SPECJALNE - Artykuł

50 najlepszych wokalistek wszech czasów

8 marca 2009



10Edith Piaf

Pamiętam że absolutnie unikatowy (dobra sprofanuję: "grrruchająco-wibrrrujacy") głos niekwestionowanej ikony naszej, europejskiej kultury, zapadł mi w pamięć już w szkole podstawowej. Oczywiście będąc beztroskim szkrabem, i nie kumając pojęć typu: oryginalność, nietypowość czy niepowatarzalność, byłem jedynie w stanie poczuć dziecięce *zainteresowanie*. Co więcej ta "dziwacznie śpiewająca pani" na długo stała się dla mnie symbolem wszystkich Francuzów i ich "dziwacznego" języka. Teraz, po latach (kurde, ile to już ich minęło...), gdy przychodzi czas na dojrzałą refleksję – kurcze – no łezka się w oku kręci gdy słucham wokalnych performansów tej Francuskiej Damy o pół-Włoskich, pół-Algierskich korzeniach. Ej, ja was rozumiem, że to nie nasza epoka, że Edith Piaf to sobie mogą, wspominając szalone lata młodości, słuchać nasi rodzice (dziadkowie?), i że my to mamy swoje Animal Collective. Ale może zatrzymajmy się na chwilkę i choć spróbujmy uronić łezkę przy klasycznych balladach w stylu: "Non, Je Ne Regrette Rien" lub "L'Hymne à L'amour" (mnie tam najwiecej poleciało przy "La Vie En Rose"), bo naprawdę warto. Tak czy inaczej, sprawa jest prosta: NIKT inny tak nie śpiewał, nie śpiewa i nigdy już nie zaśpiewa. –Paweł Greczyn





09Nina Simone

Czarownie androgyniczny, szorstki głos Simone to jedno. Pam-param-pam-pam bezczynnej, jebanej starej Śmierci albo głos drugiego sekretarza Konsulatu Transylwanii dzwoniącego do Ciebie o trzeciej w nocy w poszukiwaniu zbiegłego nietoperza – czyli kreatywność nim operowania – to już co innego. Z przyrodzoną Czarnym Panterom charyzmą i emocjonalnym nadciśnieniem, Simone potrafiła na wielu zarejestrowanych koncertach udowadniać, że karabin, którym zwykła straszyć zbyt swawolnie imprezujących sąsiadów, to zaledwie druga w kolejce jej mordercza broń, by po chwili doprowadzać do mistycznych uniesień swoimi wykonaniami "Black Is The Color Of My True Love's Hair". Nie mam świra na punkcie czarnych wokalistek, a i jeśli chodzi o repertuar Simone nie może konkurować ze znaczną częścią wymienionych w tym podsumowaniu pań, jednak jeśli chodzi o założenia tego feature, moja osobista faworytka nadaje się idealnie. Niewiele znam przykładów na lepsze wykorzystanie kobiecego gardła. –Łukasz Łachecki





08Minnie Riperton

Zdałem sobie właśnie sprawę, że chyba nie potrafię napisać niczego sensownego o Minnie. Jej wokal nieustannie wprawia mnie w zakłopotanie, przy nim czuję się jak brudna śnieżka (mnie nie jedzą, mną rzucają) w starciu z siłami, których ani nie ogarnia, ani nie rozumie, to jest z lawiną. Gdy słucham jej pięciooktawowego sopranu, to momentalnie pąsowieję i używam słów, których potem zawsze żałuję. Kontynuując mój wstydliwy wywód; jeśli istnieje ktoś, kto jest w stanie potwierdzić tezę o wiodącej roli miłości w życiu człowieka, to tym kimś może być tylko Minnie i jej mleczno-miodowy głos anioła (a nie mówiłem?). Z początku, aby to udowodnić, chciałem wkleić tu waszą ulubioną piosenkę o miłości, ale ile można wałkować ten sam temat, jeśli jednak jesteście zawiedzeni brakiem "Lovin' You", to spytajcie o nią Michała Okrężnego.

