SPECJALNE - Artykuł

CDR Mix: Walentynki

14 lutego 2006



CDR Mix: Walentynki

Z pozoru sytuacja wydawała się dość stereotypowa – dziewczyna wyjeżdża z koleżankami na narty i trzeba ją zaopatrzyć w jakiś fajny mix, żeby miała co zarzucić gdy wieczorkiem zmachana wróci ze stoku. Ale doszły specjalne okoliczności – akurat tak się niefortunnie zdarzyło, iż termin wyjazdu zahaczał o Walentynki. Aby więc nadrobić straconą romantyczną kolację przy świecach w tym "wyjątkowym" dniu, postanowiłem zrobić najdroższej niespodziankę i przygotować mix tematyczny w formie prezentu. (Obiecała, że nie rozpakuje paczki aż do ranka 14 lutego.) Spędziłem kilka godzin w przeszukiwaniu zasobów swojej płytowej kolekcji – chciałem połączyć przyjemne (czytaj: fajowe, piosenki o stanie zakochania) z pożytecznym (czytaj: odrobina dalszej muzycznej edukacji nigdy nie zawadzi). Uniknięcie banału to także cnota dobrego mixu – odrzuciłem zatem tak trywialne rozwiązania, jak włączenie czegoś My Bloody Valentine lub którejś wersji "My Funny Valentine". Do końca rozważałem jakiś numer Beatlesów, ale wybór był zbyt wielki i ostatecznie zrezygnowałem. A tak, to postawiłem na stylistyczną huśtawkę tracków korespondujących z przewodnim wątkiem miłosnym i układających się w rodzaj narracji. Read on.

01 Robert Johnson, "Love In Vain" 2:21
Wtajemniczeni kłóciliby się, że ta (jak i inne) pieśń Johnsona to dość dramatyczne i do bólu szczere wyznanie miłości nieszczęśliwej i ulotnej. Post-modernistyczne ujęcie pozwalałoby jednak na re-interpretację tekstu w optymistycznym duchu. Sceneria towarzysząca naszemu rozstaniu na Dworcu Wschodnim w znacznym stopniu przypominała obrazowanie liryków tego słynnego bluesa: "And I followed her to the station / With my suitcase in my hand". Owszem, ten wielgachny plecak turystyczny jest dość niewygodny do niesienia. "When the train rolled up to the station / And I looked in her eye / Well I felt lonesome / I was lonesome / I could not help but cry". Hm, wcześniej niestety musiałem mieć nieprzyjemność konfrontacji z jakimś skacowanym burakiem, jakich na tym wspaniałym dworcu jest pełno. Dyskusyjne jest tylko tytułowe "in vain", ale wiecie... Gdy pomyślimy o krowie i matce Ziemi, to wszystko da się wytłumaczyć, ekhm.

02 Prince, "I Wanna Be Your Lover" 5:50
Dobra, te smęty to miał być taki akustyczny prolog. Czas na jakiś porządniejszy groove. Opener jednej z bardziej niedocenionych w powszechnym mniemaniu płyt Prince'a to jedna z jego najlepszych kompozycji w dorobku, krystaliczna dziesiąteczka kładąca ślicznie podwaliny pod charakterystyczny styl, który do perfekcji gagatek rozwinął w następnej dekadzie. Zwróćcie specjalną uwagę na śliskie wybryki syntezatora w outro.

03 De La Soul, "Talkin' Bout Hey Love" 2:27
Ręce w dół, jedna z najcudniejszych pozytywnych wprawek o miłości jakie kiedykolwiek powstały. Zaśpiew laski bez komentarza kurwa mać. W czołówce tracków lat 90-tych.

04 Britney Spears, "That's Where You Take Me" 3:32
Ej, idę o zakład, że gdybyście nie znali wykonawcy, to przez pierwszych 7 sekund nie skumalibyście że to ona, skojarzeń szukając raczej w folderze w którym przechowujecie Múm, Four Tet czy inne lap-electro-acoustic projekty ostatnich lat. Oczywiście, Brit wkracza zaraz ze swoim jękliwym "oh baby, oh baby", ale o dziwo utwór rozwija się w stronę ciepłej, słodkiej IDM-ballady, a nie jakiegoś pompowanego sex-szlagiera. Jeśli chodzi o Spears, to "That's Where You Take Me" jest w moim top 5.

