SPECJALNE - Artykuł

Live 50, czyli najlepsze single 00s na żywo

14 sierpnia 2008



Ayuse Kozue
"Sundae Love"

BD [6.0]: To występ pełen paradoksów. Publika, miast wariować (ja tam bym skakał z wrażenia), siedzi jak na kiepsko frekwencyjnym jam session w jakimś warszawskim lokalu w środku tygodnia. Legendarny singiel przedstawiony jest w wersji zremixowanej. Rapera słyszymy, ale nie widzimy, bo didżej puszcza go z taśmy. Zresztą następny numer wypada lepiej od "Sundae Love". Ale dla fanów Ayuse ważna jest chyba informacja, że ta niunia, poza cukierkowym teledyskiem i producenckim wsparciem Towa Tei dysponuje też całkiem niezłymi zdolnościami śpiewnymi.




Lansing-Dreiden
"A Line You Can Cross"

BD [1.5]: Ups, trochę kompromitacja. Jeden ze śpiewaków zrobił z tej niebiańskiej melodii refrenu to, co Mandaryna ze swoją partią na sławetnej empetrójce o jej zdolnościach wokalnych. Albo Enrique w podobnym nagraniu, kojarzycie. Nie że źle zaśpiewał. Chodzi jakby o Mandarynę i Enrique. Mając tak ładne akordy w tle nie wystawię 0.0, ale kolesiowi trzeba będzie wypisać mandat. Bo ja fanatykiem tego numeru jestem, tak się składa.




Libertines
"Up The Bracket"

BD [4.0]: A oto urok debiutującej kapeli o rodowodzie punkowym: nic, ale to nic nie UMIĄ grać, plączą się w kablach, wywracają na siebie mikrofony – a ludzie i tak doznają, mimo fatalnego nagłośnienia i rozstrojonych gitar. Znam to nie tylko "z Vivy i MTV", ale i z autopsji. That's the punk spirit, mate!




Lupe Fiasco
"Kick Push"

WS [6.0]: Przesłodzony hymn deskorolkowców na żywo zmienia się w mini-Wezuwiusza. Zażera bez mydła, pomimo tego, że kamerzysta najpewniej był naćpany. Lupe na scenie ma więcej charyzmy niż kilku raperów razem wziętych, jeździ na desce jak stary wyga, a publika za sprawą żywego zespołu rozgrzana jest do czerwoności i gdyby tylko mogła, to z chęcią wskoczyłaby za skromnym Muzułmaninem w ogień. No, może trochę przesadziłem, niemniej jednak ''Kick Push'' na żywo naprawdę daje radę.




M.I.A.
"Boyz"

WS [7.0]: M.I.A. jak to M.I.A. wymiata, a co najlepsze robi to bez większego wysiłku. Występ w Mieście Aniołów robi spore wrażenie, podejrzewam jednak, że naszą ulubienicę stać na dużo więcej. Prawdę mówiąc gdyby nie cytat z ''Boys & Girls'' na wstępie to w zasadzie nie byłoby o czym wspominać. Wstałem lewą nogą? Nie, to M.I.A. wywindowała moje oczekiwania w stratosferę.




M.I.A.
"Galang"

BD [8.0]: Aha, więc to dlatego nie pojechałem na tegorocznego Open'era. Intensywność z jaką laska rozpierdala mikrofon to skarb. I cytat z Lil Mama na wstępie – so cool. Maya – masz mnie.




Max Tundra
"MBGATE"

BD [4.0]: No sorki, że taki krótki ścinek. Ale więcej nie ma w sieci. Tak na żywo rozwija Ben Jacobs improwizację na bazie tytułowego numeru ze swojej klasycznej, drugiej płyty. Zresztą pewnie na Offie wyczyniał podobne cuda.




Kylie Minogue
"Can't Get You Out Of My Head "

WS [8.5]: O Kylie nigdy nie za wiele, w drodze wyjątku postaram się jednak pominąć temat walorów zewnętrznych. Jeśli wierzyć opisowi mamy do czynienia z premierowym wykonaniem kawałka, który wyniósł Australijkę na absolutny szczyt tej gry. Występ nie pozostawia obojętnym, zwróćcie chociażby uwagę na doskonałego basistę i hebanowy chórek. Szkoda tylko, że zapowiedz kawałka sprawiła, że poczułem się stary. Z pewnością mniej jary niż ów koncert w Sydney.




Kylie Minogue
"Come Into My World"

WS [8.0]: Najbardziej monumentalny występ spośród wszystkich tu zgromadzonych. Oglądając mój ulubiony numer Kylie przeobrażony w coś w rodzaju popowej suity ozdobionej perfekcyjną wprost inscenizacją poczułem się mały i bezbronny. Sposób w jaki na scenie pojawia się Minogue nieustannie przyprawia mnie o dreszcze. Jeśli jednak pragniecie ujrzeć bardziej ludzką twarz Kylie, to mam coś dla was.




Kylie Minogue
"Love At First Sight"

BD [10.0]: Ej, nie wiem. Może serio jestem jakiś opętany na jej punkcie. Ale spójrzcie obiektywnie: tu, jeszcze przed chorobą, w 2004 roku, wokalistka miała 36 lat. A jak wyglądała? Przysięgam, że dla mnie – na jakieś 22-23 lata. Koleżanki z mojej grupy na seminarium magisterskim wyglądały starzej. Ba, pójdźcie na jakąś "indie" imprezę do klubu i te wszystkie rozochocone nastolatki są bardziej pomarszczone, niż ona tu. Nasz zasłużony writer, Paweł Nowotarski, sugerował niedawno, że Kylie najwyraźniej trzymają w formalinie, wyjmując tylko na publiczne występy. Coś jest na rzeczy. Może to triumf kosmetologii i chirurgii plastycznej nad rzeczywistością, ale w tym konkretnym nagraniu Minogue prezentuje się jak ideał kobiecej urody (a również stylu, bo do tej kreacji nie mam ani 0,001 % pytania). Lasencja nie musi nawet korzystać z typowych atrybutów sex appealu jak rozpuszczone długie włosy i spódnica mini. To ona dyktuje warunki jak ma być postrzegany wzorcowy model dziewczęcego wdzięku. I chciałoby się odtworzyć filmik jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze raz, żeby znaleźć jakąś usterkę. Na próżno. Miesiąc temu na koncercie w Berlinie – to była pani w średnim wieku, z godnością kontynuująca karierę. Ale w 2004 widzimy wokalistkę tak "świeżą w kroku", że na drugi plan schodzą: kapitalny akompaniament żywego zespołu, bezbłędna pomoc głosowa chórzystek, świetna forma wokalna samej gwiazdy i melodycznie transcendentne wyznanie miłości od pierwszego wejrzenia, bez którego nie byłoby chociażby wielbionego "Wow" sprzed roku. Ech, jak tu zakończyć... Jest takie słówko – "splendid".




strona #1   strona #2   strona #3   strona #4   strona #5

BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019