Tak więc, zamiast odgrzewanych kotletów dostajecie kolejną dziesiątkę z repertuaru Riperton czyli "Here We Go"; tak właśnie brzmiałoby Steely Dan z dooobrą wokalistką. Minnie serwuje nam tu po raz kolejny specjalność zakładu, w skład którego wchodzą: krystalicznie czyste gardłowe imitowanie gwizdka, miękki, rozpływający się w trąbce Eustachiusza głos i ujmująca oszczędność środków; Riperton nigdy bez potrzeby nie popisuje się swoją imponującą skalą.

Pytałem kiedyś kolegi czy lepiej być głupkiem czy cynicznym chujem; on odparł, że ze względu na fetysz inteligencji lepiej być członkiem i wiecie co? Walę to, bo przy Minnie sto razy bardziej wolę być skończonym głupkiem, wierzącym w prawdziwą miłość niż dumnym singlem, czy tam innym chujem. Wystarczy mi jedna minuta z Minnie, abym stał się emisariuszem miłości, abym przez tydzień z okładem głosił wyłącznie dobrą nowinę. –Wojciech Sawicki





07Diana Ross

Okej, wypada chyba zaznaczyć, że już zeszłoroczne single tego młodziutkiego soulowego tria ze stajni Motown zdradzały drzemiący gdzieś tam głęboko potencjał, ale dopiero świeżutki "Where Did Our Love Go" totalnie rozwala mnie w tym momencie na łopatki. Śmiem zaryzykować jednak stwierdzenie, że elementem decydującym o niespotykanej miodności najnowszego kawałka Supremes nie są jakkolwiek wybitne songwriterskie zdolności braci Holland i Lamonta Doziera (a w tym innowacyjne patenty rytmiczne – foot stomping – doznałem!), lecz wokalny performans niejakiej Diany Ross. Jak widać, nieco kontrowersyjna decyzja Berry Gordy'ego o przyznaniu panience zaszczytnej pozycji wokalu prowadzącego okazuje się prawdziwym strzałem w dziesiątkę; nie pamiętam wręcz kiedy ostatni raz dane mi było usłyszeć tak wielce intrygujący głos wśród piosenkarek młodego pokolenia. Barwa Diany jest wyjątkowo ciepła, jasna i pozytywna, niewątpliwie wprowadzając element popowy w wokalną korespondencję tria; równocześnie, sopran którym tak wdzięcznie się posługuje zdradza niespotykaną moc i obezwładniającą sensualność, by w efekcie uczynić z jej głosu zniewalająco uwodzicielski instrument – równie zwiewny jak i wyrafinowany. Daleko mi do wygłaszania pseudo-proroczych klisz, ale trudno powstrzymać się od wrażenia, że z czasem ten głos może przeobrazić się w coś większego od samych Supremes, a panna Ross ma całkiem spore zadatki na hmm, gwiazdę. Tylko pamiętajcie, że Porcys pisał o niej pierwszy! –Patryk Mrozek





06Billie Holiday

Gdyby nie Billie, gdzie byśmy dzisiaj byli? –Piotr Piechota





05Kate Bush

Oddzielić refleksyjno-baśniową postać Kate Bush (jasne, że nie wypada napisać samego "Kate") od jej głosu to nie lada zadanie. Ale zamknijmy oczy, ściśnijmy czoło i spróbujmy. Nazwanie tego co nosi w sobie ta pani "instrumentem", choć semantycznie prawidłowe, zakrawałoby jednak na obrazę. Już bardziej rzeczywistość oddałoby słowo "orkiestra". Buszując (hi hi) po pojedynczych piosenkach artystki, natrafimy na śnieżnobiałą grację w zwrotkach, ale i na potężne odzewy demiurga w refrenach. Rozglądanie się zaś za nagraniami na żywo doprowadzi do tego, że najpierw onieśmieli stuprocentowa skuteczność w czystym interweniowaniu pod bramkami po obu stronach skali, po czym z letargu do życia ponownie przywoła nietuzinkowość barwy głosu naszej bohaterki, której to współcześnie pod tym względem może się równać chyba tylko Joanna Newsom. Zrozumiem jednak, jeśli parskniecie brechtem na to porównanie, bo czy w ogóle da się kogokolwiek porównać do Kate Bush? –Jędrzej Michalak





