SPECJALNE - Artykuł

40 najlepszych produkcji Neptunes

21 kwietnia 2006



40 najlepszych produkcji Neptunes

O tym, że Pharrell Williams i Chad Hugo konstytuują bodaj najbardziej spektakularny duet producencki w muzyce popularnej ostatnich kilku lat wie chyba każde dziecko. Ale nie natrafiłem jeszcze na feature reasumujący i hierarchizujący śmietankę ich dokonań, na próbę wartościującego usystematyzowania ich dorobku. A nawet jeśli kiepsko szukałem i nie jestem pionierem, to wiarygodność niniejszemu artykułowi na pewno nadaje uderzająca rozbieżność opinii w temacie. Wielu zarzucało Neptunes, że na pewnym etapie działalności zaczęli się powtarzać i każdy ich podkład brzmiał identycznie, według powtarzanej na okrągło formuły, przypominającej wręcz chemiczny wzór. A jednak wśród oszałamiającej (oscylującej zdaje się wokół pół tysiąca) ilości skomponowanych podkładów autorstwa tych gostków odnaleźć można rzeczy na tyle różnorodne klimatem, iż ich ostateczna kulturowa percepcja pozostaje otwarta: każdy lubi Neptunes za co innego i z czym innym ich kojarzy. Co tylko potwierdza chyba sens w publikowaniu takich podsumowań.

Ustalmy zatem, że nie serwuję tu definitywnego guide'u do dorobku Neptunes, tylko prywatny, wręcz osobisty ranking ich "najładniejszych" dokonań – bliski jak sądzę domniemanemu kanonowi Neptunes z perspektywy słuchaczy niezal i popu. Z mojego punktu widzenia, eksperymenty i avant-commercial zostawmy Timbalandowi i podobnym freakom; Neptunes dla mnie = mega-wyczucie melodii, wyrafinowanie uniwersalnie przyswajalnych harmonii i atmosfera delikatnego, namacalnego ciepła. A wypominany im recykling własnych patentów i nadprodukcja są kluczowym elementem ich artystycznego wizerunku. Nie czas i miejsce na wstawki autobiograficzne, ale najfajniejsze osiągnięcia Neptunes zawsze nieodparcie kojarzą mi się z beztroskim czasem spędzanym z moją lubą – słuchanie płyt Jay-Z i Kelis na zimowym urlopie we dwoje, oglądanie w MTV clipów Pharrella i koncertu Snoopa, wakacyjny relaks... Muzyka ta potrafi zaczarować zmysłową chwilę i pozwala zapomnieć że paru złych ludzi z dalekich krajów planuje pozbawić nas wszystkich życia. (Naprawdę chcę już wakacji, bo można się zajebać.)

I jeszcze parę słów odnośnie kwestii technicznych. Czemu 40 pozycji? Cóż, wybierałem ze stosów poznanych przez lata tracków i naturalnie musiałem określić granicę, gdzie fascynacja zmienia się w docenianie i podziw dla detali, lecz bez szczerego, fizycznego, spontanicznego zachwytu. Zatem wszystkie opisywane poniżej numery to dla mnie maksymalne killery i nieco przyoszczędziłem im na komplementach. Skupiłem się raczej na analizie dźwiękowej, natomiast tu także należy się zdanie objaśnienia. To nie jest lista najlepszych kawałków przy których pracowali Neptunes sporządzona na podstawie walorów kompozycyjnych, gdyż często za songwriting i linie wokalne odpowiedzialni są sami wykonawcy. Dlatego kryterium stanowił wkład Pharrella i Chada – jeśli napisali hooka, punkty dla nich; jeżeli ktoś postronny – oceniałem ich skillsy/sztuczki realizatorskie i aranżacyjne. Stąd pominąłem również remixy, czyli przypadki żerowania na przemeblowaniu cudzych idei (na marginesie – moje typy w tej kategorii to Air i Daft Punk). Postanowiłem też nie dołączać do opisów adnotacji "feat. Pharrell", bo to rozumie się samo przez się, oraz wzmianek typu "Prince'owy", "a la Prince" tudzież "w stylu Prince'a", bo – jak powszechnie wiadomo – bez wpływu Prince'a nasi dzisiejsi bohaterowie by zwyczajnie nie istnieli. Tyle tytułem wstępu; let's get it started.


