SPECJALNE - Artykuł

50 najlepszych wokalistek wszech czasów

8 marca 2009



40Julee Cruise

Kultowy serial Miasteczko Twin Peaks jest kultowy z dwóch powodów. Jednym jest oczywiście Lynch i jego chory scenariusz. Tyle, że sama tragiczna historia Laury Palmer prawdopodobnie nie robiłaby na nas takiego wrażenia gdyby nie niesamowity klimat, stworzony przez Angelo Badalamentiego i jego muzykę. Współpraca (między innymi teksty i produkcja) tegoż z Julee Cruise nad jej debiutanckim albumem Floating into the Night, o którym pisał Piotrek w Nutach Dźwiękach 2007, zaowocowała takimi perełkami jak "Into The Night" czy "Falling" (oba znalazły się na serialowym soundtracku), gdzie elegancko krocząca kompozycja prześlicznie zlewa się z anielskim głosem Cruise (I mówiąc "anielski", mam na myśli "anielski", a nie że jakieś bliźniaczki z Múm). Warto wspomnieć, że Julee współpracowała również z niemieckim Pluramonem przy shoegaze'owych Dreams Top Rock i Monstrous Surplus. Jednak to Badalamenti potrafił wydobyć to, co w jej wokalu najlepsze – czyli inklinacje do hipnozująco-sennego unoszenia się ponad keybordowymi chmurami. Wspaniały singiel "Falling" to najbardziej znany i powszechnie uznany dream-popowy utwor Cruise, ja jednak zdecydowałem się zaprezentować niemniej magiczny closer jej debiutu, czyli "The World Spins", który nawiasem mówiąc został wykorzystany do innego filmu. Anyway, there you go... –Paweł Greczyn





39Meredith Monk

To prawdziwa kobieta renesensu, która przez czterdzieści ostatnich lat szeroko realizowała się między innymi na polu muzyki, filmu, choreografii i teatru. Meredith jako wybitna wokalistka awangardowa odrzuciła cały dorobek kultury na polu wokalistyki, próbując wrócić do samych początków artystycznego wykorzystania głosu. Głos zamienia w wielobarwny instrument, dla którego prawie nie istnieją granice wyrazu. W swoich utworach właściwie nie potrzebuje brzmień innych instrumentów i często z nich nie korzysta albo ich użycie jest minimalne. Meredith, w której muzyce słowa właściwie nie istnieją, a jeśli się pojawiają, to nigdy nie mają warstwy znaczeniowej, próbuje wypełnić pustkę pojawiającą się zawsze między emocjami, a słowami, które próbują je nazywać. Tworzy całkiem nowy, niezwykle bogaty język, którym jest w stanie wirtuozersko oddać wszystkie emocje, pejzaże i faktury. Głos jest dla niej podstawowym muzycznym językiem, który ma wyrazić wybrany, możliwie "najpiękniejszy kolor pieśni". Asortyment, którym może się w tym celu posłużyć, ma naprawdę przeogromny: skakanie po rejestrach, jęki, gwizdy, oddechy, szepty, urywanie głosu, zawodzenia i mnóstwo innych środków, które ciężko jest mi nazwać. Słowa naprawdę obnażają swoją ubogość przy kontakcie z głosem Meredith. Zastanawia mnie czasem, czy człowiek jest w stanie myśleć bez użycia słów, w sposób najbardziej możliwie elementarny. Słuchanie Meredith w pewien sposób daje odpowiedź – jej muzyka nie jest wirtuozerskim działaniem beztreściowym, jest właściwie próbą najgłębszej ekspresji. Monk stara się maksymalnie oddalić granicę wyrazu i pewnie powoduje to, że dla dużej ilości ludzi kontakt z Meredith kończy się szybko, innych jednak powinna zachwycić odwaga, wyobraźnia, niesamowita wrażliwość i prekursorstwo jej dokonań. –Kamil Babacz