04Björk

To możemy umieścic Thoma Yorke'a na liście? Yyy... nie możemy? No dobrze, ta druga dziwna też może być. Björk, obok wokalisty Radiohead, była czołową syreną lat 90., tak jak on i jego zespół wprowadziła eksperymenty, awangardę i ogólną dziwność na salony (na których wręczano nagrody "Q") i tak jak on, może służyć za ikonę białego śpiewania – nie nawiązującego do czarnych mistrzów muzyki rozrywkowej i jednocześnie nie mającego nic wspólnego z faszystowskim świdrowaniem uszu Céline Dion. Kiedy wreszcie Björk i Yorke połączyli siły w "I've Seen It All" niebiosa się otwarły.

Podczas koncertów Björk też zdarzają się cuda – widziałem ją dwa razy na żywo, na scenie organizowane jest epickie show z efektami ze szkoły U2, ale wokalistka przecina się swoim niesamowitym sopranem przez to całe gówno i dotyka bezpośrednio (podobno to nimfomanka!) każdego obecnego. "Hyperballad" nie powinno dać się zaśpiewać – trzeba usłyszeć, żeby uwierzyć. –Łukasz Konatowicz





03Ella Fitzgerald

Nie każdego klasyka jestem w stanie pokochać. Mogę klękać przed talentem Billie Holiday, ale pewnie szczerego uwielbienia ode mnie się nie doczeka. Nigdy nie miałem jednak takiego problemu z Fitzgerald, moim zdaniem niekochanie jej jest psychicznie i fizycznie zwyczajnie niemożliwe. Wokalistki naprawdę muszą mieć tupet, kiedy wymieniają Ellę Fitzgerald jako artystkę, która miała ogromny wpływ na ich twórczość i wokal. Wiecie, kto tak mówi? Pieprzona Katie Melua. Ja bym się wstydził śpiewać, gdybym był wokalistką i aspirował do miana wokalistki jazzowej, a już szczególnie dobrej. To są takie momenty, kiedy powininno się odczuwać swoją małość. Siła trójoktawowego głosu, absolutnie perfekcyjna dykcja, dzięki której z łatwością rozumie się każde słowo, bezbłędna intonacja i frazowanie, najbardziej rozwalające scaty, a na koncie między innymi pewnie najlepsze wykonania Great American Songbook. Jej umiejętności i technika, rozwijająca i zmieniająca się przez lata, nigdy jednak nie wzięły góry nad zdolnością niesamowitej interpretacji. Niejednokrotnie Ella zaznaczała, że nie istnieje dla niej podział na piosenkę i jej interpretację, więc jej wykonania porażają elokwencją. Znaleźli się jednak też tacy, którzy wytykali jej braki. First Lady of Song nie jest w stanie brzmieć naprawdę smutno, a sama nie za dobrze czuła się w bluesie. Kto z was naprawdę woli jakikolwiek smęt od dziewczęcego głosu o niesamowitej barwie i wielkiej sile, ale jednak lekkiego i radosnego, z pewnością potrafiącego przekazać wszystkie potrzebne do życia emocje? No właśnie. –Kamil Babacz