05 Magnetic Fields, "Crazy For You (But Not That Crazy)" 2:18
Jak mogło się tu nie znaleźć nic Merritta, skoro gość wydał osobny zestaw aż sześćdziesięciu dziewięciu kawałków poświęconych zagadnieniu miłości? Z tym, że tak na serio to ciężko z nich wykroić choć jeden pasujący na taki mix, bo zwykle u Stephena miłość wiąże się z cierpieniem, smutkiem i próbami samobójczymi. Spoko, aczkolwiek ponadczasową poezję charakteryzuje mnogość tropów interpretacyjnych i jak w przypadku Johnsona można tu zaryzykować istnienie drugiego dna. Britney śpiewała niegdyś "You drive me crazy", ale zbyt odważne deklaracje nie wpływają na zdrowie związku. Kobiety potrzebują elementu niepewności oraz tajemnicy ze strony faceta, a nie otwartych kart przysięgających dozgonną wierność (by pogłębić wiedzę w tym zakresie, polecam zgłosić się do Tomka). Stąd wyznanie "crazy for you, but not THAT crazy" absolutnie wskazane.

06 Ray Charles, "Kiss Me Baby" 3:07
Refren tego numeru to gustowne call&response "Kiss me baby – All night long – Kiss me baby – All night long". Zadziwiające, że jeszcze pół wieku temu pary się całą noc całowały. Dziś robią jeszcze wiele różnych innych rzeczy. Świat bardzo pędzi do przodu, przyznajmy.

07 Dinosaur, "Kiss Me Again" 12:58
Czasem jednak jedna prośba nie wystarczy (na przykład panna nie przepada za niewidomymi gospel-soulowymi śpiewakami) i trzeba ją powtórzyć. Ta kolaboracja wybitnej postaci nowatora podziemnego dance'u 80s Arthura Russella z niejakim Nickym Siano (niezal-snobki – to nie ma nic wspólnego z ekipą J. Mascisa!) to mały standard tego genre. Jak mawiają znawcy – ciężko uwierzyć, że dawno temu ktoś tworzył sobie tak prekursorską i równocześnie urokliwą taneczną muzę. Przed kompilacją The World Of Arthur Russell z 2003 roku nawet nikt o nim nie słyszał!

08 Buzzcocks, "Love You More" 1:50
Złośliwi czepną się, że ci kolesie to pisali krzyczanki o uzależnieniu od orgazmu, a nie miłosne kołysanki. Może i to rzeczywiście nieco perwersyjny wybór, ale akurat "Love You More" nadaje się świetnie. Plus, my beloved one likes these British punks, y'know.

09 Madonna, "True Blue" 4:18
Tu spodziewam się tego samego zarzutu. Madonna? Walentynki? Madonna, która na debiucie chwaliła się że "Unlike the others I'd do anything / I'm not the same / I have no shame", a potem między innymi sygnowała "Justify My Love" i Eroticę? Tak, tak, tak. Znacie "True Blue"? Stawiam 50 zeta że to ten najbardziej naiwny, niewinny i radosny song w całej karierze. Zero pozy, zero prowokacji, zero wyuzdania. Czyste zaślepienie uczuciem.

10 Missy Elliott, "It's Real" 2:51
Na każdym krążku Missy zostawia chwilę oddechu od wykoślawionych bitów Timby dzięki łagodniejszym, sentymentalnym momentom i to jest ten najlepszy jaki nagrała. Zadziwiające, że udało jej się to bez pomocy sław wokalnych (a zatrudnia gwiazdy pokroju Beyonce, Mary J. Blige czy Ciary) – tylko ona nuci (jak!) i panienki od chórków, a w tle to bosko wyluzowane pianinko. Poczułem się strasznie unhip, bo mój ulubiony kawałek Miss E nie ma nic wspólnego z jej wypracowanym przez lata, eksperymentalno-hopowym sznytem. Ale może paradoksalnie właśnie na tym polega jej klasa.

11 Commodores, "Lady (You Bring Me Up)" 4:01
Ci z kolei goście są odpowiedzialni za tuzin gorących funk/pop/balladowych płytek, przebój "Easy" (po latach skowerowany przez Faith No More na Angel Dust) oraz wypromowanie wieloletniego lidera Lionela Richie. "Lady" pochodzi z 1981, kiedy to właśnie Lionel wybrał drogę solową ("Hello", anyone?) i później doczekał się z tego powodu recitalu na polskim festiwalu, nie pamiętam jakim. T.S. – "Lady" Commodores VS "Lady" Modjo? Co mi się podoba, to że wytwórnia Motown, wiązana zwykle z firmowym soundem lat 60-tych, potrafiła tak długo trzymać poziom. Smaczki produkcyjne, puls i mnogie hooki – cisną.