40 Noreaga feat. Tammy Lucas, "Superthug (What What)" (N.O.R.E., 1998)
Dwa ekscerpty z solowego debiutu byłego członka formacji C-N-N (jej poszczególne numery rejestrował zresztą potem na własną rękę) produkowali Neptunes, w tym ten oto właśnie drugi singiel, dzięki któremu w obiegu rapowego światka zaczęła w funkcjonować fraza "what what", odtąd wiązana z osobą Victora Santiago. Pan Santiago miał z kolei pecha, ponieważ jego poprzedni label Tommy Boy posiada prawa do nicka "Noreaga" i teraz MC musi się posługiwać zamiennikiem "N.O.R.E.". Najwyraźniej stary pseudonim służył mu lepiej, bo nigdy później nie dobił już do platyny. To jest typ złowrogiego, brzęczącego motywiku opartego o półtonową progresję, wiedzionego hałasem śmigła helikoptera, złagodzonego odległym zawodzeniem dziewczęcia i okraszonego dość chaotyczną, agresywną i beztreściową nawijką.

39 Babyface, "There She Goes" (Face To Face, 2001)
Wstawka Snoopa z "Signs"! Pełni tu rolę refrenu. Nie dewaluuje to w moich oczach "Signs", aczkolwiek nieźle się zdziwiłem, gdy jakiś czas temu usłyszałem tę zależność. Za oczywistość należy uznać jak falsetto pasuje do estetyki Neptunków, ale tu dochodzi jeszcze siatka harmonii w chorusie, poszerzająca kontekst. Ogólnie, wypada to jak mniej wypolerowany i słabiej wypieszczony w miksie Justin (dokładnie "Last Night"). "There She Goes" dotarło tylko do #10 w amerykańskich chartsach – lud musiał dopiero usłyszeć alternatywny wers "Don't think about it / Boy leave her alone" z ust Dogga, by należycie docenić zalety tej melodii.

38 N'Sync, "Girlfriend" (Celebrity, 2001)
A skoro o Justinie mowa, to meanwhile, w tym samym roku doszło do jego pierwszego spotkania z Neptunes. Williams i Hugo zrobili N'Sync jeden kawałek na ostatniej (jak dotąd – nie wykluczajmy triumfalnego powrotu) płycie boysbandu. Mike recenzując krążek nie wspomniał "Girlfriend". Spoko, mnie tu intryguje dziwna ambiwalencja: akustyczny, drapany riffik (znów, klasycznie, półtonowy zjazd) akustyka kłóci się pozornie z wokalnym performance'm zahaczającym o standardową imitację nastoletniego soul croonu. Wisienkę na torcie gra zaś orientalizujący jingiel w refrenie. Wrażenie zostaje dezorientujące – próba nadania odrobinę chorego wymiaru pozornie miałkiej i przewidywalnej chłopięcej śpiewce. Suma składników wystarcza.

37 TI feat. Beenie Man, "I'm Serious" (I'm Serious, 2001)
Charakterystyczne "za-ga-za" Beenie Mana, którym epatuje za każdym razem gdy stoi przed mikrofonem, pojawi się jeszcze w naszym zestawieniu i to nie raz. Za TI nie przepadam, natomiast ten tytułowy fragment jego debiutu... Kiedy fani opowiadają, że Neptunes kreują soniczne hologramy sci-fi-hopu i potrafią samymi barwami instrumentów przedstawić widok oddalającej się planety z pokładu statku kosmicznego – takich właśnie argumentów używają na poparcie tezy. Fart-bass, elektroniczna dioda na wysokich tonach i coś w rodzaju przelewającej się fali metalicznie rezonującej biżuterii skutecznie odwracają uwagę od emcee.