02Aretha Franklin

W zasadzie powinienem w tym momencie wybuchnąć jak podniecony Darek Szpakowski komentujący czwórkę podwójną, wrzeszcząc "terminatorzy i dominatorzy!". Racja, mieliśmy abstrahować od poziomu twórczości, znaczenia, legendarności. Tylko nie wiem czy w tym wypadku to możliwe – no bo przecież Franklin swoimi partiami wokalnymi zamyka w pomnik, czarno-biały obrazek pewien przełomowy etap historii afroamerykańskiej muzyki albo i szerzej, murzyńskiej drogi. Jej narracje często prowadzą od bluesowego w wyrazie umęczenia czy żarliwych modlitw gospel, do dumnego, wyemancypowanego soulu spod znaku "I'm black and I'm proud" (próbkę takiej narracji napotkacie choćby w tytułowym słynnego Young, Gifted And Black). Ta pani potrafi w obrębie utworu uśpić wytrawnym, lirycznym kołysaniem w typie Marvina Gaye'a i za chwilę wybuchnąć z sensualnością Jamesa Browna, tak manipulując słuchaczem, by ten w każdym momencie, emocjonalnie znajdował się dokładnie w tym samym miejscu. A więc jest wielka, JEST, mamy ZŁOTY MEDAL! A jednak nie. –Michał Zagroba





01Elisabeth Fraser

Miałem siedem lat, gdy zapuściłem sobie kasetę z Treasure i pani, którą usłyszałem, uczyniła spustoszenie w moim świecie początkującego melomana. Mijały lata, a w międzyczasie poznałem na własnych uszach, że cały dorobek Cocteau Twins obfituje w iście spektakularne momenty wokalistycznej akrobatyki tej kobiety, aczkolwiek zawsze spełniające postulat priorytetu sztuki nad rzemiosłem, treści nad formą, natchnienia nad techniką, ducha nad materią, "być" nad "mieć", miłości nad pieniędzmi, etc. Gdy w ogólniaku znajomi pokazali mi trip-hop, w przeciwieństwie do nich wiedziałem kim jest ta panna od trzech perełek na Mezzanine. "Czarne Mleko", kojarzysz Borys, wykurwiste. Kojarzę, wykurwiste, ale czy kojarzysz tę laskę na mikrofonie, wykurwista jak zawsze. JAK ZAWSZE. Co jak zawsze, co jak zawsze. Mijały lata, a międzyczasie skumałem, że nikt nie potrafił, w kategorii śpiewania, nawet zbliżyć się do jej poziomu.

W jakimś sensie to trochę wokalny odpowiednik Coltrane'a: mogłaby na spontanie zaśpiewać WSZYSTKO, ale interesowało ją coś zupełnie osobnego – stopniowe udoskonalanie swojego unikatowego medium i ambitne próby przeniesienia (z pomocą głosu) języka muzycznego na wyższy poziom odbioru. To właśnie odróżnia ją od reszty śpiewaczek naszego globu, w tym wszystkich wybitnych postaci z miejsc 2-50: metafizyka. Miejsca 2-50 to są Dzieje Sześciu Pojęć Tatarkiewicza, miejsce 1 to ostatnie zdanie z tego traktatu Wittgensteina. Nie lubię (przeważnie) słów w muzyce; słowa to nie jest muzyka. Po co przecież słowa? Bo niegdyś w podstawówce pewien luzacki, zawadiacki, "bossowski" (postać instytucji "bossów" w czasach podstawówki, postać gdzie dziś są te bossy, zresztą z liceum też w sumie) kolega przekonywał mnie, niewinnego kulturalnego chłopca, że jeśli nie widziałem Pameli Anderson nago w "Playboyu", to "nie żyłem". I mogłem mu wtedy odpowiedzieć, że jeśli nie słyszał jak Liz Fraser śpiewa, to on dopiero "nie żył". Ale zamiast tego zamilkłem. –Borys Dejnarowicz




#50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01   

Listy indywidualne

BIEŻĄCE
DrakeCare Package
FKA twigs / FKA twigs feat. Future"Cellophane" / "Holy Terrain"