardzo odmienny black, specyficzny thrash: kuglarski w swej eksploracji heavymetalowych pokładów w "Metal i Piekło", będący hard rockiem w przebraniu, jak w przypadku "Diabelskiego Domu cz. I", tętniący i piłujący, niczym jakieś przedpotopowe High On Fire w mojej ulubionej "Wyroczni". Jest tu miejsce na staroświeckie, apokaliptyczne ballady w rodzaju "Czasu Zemsty" i na fragment "Prząśniczki" Moniuszki stanowiącej punkt wyjścia solówki "Masz Mnie Wampirze" – to prawda: Maanam nie bał się wpleść bluesa w nową falę, ale polski thrash syntezował przecież równie nieskrępowanie.

Gargantuiczna jest postać tego albumu na wszystkich płaszczyznach. Wersy Kostrzewskiego, które później przeszły do legendy, także na debiucie nie odznaczają się przesadną subtelnością. Posiadają jednak pewien niezaprzeczalny urok: "Wzniósł Abaddon stary miecz, plunął w piach >>Wojna, psie!>>". Widziałem ostatnio pamflet, który sugerował, że w naszym polskim topie za dużo jest Jacka Piekary. Już samo porównanie gatunków literackich z muzycznymi jest dość karkołomne ze względu na odmienne metody i normy wypracowane przez różne "szkoły krytyki". Zakładając jednak, że metal i fantastyka to na polu wyobrażeń często dość nieodległe światy, właśnie substytutu hipotetycznego Piekary w naszym podsumowaniu zabrakło. Okoliczności w jakich rozwijała się polska fantastyka w latach osiemdziesiątych (i raczej tylko wtedy) rzeczywiście przypominają w pewien niejasny sposób warunki wyjściowe rodzimego metalu: ograniczony dostęp do nowszych pozycji, zależność od wątpliwych gatekeeperów, niedostatki w znajomości języków obcych, odmienny od anglosaskiego kulturowy background, a przede wszystkim ta świadomość, że gdzieś coś się dzieje i trzeba do tego za wszelką cenę nawiązać. Dziwne, surrealistyczne, czasem ciężkawe i niefrasobliwe były rezultaty tych eksperymentów w obu wymienionych dziedzinach, ale maskarada Kostrzewskiego i Kata należy właśnie do tych nielicznych eksponatów, które wciąż budzą zaciekawienie przechodzące nawet w niezdrową fascynację. Zmieniając jedną wątpliwą retorykę na drugą, odwołam się na koniec do autorytetu Stewarta Voegtlina, znawcy i wielbiciela (a jakże!) groszowego weird fiction i nie mniej groszowego heavy metalu, który na łamach Stylusa podsumował kiedyś ten album w kilku celnych zdaniach: "Iron Curtain Thrash from way back when that pretty much eviscerates any sort of imposter that some-fucking-how passes for competent "throwback" Metal. "Morderca", "Wyrocznia", "Diabelski Dom cz. I & II": classic hooks, vocals, sound, ambience combines to form up one of the top Metal records of any era. We’re talking masterpiece. Highest recommendation". –Wawrzyn Kowalski

posłuchaj »


Włodzimierz Nahorny Trio: Heart

Włodzimierz Nahorny Trio
Heart
[Polskie Nagrania Muza, 1968]

Pomimo silnego ujazzowienia naszego rankingu, Włodzimierz Nahorny, bezdyskusyjna legenda i klasyk gatunku, może być uważany za jego największego przegranego. Nie dość, że na listę nie załapało się Na Drugim Brzegu Tęczy z jego pięknymi partiami saksofonowymi i fletowymi, to jeszcze pominęliśmy ten znakomity album z serii Polish Jazz z numerem 15. A tak się składa, że to absolutna perła europejskiego jazzu, zarówno pod względem historycznym, jak i w kategorii open. Nahorny popisuje się tu swoją wszechstronnością, operując na fortepianie i saksofonie altowym pełną paleta barw od neoromantycyzującego (opener, haloo, o jakiej kategorii pięknie my tu teraz) cool jazzu - wolno rozwijającego frazę, znakomicie puentowanego, aż po całkiem szalony, krótkofrazowy, zadziorny free (a jest to chyba pierwsze tak pełne rozwinięcie idei free-jazzu w polskiej fonografii, bo Trzaskowski leciał przecież na swoich prawach). Najlepsze są te kawałki, które mieszają oba skrajne podejścia, jak chociażby “Przy Kasie" (śmieszny utworek bardzo, Mazzoll mógł się inspirować), a moim faworytem w zestawie jest “Serce Muniaka", co za elegancja! Aha, bardzo dobra praca sekcji, kumaci kolesie, zarówno gdy wbijają trans, jak i gdy kreują ambienty jakby z jakiegoś Spiritualized. –Krzysztof Michalak

posłuchaj »


Maryla Rodowicz: Sing

Maryla Rodowicz
Sing-Sing
[Pronit, 1976]

Kiedy 5 lat temu redaktorzy z pewnego zaprzyjaźnionego serwisu na serio rozpoczęli pozytywistyczną pracę nad rehabilitacją dziejów rodzimej ESTRADY, to oczywiście ogólnie ją popierałem, ale… z kilkoma zastrzeżeniami. Super inicjatywa – mówiłem – tylko mam wrażenie, że z tą Rodowicz to akurat trochę niefortunny przykład. Albowiem 3 lata wcześniej z pewnych powodów przekopałem się przez WSZYSTKIE hity popularnej MARYLKI i ze zdziwieniem stwierdziłem, że jej najlepszym przebojem w czysto muzycznym znaczeniu jest "Remedium", czyli... to, co znałem od dziecka, bez tego całego przekopywania się, bez sławetnej "dekontekstualizacji". Żadnych innych perełek nie wykryłem. Autentycznie rozczarowałem się wtedy, bo też bardzo "chciałem", żeby Rodowicz miała coś genialnego w dorobku, czego nie znałem. Niestety - na pewno nie w singlach. Aczkolwiek nie znałem jej albumów, więc – myślałem – może tam coś się czai? Ale przecież to byłoby mega dziwne – na zasadzie najlepsze numery grupy ABBA = album tracki znane tylko die-hardom, WTF.

Odgrażałem się więc – jak mi znajdziecie takie szczyty u Rodowicz, jak u Bem i Wodeckiego, to oficjalnie stawiam po browarze. Lecz potem zaś przyszedł czas konfrontacji z całością materiału wypełniającego Sing Sing, longplaya budzącego respekt już "po okładce", bo odznaczającego się jedną z bardziej rasowych, natychmiast rozpoznawalnych obwolut, szczególnie w dużym, winylowym formacie. Projekt przywołuje mimowolne wzrokowe skojarzenia z front cover Ziggy Stardusta i ten glam-rockowy kontekst niespodziewanie wypływa już w tytułowym openerze – znanym, niby mało szlachetnym, acz niesamowicie wyrazistym hicie, który przemienia kabaretową swawolność i protest-folkowy stomp "na dwa" w kawał mięsistej narracji o seksualnym pociągu (nie, nie "wsiąść do pociągu") wobec pewnego badboya, gdzie Osiecka rzuca kąśliwymi, kultowymi linijkami typu "Czy ja nie jestem lepsza niż / Cała reszta pań, cały babski wyż". Jak nie-dredy: to wtedy mogło śmieszyć, teraz imponuje .

Dalej mamy całkiem rozstrzelone spektrum odniesień, może nawet zbytnio zawstydzające barwnym bogactwem – od jingle'owych żarcików a la radiowa "powtórka z rozrywki" ("Damą Być", "Moja Mama Jest Przy Forsie"), przez proto-jazz-disco-funk ("Dom Na Jednej Nodze"), po nocne, poetyckie kołysanki "Ludzkie Gadanie" i "Lubię Nas" (zdradzające ewidentny wpływ MPB spod znaku powiedzmy Nascimento – klasyczny kejs do rozwikłania z tym podejrzanym piętnem odciśniętym na historii polskiej piosenki). I co? To są koronkowe, złożone, choć całkiem efektywnie przebojowe numery. Nic zresztą dziwnego, jeśli przypomnimy sobie, kto je skomponował. Jacek Mikuła (for the record – m.in. "Moje Serce To Jest Muzyk", "Deszcz W Cisnej" i 3 wałki na Zagrajmy W Kości… – rings a fuckin' bell, co nie), Wojciech Karolak, Seweryn Krajewski. Przecieram więc USZY ze zdumienia, bo nigdy bym się nie spodziewał czegoś takiego w repertuarze MARYLKI. I konsekwentnie nie widzę analogicznej sytuacji w świecie anglosaskim, bo przecież najlepszymi kawałkami gwiazd takiego formatu były prawie zawsze ich przeboje. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj »


Top One: No Disco No.1

Top One
No Disco No.1
[Caston, 1990]

Różnie można oceniać karierę Macieja Jamroza, zwieńczoną paradowaniem w obcisłym, superbohaterskim kostiumie u boku Gracjana Roztockiego w zespole Zayebiści. Dla Top One w 1989 roku był on jednak prawdziwym błogosławieństwem – kilka lat prób w domu kultury "Ursus" miało dopiero przerodzić się w oszałamiającą sławę prowadzącą prosto na wyborcze wiece Aleksandra Kwaśniewskiego. Grający menadżer nie tylko napisał 3 bardzo ważne dla debiutanckiego LP utwory: legendarnego "Krugera", madchesterski instrumental "Competition knows me" i będącą sercem albumu balladę "Światła Wielkich Miast", ale także pozyskał do współpracy Jana Borysewicza (być może wspomniany "Fred Kruger" to najlepszy utwór, w którego nagraniu brał udział), znakomitego i cenionego realizatora Rafała Paczkowskiego oraz autora tekstów Janusza Kondratowicza, podpisującego się pseudonimem Jan Krynicz (czyżby wstydzik?). Debiut okazał się sukcesem komercyjnym i artystycznym – "Ciao Italia" i "Puerto Rico" miały trząść chodnikami w całej Polsce, a cały album ustawił głos wchodzących na top discopolowców, zwróconych teraz przez chwilę ku specyficznemu mariażowi italo disco, Pet Shop Boys i post papa-dance’owych naleciałości. Co ważne, na debiucie nie pojawia się jeszcze żaden biesiadny ferment, który miał eksplodować na sympatycznej skądinąd Poland! Disco No.2. I o ile zdarzały się jeszcze chłopakom bardzo dobre albumy, takie jak Coraz Wyżej czy Wstań I Walcz, to tak ważnego, spójnego i przebojowego zestawu nie nagrali już nigdy później. –Łukasz Łachecki

posłuchaj »

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Relacja: Tauron Nowa Muzyka 2019
SkeptaIgnorance Is Bliss