38Karen Carpenter

Słyszałem kiedyś, że po rusku nie ma pojedynczego wyrazu odpowiadającego naszemu "kac", a także "dobrobyt". Ciekawostka, jeśli w ogóle prawdziwa, trafia celnie w nasze wyobrażenia, brzmi naturalnie i logicznie. Gdyby Karen była postacią reprezentatywną dla jakiejś społeczności, to idę o zakład, że słowo "fałsz" nie zostałoby tam nawet wymyślone. Traf chciał, że owo verbum nie ma tak jednoznacznie zdeterminowanego kontekstu i to się akurat szczęśliwie składa. Oczywiście głos. Potężny (czterooktawowy, jeśli kogoś jara taka informacja), czysty i nigdy w historii nie przyłapany na najmniejszej wpadce. Prosty w formie, stroniący od wszelakich technicznych "sztuczek", delikatny, zawsze prawdziwy i nieznośnie lekki. Dzień za dniem te same dni, te same sny zostawiające piętno, podobnie jak wyniszczająca (zbyt długo) duszę i ciało, anoreksja. Karen śpiewała całym sercem i choć kiedy uśmiechnięta zasuwa "Please Mr. Postman" czy "Top Of The World" nie lecimy podsmażyć na patelni tłuczonego szkła, to gdzieś tam pod skórą czai się już smutek i to taki najgorszy, bo równie namacalny, co niezbywalny i beznadziejny. Nosiła go w sobie i chcąc nie chcąc, dzieliła się nim ze światem, najsubtelniej jak się da, tylko co z tego, skoro szczerość często tak bardzo boli. "I know I ask perfection of a quite imperfect world / And fool enough to think that's what I'll find". I choć to raczej banał, przypomnę młodzieży, że Close To You to jeden z albumów wszech czasów, w głównej mierze właśnie za sprawą głosu Karen, mojej MVV ever.

PS: Wklejony link jest jakiś taki nieoklikany, ale daje radę jak wszystkie Carpentersonowskie klasyki. –Jacek Kinowski





37Mary J Blige

Jeśli pozornie wielki wokal nie jest tak wielki jak mogłoby się na płycie wydawać, to na żywo niechybnie wychodzi szydło i obnaża wszelką mizerię. Przecząc sobie, powiem, że Mary J Blige nie budzi zachwytu live, przynajmniej nie taki, żeby kapcie z nóg spadały. Raczej unika wyższych rejestrów, a nawet największe wzloty jawią się odrobinkę zachowawczymi. Wiadomo, śpiewa czyściutko, no ale w końcu na krzywy ryj się na taką listę nie załapiesz. I kto wie, może ma rację, w sumie po cholerę zarzynać narzędzie pracy dla zblazowanej branżki i menadżerów w garniakach na imprezach MTV, Grammy etc. Studyjnie to trochę inna historia. Blige jest absolutną mistrzynią cichej dramaturgii, zamiast walić puste popisy na szosie, w przeciągłych wokalizach nadaje głosowi lekkiego drgania. Na tle innych współczesnych i prawie-współczesnych mainstreamowych diw, Blige sprawia wrażenie relatywnie inteligentnej, w sensie artystycznym. Jak Aguilera zaczyna wyć to jest to dla mnie sztuka dla sztuki. Carey ma skalę niesamowitą (pięć oktaw?), ale kiedy odlatuje w najwyższe nuty, to myślę sobie – spoko, tylko po co? Houston skalę rozciąga też masakrycznie, ale, kamon, nuda wokaliz Whitney Houston... Wolę Blige i jej lekko zakamuflowaną pasję wzorem Anity Baker. Melancholijnie obolały refren "Can't Knock The Hustle" to już legenda i ciary. –Michał Zagroba





