SPECJALNE - Artykuł

Live 50, czyli najlepsze single 00s na żywo

14 sierpnia 2008



Live 50, czyli najlepsze single 00s na żywo

Jest słońce, piwo, są kobiety i plaża, więc nadszedł czas na wakacyjny feature Porcys za rok 2008. A cóż może być bardziej wakacyjnego, niż wspaniałe popowe single? No przecież nic. "Ale hej" – powiecie – "ile razy można słuchać i oglądać to samo, zwłaszcza, jeśli wszyscy znamy to na pamięć". Luz, nie panikujcie, jeny. Na półtora roku przed oficjalnym końcem dekady zebraliśmy komplet najlepszych singli pierwszego dziesięciolecia XXI wieku i żeby nie było zbyt nudno, to prezentujemy je w wersjach scenicznych dostępnych w sieci. Oczywiście, to w zamyśle "miał być" komplet. Rzeczywistość brutalnie zweryfikowała nasze intencje i musieliśmy się pożegnać z obejrzeniem wariantów "live" takich współczesnych klasyków, jak "Just The Way You Are", "Guilty Of Love", "Hurt", "Astounded", "Hair Dude, You're Stepping On My Mystique", "Frontier Psychiatrist", "The Weekend", killery Basement Jaxx, Jessiki Simpson i Paris Hilton oraz, ekhm, "Asereje". Lecz to, do czego się dokopaliśmy, stanowi wystarczający powód do radości. Zresztą, obczajcie sami: kawałków zgromadziliśmy okrągłe pięćdziesiąt, do każdego z nich dorzucając słowo komentarza i ocenę w skali serwisowych playlistów ("ile i pół?"), biorąc pod uwagę następujące kryteria – "żywe" elementy w wykonaniu, wyobraźnia wizerunkowo-choreograficzna i, rzecz jasna, tak zwane "ogólne wrażenie artystyczne". Także wiecie – zimne drinki w dłonie i jazda. –Borys Dejnarowicz & Wojciech Sawicki

(Grafika: Klaudia Sawicka)


Lily Allen
"Smile"

BD [9.5]: To już kiedyś nieoficjalnie hajpowałem. Trudno sobie wyobrazić kogoś słodszego od podchmielonej Lily, która fałszuje, zapomina po co jest na scenie i mimo to świetnie się bawi. I ta sukienka, i te kolczyki, i ten kajdan, i te oczy pomalowane na zielono. Gdyby tylko wszystkie ikony mainstreamu miały do siebie tyle dystansu.




Amerie
''1 Thing''

WS [8.0]: A to ci niespodzianka. Przyznam szczerze, że robiąc research nie wierzyłem, iż znajdę ten numer grany na żywo. Marzenia czasem się spełniają, bo jak inaczej nazwać sytuację, w której Amerie wraz z żywym zespołem wykonuje swój największy szlagier i to bez pudła. Skubana jest odważna, skoro decyduje się ŚPIEWAĆ "1 Thing". Ukłony dla kolesi za perkami, congosami etc., ''bo ja bardzo lubię, kiedy Murzyn bije w kokos''. Na uwagę zasługuje także wgniatający w podłogę mostek. Wszystko cacy, szkoda tylko, że obraz z dźwiękiem trochę się kłócą.




Annie
"My Heartbeat"

BD [1.5]: Im dalej od Anniemal, tym bardziej widać, że ta Norweżka była doskonale przeprowadzonym oszustwem marketingowym, firmą jednego produktu. Ani następne piosenki, ani płyta z didżejskim miksem, ani też wersje live Ani nie przekonują. Tu nawet na podstawie minutowego skrawka można się załamać. Sam wyznaję teorię, że wykonanie sceniczne rządzi się swoimi prawami i nie musi być idealne technicznie, jeśli pozwala na to konwencja. Ale poza fałszami w falsecie, sztandarowy utwór Aneczki został tu sprowadzony do electro łupanki na prymitywnych power chords. Z wyrafinowaniem studyjnej wersji singla ma to niewiele wspólnego. Punkty za buźkę: blondynka, proporcjonalne rysy, czyli w skrócie – moja drużyna.




Antony And The Johnsons
"Hope There's Someone"

BD [8.5]: Antony bywa nieznośny z tym swoim pedalskim (ha, ha, ha – got yaaaaa) zawodzeniem, ale akurat "Hope" to wielka elegia dla ziemskiego istnienia, serio. Obfite wykorzystanie smyków i konwulsje interpretacyjne w finale przyprawiają o gęsią skórkę. Trochę się wprawdzie pogubiłem czy on był kobietą i jest mężczyzną, czy odwrotnie – jest mężczyzną i był kobietą ("czarna za..."). Ale "to nie jest teraz ważne", bo przy całym cynizmie i znudzeniu postacią (Antony tu, Antony tam – normalnie drugie Radiohead), ciężko się nie zamyślić nad problemem śmiertelności przy tym kawałku.




Beyoncé feat. Jay-Z
"Crazy In Love"

WS [8.5]: Jestem w kropce, bo co ja mogę niby napisać o tym performansie. No, że jest świetny, ale tak na dobrą sprawę to wcale nie muszę go oglądać, aby to wiedzieć. Proste, obecność Hova i B na jednej scenie gwarantuje sukces, bez względu na miejsce i czas. A jeśli za plecami (tak jak tu) mają doborowy zespół, to w zasadzie wypada złożyć ręce do modlitwy. Tu rodzi się jednak problem, gdyż pogański taniec podczas modłów bliski jest świętokradztwu. Przykro mi, ale nie sposób się opanować. Na domiar złego buchająca z ekranu chemia między kochankami sprowadza na manowce. Warto zboczyć i usłyszeć solówkę w epilogu.




Blur
"Out Of Time"

BD [8.0]: Ktoś już o tym raz pisał. Analitycy przestrzegają, politycy się nawzajem straszą, ludzie się boją, ale nic nie mówi więcej o napięciach bliskowschodnich i zagrożeniu dla świata wynikającym z konfliktu między cywilizacją zachodnią i arabską, niż ta pieśń. Jeśli wsłuchamy się uważnie w niepokojące nutki basu Alexa, w umiarkowane przejęcie z jakim Damon podaje tekst i w tę słynną "solówkę" a la flamenco... Dlatego właśnie wszelkie deklaracje Bono odnośnie "zaangażowanej" twórczości ("I THINK that as a band…") są żałosne – bo muzyka ma tę niepowtarzalną właściwość, że może (i powinna) opowiadać historię sama. A zatem MMMMYŚLĘ ŻE JAKO ZESPÓŁ Blur ewoluował wspaniale od prześmiewczej imitacji disco w "Girls & Boys" do "Out Of Time", najistotniejszego wkładu w kulturę, jaki nasze wnuki znajdą w encyklopediach pod hasłem "Albarn".




Café Tacuba
"Puntos Cardinales"

BD [7.5]: Zauważcie, że kamerzysta tego klipu chciał niewątpliwie zaistnieć i pokazać "coś swojego", jakąś wizję, jakąś sztukę. A zatem brawa dla kamerzysty. Klimatu rockowego święta dodaje też wtór publiki – to zawsze miło, gdy widownia zna wersy piosenki, którą gra zespół. I w sumie dla wszystkich oklaski za tę zaskakująco surową wersję dość syntetycznej przecież disco-ballady. Zaś największe ukłony dla wiosłowego. Obczajcie bowiem jak podciąga struny w riffie przewodnim. Tego na płycie nie było.




Cassie
"Me & U"

BD [3.5]: LOL. Uwielbiam tę pannę, nawet na Step Up 2 poszedłem specjalnie dla niej. Ale tu mnie bawią szczególnie dwa elementy: jej subtelne gibanie się na boki (przypuszczalnie mające na celu wejście w odpowiedni groove) i ten drobny moment zażenowania po linijce "they wanna see if it's true". Och, jakie to niewinne! Natomiast już tak na poważnie – oczekiwalibyśmy żeby ta wersja "live" była nieco bardziej rozbudowana...




Paula DeAnda
"Doing Too Much"

WS [4.0]: Występ jak występ, bez rewelacji. Ani śladu zespołu, choreografia uboga, a publika tylko niemrawo popiskuje. Dlaczego więc warto go obejrzeć? Choćby po to, aby przekonać się o tym, że Paula dysponuje całkiem solidnym głosem, o dziwo. Niestety, z racji tego, że DeAnda jest międzynarodową gwiazdą (haha), żeby sprawdzić czy nie kłamię w kwestii jej zdolności wokalnych musicie kliknąć tu, gdyż Paula jako jedna z niewielu nie życzy sobie okienkowania.


Dismemberment Plan
"The Dismemberment Plan Gets Rich"

BD [5.5]: Kurde, jacy to byli wariaci. Właściwie nie będę nic dodawał, bo akurat ten performans nie jest jakiś nadprzyrodzony. Generalnie sekcja rytmiczna + nawijka Travisa + Jason obsługujący "efekty specjalne". Ale w miarę zażera. Jak to szło? "Joe got caught aboard...".




strona #1   strona #2   strona #3   strona #4   strona #5

BIEŻĄCE
SpiritualizedAnd Nothing Hurt
NonameRoom 25