36 Fabolous, "Young'n (Holla Back)" (Ghetto Fabolous, 2001)
Jeżeli TI zwykł być nazywany "Jay-Z Południa" (wtf?), to Fabolousa klasyfikowano czasem jako "Nasa dla ubogich" (też pochodzi z Brooklynu). Spoko, ale znów na ratunek podąża z początku nerwowo tętniący beat – z obowiązkowo ucinaną synth-guitar, pacnięciami basu i pamiętnym dzwonkiem z komórki. I kiedy się już wydaje, że skądinąd wciągający, ale na wskroś monotonny wątek zahipnotyzuje nas na śmierć, w połowie wkracza kompletnie inny podkład, w zwolnionym tempie. Leniwej, trącanej od niechcenia reggae gitarce towarzyszą lekko przesterowane, niskie, pojedyncze klawisze pianina. I nagle urwanie.

35 Mariah Carey feat. Nelly, "To The Floor" (The Emancipation Of Mimi, 2005)
Busta miał potem hit z Mariah na wokalu. O tym, że ostatni LP był przypuszczalnie jej najambitniejszym dziełem w karierze już raz alarmowałem. Interesująco prezentuje się tu zabieg na zasadzie – "wiemy, że Carey ma super skalę i możliwości, więc z przekory wpierw umieścimy ją blisko mic'a, z nosowym niemal nuceniem w oktawie, co da efekt klaustrofobiczny". Zwykłe drażnienie się z odbiorcą, by stopniowo rozkwitać w stronę pełnego wypasu. Aż dopiero w finale diva zażyczyła sobie zapiszczeć w swojej, natychmiast rozpoznawalnej manierze. Dobór środków ten co zwykle: cięta gitarka, tłuste pasmo syntezatorów i chromatyczne zmiany w basie – klasyka w sumie. Atencję przykuwają starannie nastrojone, egzotyczne bębenki.

34 Cee-Lo, "Let's Stay Together" (Cee-Lo Green... Is The Soul Machine, 2004)
Chłopaki przygotowali dwa numery na przebojowy sofomor Cee-Lo. Ten drugi, "The Art Of Noise", porywa mniej, bo choć stosuje żywe bębny, to w rezultacie kończy jak w miarę tradycyjny "dynamiczny" track Neptunes. Tu dzieją się historie mniej stereotypowe. Podmuchy digitalnej quasi-harmoszki tkają tło dla przewodniej partii Fender Piano, a wokale poukładano na różnych poziomach głośności, z leadem w postaci przekonującego jęku Cee-Lo. Na papierze wygląda może zwyczajnie; w praktyce całość podejrzanie wiruje i osiąga stan kontrolowanej schizki, jeśli takową rozważamy w ogóle na letnim albumie r&b. Kolorowe.

33 Philly's Most Wanted, "Cross The Border" (Get Down Or Lay Down, 2001)
Można się wkurzać, że ten powielany w męskiej i żeńskiej wersji lejtmotif wkurwia ostro po bandzie, ale wskażcie mi naturalniejszą symbiozę flamenco i hip-hopu? This too is some cool summer shit.

32 Britney Spears, "Boys" (Britney, 2001)
Kawałek, który w znacznej mierze wywindował Neptunes do ogólnoświatowej sławy, należy absurdalnie do najmniej interesujących ich dokonań. Mowa o przereklamowanym, męczącym "I'm A Slave For You". Od tamtego hitu wolę "Boys" (podchodzi z tego samego krążka). Konstrukcyjnie, to trochę prekursor "Like I Love You" Timberlake'a – płciowe napięcie dominuje, ale w 2/3 trwania wkrada się miły, optymistyczny mostek, by po chwili zniknąć dla dalszej dramaturgii. Forma zostanie dopracowania ledwie rok później. Aaa, Brit śmiesznie wypada ze swoim "Boys / Sometimes a girl just needs one" i coś że "I get nasty". Sorawa, dla mnie komiczne.