36Ciara

Ale co wyperawia ta dziewcyzna jabky, abbsoltututut, czlwoeeeeku. Jej gols cozoeeeku, postac jej glosus, doznaleme. Jakis miod czy co kurwaaa? WTF OMG mioduuuuuu. Normalnie miodu ttlylko nie wieeem cyz gryzacnego czy spazodiozwego czy lipwoeego czy wleiwiekowlaowietaotowy cxzy hcuj wieee coo. Czeku. Czeeeku. Czoeeekeu. Midood na mojee uzsyyy, glos na mojje garldlo. Tfuu. Tfyffuuf. Ze cos CRUSH ze C = I love the cool in ya HAHAHAH ale nie najlepzsee hehee loool EJDŻ = AGATA (hihihih) HEW JA, ziooom. I kuwrwaaa, postac tekstu ze cos tam I love me some youuuu (!! )$#)$(*) absoslluuut. Albo na a a a a, na a a a a, ze sie wcale nie zkajcochala, jołł. SOOO COOOL SOOO SEEEXXXYYYY... Ja taaaaam wooleeee takieeee mlooddeeee eeeee z pooodstaawwwowowki (23 lata!). Coraz ciezzej wyrwac jakas wokaliskte dobra na miecsie. Ustawww mi randkdkeee z Ciarrraaaaa rozumsiz? Randke z Ciaraaaa, skombinuj jakksis meleananznz albo coo. Super C, nie wiie, jakies imporeeezy melanzee browaary wisnoiwka i absolut (waniliowy, smakwowy). Soryyyy najabelem sei. –Borys Dejnarowicz





35Sarah Cracknell

Sarah Cracknell należy do tej grupy wyróżnionych w tym podsumowaniu, na które nieco trudniej trafić. Po pierwsze, niektórym Saint Etienne może się mylić z St. Germain – i tę grupę zapraszamy do wyjścia, korytarzem i w prawo. Po drugie, nawet jeśli znasz już albumy grupy, niekoniecznie to właśnie wokal rzuci się w uszy. Z przyczyny technicznej, albowiem zazwyczaj schowany jest on gdzieś nieco z boku, ale i z przyczyny głębszej – głos Sary sam w sobie, osobno, jest ilustracją tego wszystkiego, w co wciągają nas krążki tria. Tam gdzie dyskoteka (ale ta z początku lat dziewięćdziesiątych) spotyka się z indie – tam właśnie rezyduje Sarah i rozdaje karty, śpiewając leciutko i ładniutko, niemal plastikowo, ale wciąż hipnotyzująco. I mam wrażenie, że tym razem jest to wyłącznie kwestia biologiczna i dobrego trafu – bo jej technikę czy skalę można podsumować wzruszeniem ramion, zwłaszcza w tym towarzystwie. Mimo to, a może właśnie dlatego, ukłute już określenie "Kylie niezalu" rzeczywiście pasuje jak ulał, i co mi pan zrobi. –Jędrzej Michalak





34Grace Jones

Każdy się czegoś bał w dzieciństwie, niektórzy Buki z Muminków, inni Józefa Oleksego. Mnie zawsze przerażała Grace Jones. Niecodzienny wygląd (to celowe niedopowiedzenie) zawsze kontrastował u niej w sposób nadzwyczajny z niezwykle niskim, matowym głosem. Wszystkie te elementy sprawiły, ze Grace szybko stała się jedną z ikon współczesnej popkultury. Jak dla mnie pewną definicję stylu artystki stanowi ta słynna scena tańca we Franticu Polanskiego, która okraszona highlightem z jej dyskografii ("Strange") jest jedną z bardziej charakterystycznych w historii kina.

Oczywiście, są gusta i guściki i pewnie wielu nie może zrozumieć czemu Jones ze swoim głębokim kontraltem próbowała kiedyś sił w nurcie disco. Bądźmy szczerzy – z takim głosem w tamtych czasach nie miała zbyt wielkich szans i dobrze, że porzuciła ten pomysł na rzecz bardziej wyważonego repertuaru. Współpraca z Trevorem Hornem zaowocowala kilkoma naprawdę intrygującymi piosenkami, bo Brytyjczyk starał się szerzej wykorzystać niecodzienny timbre Jones na różne sposoby. Mimo wszystko, nawet w świetle względnie udanego powrotu Grace w ubiegłym roku, nie mogę odżałować, że częściej nie wykorzystywano jej niesamowitego potencjału. Za kilka lat pewnie utrwali się przekonanie, ze to autorka jednego hitu, ale trzeba pamiętać, że to niezwykle krzywdzące dla Grace Jones stwierdzenie. –Kacper Bartosiak