12 Harry Nilsson, "Without You" 3:20
Przyszedł wreszcie odpowiedni nastrój na ckliwe przytulanie. Nilsson był znakomitym songwriterem, choć uważam zachwyty nad Schmilssonem za nieco przesadzone. Umówmy się – 90% credibility zdobył za znajomość z Lennonem. Tak, Mariah Carey odświeżyła "Without You" w latach 90-tych i wiele osób do dziś traktuje tę pieśń jako jej oryginał.

13 Mariah Carey, "We Belong Together" 3:21
Speaking of Mariah Carey. Żal zmarnowanego potencjału wokalnego – gdyby lepiej dobierała sobie materiał, mogła się stać ikoną r&b ostatniego dziesięciolecia. Lecz ciekawe czy ktoś zakonotował, że 2005 był dla niej rocznikiem wielkiego comebacku. "We Belong Together" to najlepszy singiel "Mimi" (jak ją zwą przyjaciele) od lat, zaś album Emancipation... pobił, zdaje się, rekordy sprzedaży. Każdy orze etc.

14 Plastic Mode, "Mi Amor" 3:44
W dobie mojego zainteresowania italo, nie mogło tu zabraknąć reprezentantki gatunku – zwłaszcza skoro jego spuścizna obraca się wokół tylko dwu wątków – imprezowania i właśnie kochania. Wybór więc spory, ale "Mi Amor" stanowi dość unikatowy okaz. Zwrotka to porcja białego męskiego rapu z miejsca nominowanego do anty-panteonu. Przy czym żeński chorus wymiata zaraźliwie skreczującym wiosłem i pierwszoplanowymi midi-dęciakami. I bądź tu mądry.

15 Together, "So Much Love To Give" 10:47
Also known as Thomas Bangalter & DJ Falcon. Niby następny z galerii french house, i to tych z deczka dresiarskich, typu "Call On Me". Śmieszne poniekąd jest jednakowoż to, że tytułową frazę słyszymy tysiąc razy i właściwie nic się tu więcej nie dzieje, co w kategorii klarowności przekazu bije chyba nawet "Hot In Herre" Nelly'ego.

16 Beach Boys, "Our Sweet Love" 2:41
Ha, wyczekałem was misie pysie. No ale nie obeszło by się. Brian z Carlem i Alem napisali tę relatywnie prostą jak na zespół kołysankę, reminiscencję Pet Sounds bez czynnika depresyjnego.

17 Lush Life, "Slow Jamz" 4:38
Zabawne – niektórzy najwyraźniej sądzą, że do płyt stosują się proste rachunki znane z lekcji w podstawówce. Pet Sounds zasługuje na 10.0, a College Dropout na 7.0, więc jeżeli je połączymy, to otrzymamy 17.0 podzielone przez dwa, czyli 8.5! Niestety, muzyka to nie matematyka i West Sounds skończyło w okolicach zerowych. Takie schizofreniczne mutanty przydają się tylko wtedy, gdy chcecie dziewczynie za pomocą jednego utworu przekazać zarówno grę wstępną tekstu "Slow Jamz", jak i sekwencję akordów "Caroline No". Próbujcie, może się uda.

18 Kaiser Chiefs, "Caroline, Yes" 4:11
He, he. A to ci dopiero żarcik. Michał w ostrych słowach narzekał na formację Kaiser Chiefs: "ja pierdolę, najnudniejsza płyta jakiej słuchałem!". Michale, prawdopodobnie nie znasz Killers albo Arctic Monkeys. Uczciwie przyznaję, że bezprzedmiotowe skądinąd istnienie grupy Kaiser Chiefs zaowocowało kilkoma w miarę solidnymi imitacjami beachboysowych harmonii + jakże sprytnym dowcipem w ramach tytułu closera. Ukradłem chłopakom pomysł – piosenka nazywająca się "Caroline, Yes", nawet jeśli przeciętna, idealnie nadaje się na finał mixu walentynkowego, będąc logicznym przeczeniem lamentu opiewającego bezpowrotnie utracone szczęście. Happy *valentine*, niggaz!

–Borys Dejnarowicz, Luty 2006

BIEŻĄCE
AFK & BludworkLoyalty N Service (EP)
Burial"Claustro"