31 Snoop Dogg feat. Keyshia Cole, "Let's Get Blown" (Rhythm & Gangsta: The Masterpiece, 2004)
Złośliwi prawdopodobnie drapią się w tej chwili po głowie i zapytują szyderczo – "co do cholery w towarzystwie produkcyjnych majstersztyków robi ten płaski, schematyczny i banalny beat?". Racja, it ain't hardcore, ale "Let's Get Blown" reprezentuje na tej liście masę numerów, które nie przygniatając do ziemi skalą wykorzystanych sound effects nadal kołyszą i emanują serdecznością, jakiej próżno szukać gdzie indziej. A to też umiejętność. Basik funkuje subtelnie, piano to się rozmywa, to kształtuje w kanciaste wbrew pozorom uderzenia i Keyshia wymienia w refrenie cukierkowe zdania z Pharrellem. Właściwie to rozmawiamy o popołudniowej balladce, jakich na R&G tkwi mnóstwo, a antycypował ten trend singiel "Beautiful", wydany dwa lata przedtem.

30 Ludacris, "Southern Hospitality" (Back For The First Time, 2000)
Jeden z mroczniejszych bitów Neptunes, które stały się słynne, "Southern Hospitality" udanie balansuje na barierze urzekającej melodyjności (piszczałka typu "indianie pod Domami Centrum" w prawym kanale) i ekscytującej szorstkości (zjeżdżające bzyki klawiszy, celowo wypuszczony na centralny plan głośny rap oraz kapitalnie zdeformowany, szeleszczący talerz na reverbie w kanale lewym – w pewnym momencie cichnący, co zostawia impresję czystości i selektywności). Razem działa to trochę jak zespół naczyń połączonych – jeden element zależy od drugiego i dopełniają się na zasadzie "kratowej". Gdy Luda się wycofuje, podkład paradoksalnie wywołuje sugestię zamyślonego i sentymentalnego, mimo bycia tight i focused.

29 Justin Timberlake, "Like I Love You" (Justified, 2002)
Nasi dwaj bogowie morskiej piany widocznie polubili się z byłym gwiazdorem "Mickey Mouse Show", bo zajęli się połową jego albumu. Nigdy wcześniej ani później Pharrellowa gitara akustyczna (kompletnie esencjonalny czynnik omawianych tu piosenek) nie rezonowała tak triumfalnie. Ulokowano ją blisko mikrofonu, ale z odpowiednim nasyceniem i potrzebną przestrzenią; minimalne chwyty minimalnie nie stroją, a dostojności riffowi dodaje skrzeczenie winyla. Pierwszy singiel Justina miał jeszcze atrakcyjne plecionki wokalne i muczenie skompresowanego, rozlanego keyboardu. Potęgę uzupełnia rozchwiany, acz mocarny bit perki i jasnym się wtedy staje, że wkraczamy w nową erę. Z pomocą tak zredukowanych narzędzi uzyskać taki punch = masakra. A to był dopiero początek.

28 Beenie Man feat. Janet Jackson, "Feel It Boy" (Tropical Storm, 2002)
Jakże pozytywny jest Beenie z tym swoim "za-ga-za-ga-za-za". Wyraźny start/stop rytmu i prawie-szeptany voice Janet przyprawiają "Feel It Boy" o aspekt nocno-erotyczny, bez wysilania się i spinki. Faktycznie, gdyby wybierać z tej 40-ki tracki stricte łóżkowe, ten duecik okupowałby podium. Reszta? Czysta ekonomia, nawet bez podziału na zwrotkę i refren. Sączony powoli, seksowny strumień świadomości z błyskotkami w świetle księżyca.

27 Sean Paul feat. Fahrenheit, "Bubble" (Dutty Rock, 2002)
Nie ogarniam (z zamierzenia) dyskografii Seana Paula, ale na mój gust są duże szanse, iż to jego kawałek życia: unikalna, denerwująca wysokim rejestrem barwa quasi-harmonijki (zamkniętej w jednym akordzie), buczenie basowego zejścia + oczywiście tropikalne perkusjonalia kreują przerażającą, odurzającą rzeczywistość. Wokale zazębiają się w oszałamiającej polifonii i pogłębiają skojarzenie: "jamajskie Remain In Light". Serio, nie ma gdzie szpilki wetknąć, tak gęsto. Dancehall goes prog? Tak czy siak porządnie paraliżuje i każe się zastanowić, czy słyszeliśmy już taką dźwiękową fuzję. Nie sądzę. I pomyśleć, że to nawet nie był oficjalny singiel!

26 Cuban Link feat. Tony Sunshine, "Still Tellin' Lies" (2000)
Kontrowersyjny kubańsko-portorykański raper, ex-członek Terror Squadu, sięga tu wyżyn w krzyżówce ulicznej, off-bitowej z deczka nawijki ("zostający" tekst poza wersem) i przebojowego, słonecznego vibe'u (aksamitne wokale i przyjemne micro-arpeggio w tle). Generalnie receptura poweru ta sama co w "Southern Hospitality" – dajemy stukające drumsy i rap na wierzchu, a z oddali dobiegają pozostałe skrawki aranżacji, co powoduje efekt zdystansowanej głębi. Numer nie trafił na żadnego longplaya; długogrający debiut Felix Delgado wydał dopiero w 2005.

25 Justin Timberlake, "Let's Take A Ride" (Justified, 2002)
Spójrzmy które fragmenty Justified produkowali Neptunes, a które Timba. Rzut oka wystarcza i pojawia się pytanie: czy byłby lepszy album gdyby Pharrell i Chad mieli go na wyłączność? Nie, to może jest stylistycznie znakomita mieszanka, choć nie da się ukryć że kawałki Neptunes są najlepsze. "Let's Take A Ride" wizualizuje świeży, surowy brzask przed spontaniczną wycieczką na łono natury. Czy ja tam słyszę ćwierkanie ptaków, czy to u mnie za oknem? Pierdykam.

24 Beanie Sigel feat. Snoop Dogg, "Don't Stop" (The B. Coming, 2005)
Wielbiciele sensacji oznajmiają ściemę, węsząc ten sam loop co "Gangsta Lean" Clipse. Jak już mówiłem, sedno Neptunes to ściąganie z samych siebie przy ciągłej reinterpretacji używanych składników. Dźwięczne perkusjonalia, chłodna ściana klawiszy urywana w pół bitu i pukające kotły – skąd my to znamy. Więc czemu tak wymiata?

23 No Doubt, "Hell Good" (Rock Steady, 2001)
Ponoć w ścisłym znaczeniu Neptunes nie produkowali tego numeru, a ledwie go współ-napisali. Tak czy siak wymienia się go w ich dorobku i słusznie. Po pierwsze stanowił inaugurację ich okresowego romansu z Gwen, który w przyszłości miał zaowocować iskrą geniuszu. Po drugie, dla osób nie przepadających (ostrożnie ujmując) za "Don't Speak" czy "Just A Girl" (czytaj: dla mnie) "Hell Good" jest dowodem na sensowność tej spisanej na straty kapeli. Kwadratowy digi-funk-pop ewoluuje w refrenie do relatywnie ostrych wyładowań. Mostek do bólu Neptunesowy i cała otoczka instrumentarium także. W gąszczu komputerowo przetworzonych bleepów Stefani powoli odnajdywała w sobie cyniczną meta-celebrity.