33Stevie Nicks

Weźmy pierwsze z brzegu wykonanie "Dreams" na YouTube. Stevie Nicks nie robi niczego szczególnego ze swoim głosem, nie jest to żadne cudowne śpiewanie. I otóż nagle, co się do diabła stało? Wtem Nicks bez wysiłku robi sobie szybką wycieczkę w górę skali i jasne staje się, dlaczego biedna Christine McVie była skazana na permanentne pozostawanie w cieniu. Ta kobieta była w stanie zamanifestować swoją niemałą siłę charakteru (za Wikipedią: "Nicks claimed that Buckingham almost killed her after she violently rejected Buckingham's decision to leave the band. After Buckingham chased her through the house and out onto the street and, according to Mick Fleetwood in his disputed autobiography, threw her against a car and tried to strangle her, Nicks warned him that if he killed her and none of the other band members came to get him, her brother Christopher and father Jess would murder him") poprzez śpiew, nie zdradzając jakiegokolwiek uniesienia emocjonalnego. –Łukasz Konatowicz





32Beth Hirsch

W powieści Latające Psy Marcel Beyer, prozaik, ale i krytyk literacki, stworzył model zdefiniowanej przez siebie "powieści akustycznej". Pomijając fakt, że mam inne wyobrażenie "powieści akustycznej", w które dobrze zresztą wpasowałaby się "nasza bohaterka", przytoczę kilka cytatów: "Ciekawym doświadczeniem jest też poznawanie głosu najpierw tylko przez telefon, by słuchając, uzupełnić go w wyobraźni ciałem, a dopiero potem spotkać jego nosiciela i wytwór własnej imaginacji skonfrontować z rzeczywistością".

Banał. Ale z Beth Hirsch kilka lat temu miałem tak, że wbiła mi się do głowy jako ta ciut niedorozwinięta panna ze ściśniętym gardłem z teledysku do "All I Need". Co by nawet pasowało do kojącego tembru Beth. Niestety, wokalistka wygląda ze swoimi nieco kanciastymi rysami jak miks Barbry Straisand i Celine Dion (to się wydarzyło naprawdę!), albo widziałem złe zdjęcia. Dalej Beyer opisuje jednak głos Beth, dosłownie: "Na tym świecie tylko nieliczne głosy wolne są od blizn lub, inaczej mówiąc, są poprzecinane delikatnymi, miękkimi żyłkami. Nic dziwnego, że to nieuchwytne coś, nazywane duszą, lokalizowane bywa w ludzkim głosie. Uformowany oddech, tchnienie: to, co stanowi o człowieczeństwie".

Wciskający się między niewielkie przestrzenie między tekturowymi domkami głos Beth oprócz swojej kruchości czy też rozlewności wydaje się być najmniej skalanym bruzdami głosem w dziejach. Pokłady seksowności na dodatek sprawiają, że "za oknem jest już noc, świecą gwiazdy". Dlaczego ta kobieta od tylu lat marnuję się w graniu jakichś folkowych nucanek. Liczę na wielki powrót do kolaboracji z Francuzami. I can hardly wait, Betty. –Łukasz Łachecki

–Łukasz Łachecki



31Sarah Vaughan

To jeden z tych głosów, którymi można śpiewać o czeczeńskich gruszkach, a i tak oczaruje się każdego. Uważany za jeden z najwspanialszych wokali XX wieku, kontralt operujący na pełnych czterech oktawach. Sassy wiedziała jak ten unikatowy głos w pełni kontrolować, płynnie przechodząc od ciepłego, delikatnego śpiewu aż po gardłowe charczenie, zależnie od woli. W jej przypadku struny głosowe naprawdę były instrumentem, a ona była jego wirtuozem. Powszechnie uważano ją za wokalistkę jazzową, choć sama odcinała się od tej etykietki unikając jednoznacznych powiązań z konkretnym gatunkiem. Wydała ponad sześćdziesiąt albumów. Prywatnie kobieta-paradoks. Trzy nieudane małżeństwa i wspaniałe, wieloletnie przyjaźnie z mężczyznami. Cicha i spokojna wśród obcych, dusza towarzystwa wśród znajomych. Do końca życia borykała się z tremą, mimo setek zagranych koncertów. Słuchając jej głosu człowiek wie, że ona nigdy nie zafałszuje, że trafi zawsze i w każdych warunkach dokładnie w tę nutę, w którą chciała trafić. Oklaski. –Bartosz Ryt




#50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01   

Listy indywidualne

BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie