SPECJALNE - Artykuł

Live 50, czyli najlepsze single 00s na żywo

14 sierpnia 2008



Róisín Murphy
"If We're In Love"

WS [7.5]: Ten nienaganny, cholernie inteligentny track rządzi w każdym miejscu around the world, w każdej możliwej konfiguracji. Na Glastonbury także. Wszystko brzmi tu tak jak powinno, dęciaki rozpieszczają, elektrozabawki cieszą michę, a sama Roisin śpiewa niemalże bezbłędnie (spece doszukają się może ze dwóch skuch). Tylko publika sprawia wrażenie niedopieszczonej, ale w sumie to ich problem. Nie kłopoczmy się tym.




Róisín Murphy
"Let Me Know"

BD [7.5]: Sidemeńsko jak w Krakowie. Równo, w punkt, po niemiecku. W tym kierunku co Jamiro, choć może bez aż tak zapierających dech w piersiach rezultatów. I do tego Murphy tradycyjnie w roli trendsetterki modowej.




New Pornographers
"Letter From An Occupant"

WS [6.0]: Specjalnie nie ma się czym zachwycać, ot poprawny występ w porywach do niezłego. Nic ponad to, czego oczekiwalibyście od power-popowych wyjadaczy/wymiataczy. Dobre i to, a Neko jak zawsze w formie. Dla die-hard fanów jak znalazł. Z ciekawostek warto zwrócić uwagę na stylowy neon w tle.




Outkast
"Hey Ya!"
BD [6.0]: Niezależnie jak mocno próbować, nie da się oddać na żywo diabelskiej wręcz żarliwości oryginału. Z muzyków najbardziej wiarygodny wydaje się DJ, który istotnie coś tam skreczuje. Najmniej zaś – gitarzysta, który chyba blefuje, bo udaje że gra nawet wtedy, gdy jego instrument nie jest słyszalny (w "polaroid picture section"). No ale nic, strój Andre (!) wynagradza braki, a sam kawałek też się jakoś specjalnie, hmmm, nie zestarzał.




Rapture
"House Of Jealous Lovers"

WS [7.5]: Dzieciństwo tych facetów z pewnością nie należało do najłatwiejszych, na domiar złego ich zabawki były zdecydowanie za ciężkie. Bez obaw, ja nie Freud, spuśćmy zatem zasłonę milczenia na ów temat. Nie można jednak zanegować faktu, że ci kolesie zachowują się na scenie jak pensjonariusze domu wariatów (tudzież inna ''banda chuja''), brakuje im nie tylko piątej klepki, ale także czwartej i drugiej. To wszystko jest bez sensu, bez seeennssuuu, nie rożumie. Letterman został ugotowany, a ja wraz z nim. More Cowbell, more Cowbell, more fuckin' Cowbell. Wyłączcie to!




Rapture
"I Need Your Love"

BD [7.0]: "Bonjour! Ca va?". To pomieszanie zaprogramowanej elektroniki z żywym feelingiem basu Safera i wyciem Jennera przywodzi na myśl koncertową odsłonę Out Of Tune.




Robyn
"Konichiwa Bitches"

WS [8.0]: Chciałbym zakumplować się z Robyn. Nie obraziłbym się również gdyby znalazła się ona wśród pretendentów do podania mi ostatniej szklanki wody. Krótko mówiąc to moja drużyna, o czym dobitnie przekonałem się oglądając jej wywiad dla Pitchfork (btw Nitsuh Abebe jest brzydki). Jednak cały ten wstęp w kontekście popisów w Scali traci na znaczeniu, bowiem nawet gdybym jej szczerze nienawidził, to i tak musiałbym się jej pokłonić. Robyn na scenie przeobraża się w hipnotyzera, którego celem się zawładniecie publiką. Mimika, ruch sceniczny, pewność siebie Szwedki, nie w ciemię bity zespół, cytat z ''Close To Me" Kjurów – wszystko to składa na porywający spektakl. ''I can't believe it''' – ja też Robyn, ja też. Aha – podobnie jak u panny DeAndy – embedding surowo wzbroniony.


Russian Futurists
"Let's Get Ready To Crumble"

BD [8.0]: Jak przystało na lo-fi-synth-indie załogę, Hart z kolegą wyszli na scenę, odpalili podkład i w niecałe trzy minuty z kompletną bezpretensjonalnością wykonali być może największy bedroom-popowy hymn ever. Niby nic wielkiego, ale po ich minach widać, że mentalnie są ciągle w tej sypialni i nie mam tu na myśli skojarzeń erotycznych. No i wokal – piosenka jest zaśpiewania "bezbłędnie" w porywach do "rewelacyjnie".




Kate Ryan
"All For You"

BD [5.0]: Przyjaciółka mi opowiadała, że Kate Ryan całkiem niedawno chałturzyła na Dniach Czechowic-Dziedzic. Spoko, po tym jak "Me & My Imagination" przegrało z Feel konkurs sopocki – nic już mnie nie zdziwi. Tutaj mamy niemalże soulową ekspresję wokalną i żywy funk basu (co wychodzi zwłaszcza w boskim mostku), a za bębnami Phila Selwaya na koksie z salsą. Znaczy, yyy, prawie. Ale przynajmniej tak bym sobie to wyobrażał.




Nicole Scherzinger
"Super Villain"

WS [9.5]: Gdybym był pijarowcem Mefistofelesa, to zaleciłbym mu dołączenie tego występu do folderu reklamowego piekła. Tylko, że wtedy trzeba byłoby wybudować tam niejedną obwodnicę. Nicole na żywo to spełnienie marzeń, za które większość śmiertelników oddałoby dusze, a może nawet coś więcej. Ów filmik z wypiekami na twarzy będą śledzić zarówno piewcy urody liderki Pussycat Dolls, fani dobrej muzyki, jak i nawet twój pies. Scherzinger wygląda tu olśniewająco, każdy jej ruch na scenie zdolny jest obezwładnić bestię, to jednak nic nowego; najbardziej szokujące w tym wszystkim jest to, że śpiew Nicole przy akompaniamencie żywego, w pełni świadomego swojej klasy zespołu przysłania jej walory fizyczne. To się nie dzieje, to się nie dzieje. Niech mnie ktoś w końcu uszczypnie.





strona #1   strona #2   strona #3   strona #4   strona #5

BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019