22 Jay-Z, "Change Clothes" (The Black Album, 2003)
Być może jestem odosobniony, ale wolę "Change Clothes" od "Allure". Oba utwory są spoko, choć w "Allure" połowę wartości zdobywa Jigga swoim kultowym "oh no", smyki niespecjalnie gryzą się z fortepianem, a sztuczka z wystrzałami zdaje się niepotrzebna. "Change Clothes" natomiast bounce'uje bezpretensjonalnie, nie celując w nic wielkiego i dlatego właśnie daje taką radochę w słuchaniu. To perfekcyjny kawałek między pracą a wyjściem na imprezę i muzyka decyduje o tym w równie dużym stopniu, co słowa. Kolejny z archetypicznych start/stopów, "Change Clothes" urzeka blaszanymi przeszkadzajkami, mokrym jak włosy po prysznicu pianinkiem i narracyjnym syntezatorem. Niemal widać jak Hov i Beyoncé przebierają się przed party podrygując do tego groove'u. Jedyny błąd strategiczny Cartera to wybór piosenki na lead single. To nie jest smash według definicji; refren zbyt ospały i niemrawy. *Jasne* że trzeba było od razu zajebać "99 Problems"! Ale to już inna opowieść.

21 Justin Timberlake, "Last Night" (Justified, 2002)
No i jak do diaska nie nazywać Neptunes mistrzami, skoro dostarczają tak bogatych wrażeń na przestrzeni jednego tracka. Echo bębnów... Mechaniczne faux-stringsy... Oszczędność w zagrywkach gitary... Złote cymbałki uwydatniające pokręconą ścieżkę falsetu... No i ten powodujący automatyczne ciary zabieg z refrenem, czyli wzrastające "schodki" elektrycznego pianina. Według reguły, musi też być rozładowujący strach, bezpieczny bridge, tu objawiający się dwukrotnie i wyciszający całość. Nie wspominam kurwa o melodiach, których w jednym songu jest więcej zajebistych, niż zwykle na całej płycie gwiazdy z MTV. Does modern pop ever get any better? Yup, i to na tym samym albumie. Stay tuned.

20 Kelis, "Milkshake" (Tasty, 2003)
W końcu docieramy do Kelis, pupilki i podopiecznej Williamsa/Hugo, której zmajstrowali od deski do deski dwie pierwsze płyty i lwią część trzeciej. Kaleidoscope i Wanderland są propozycjami równiejszymi materiałowo, ale w gruncie rzeczy przyjaźniejszymi uchu i bliższymi soul-hopowej tradycji. Tasty zaś to sinusoida, ale co najmniej raz koledzy potraktowali studio jak poligon doświadczalny lub laboratorium popowego nowatorstwa i wyszedł im XXI-wieczny klasyk, przez wielu uważany za kulminację ich poszukiwań. Sam długo nie kumałem akcji z "Milkshake" – wolałem choćby "Trick Me" (uwaga: *nie* Neptunesów numer), irytował mnie bulgoczący, rozedrgany bit, degustowały świadomie popsute, brzydkie hooki. Po wielu miesiącach dostrzegłem w tym podkładzie wijącego się jak wąż, obleśnego potwora i uderzyło mnie, jak biegunowa jest to metafora, gdy przyłożyć ją do 90% katalogu Neptunes. Gorszącej atmosfery "Milkshake" dopełnia warstwa literacka, korespondująca z – wulgarnie ujmując – potrząsaniem cyckami.

19 N.E.R.D., "Tape You" (In Search Of..., 2001/2002)
No One Ever Really Dies to, jak zapewne wiecie, grupa złożona z Neptunesowej pary i niejakiego Shae Haleya – notabene uważanego za bezużyteczne ogniwo tego tria. Na własny rachunek Pharrell i spółka kombinują bardziej rockowo i hard-funkowo, przy pomocy tętniących bębnów i tnących w poprzek wioseł. "Tape You" to highlight debiutu w obu jego wersjach – "elektronicznej" i wypuszczonej rok później "rockowej", zawierającej żywe opracowania tracklisty. Mniej szczekania jadaczką i klangowania niż u Red Hotów, dla większych rezultatów. Rosnący w zwrotce i opadający w refrenie mini-moog z pietyzmem oddaje perwersyjną fantazję podmiotu lirycznego. Filmowe outro z komendą "and cut" konkluduje inscenizację.

18 Kenna, "Vexed And Glorious" (New Sacred Cow, 2003)
Pharrell to, Pharrell tamto, Pharrell siamto. Tymczasem nad albumem niejakiego Kenny (wokalisty pochodzenia etiopskiego) – choć produkcję sygnowano nazwą Neptunes – czuwał Chad Hugo i okazało się, że spory potencjał siedzi w ziomalu z filipińskimi korzeniami. Wyszło też na jaw, że pozbawiony kompleksu obecności Pharrella w studio Chad celuje w zdecydowanie inne rejony, niż seksowny, prowokacyjny feel. Dla Kenny, Hugo odkopał ciemne zakamarki 80s cold wave i upgrade'ował je tanecznie do obecnych standardów. Wyłoniła się niepokojąca, dark-popowa epopeja electro o sporej dawce genre-pionierstwa. Gdyby Depeche Mode zapragnęli zrobić dziś coś szczerze odkrywczego, może tak by zabrzmieli. (Btw, Kenna supportował Gahana na jego trasie w 2003.) Niestety, album przeszedł bez znacznego rozgłosu, chwalony przez garstkę ekspertów. W tym roku ma się ukazać sofomor, aczkolwiek nie mam pojęcia czy za sznurki znów pociąga Chad. Ten epizod w dyskografii Neptunes ujawnia ich szerokie horyzonty gatunkowe.

17 Justin Timberlake, "Take It From Here" (Justified, 2002)
Romantyczna serenada! Z prawdziwymi smykami i wzruszającym miłosnym wyznaniem! Istna poezja. Abstrahując od strony realizatorskiej, sama pieśń głaszcze serduszko jak rzadko kiedy w karierze Williamsa i Hugo. Check ten temacik smyczków, check ten akustyk i oddechy Justina po wyrazach "air" i "fair". I jak obracają się smyki wokół własnej osi w dalszej fazie. Flaming Lips? Jim Guthrie? Wiecie o co cho. Ascetycznie, z klasą i uważnie, track broni się od każdej strony. Damn.

16 N.E.R.D., "She Wants To Move" (Fly Or Die, 2004)
Na drugim longplayu, N.E.R.D. zwrócili się już pełną gębą w stronę rockowej ekspresji: prawie każdy numer stoi na grubych riffach elektryka i bębny miażdżą niemal-zeppelinowską mocą. (Lenny Kravitz gości w jednym numerze.) "Backseat Love", numer tytułowy czy właśnie "She Wants To Move" to soczyste, heavy-riffy w hip-hopowej wszakże punktuacji – i ta zabawa z akcentacją rytmiczną dodaje smaku. Nieodzowny fortepian i bombowe handclapy prowadzą żartobliwie do gorącej, kipiącej bossanovy. Wokale tylko zagrzewają do boju – klu programu rozgrywa się podkładzie. Problem z Fly Or Die polega na szkicowym charakterze kompozycji. Gdyby przyłożyć się do nich konkretniej, mogłyby być poważne sprawy.

15 Jay-Z, "Excuse Me Miss" (Blueprint 2: The Gift And The Curse, 2002)
Ile jeszcze razy Pharrell popłynie falsetem na tle keyboardowej mazi? Nie wiem, ale stawiam u buka ogromną kasę, że wyjdzie mu mistrzostwo świata, niezależnie od aktualnej kondycji rapera obok.

14 Clipse feat. Faith Evans, "Ma, I Don't Love Her" (Lord Willin', 2003)
Clipse już się na tej liście pojawili, ale w roli trzecioplanowej (see #29). Ich debiut Lord Willin' to odrobinę przereklamowany krążek – choć niezwykle solidny, to bez wybitnych wzlotów. Oczy świata (świata niezal-muzyki, to jest) zwrócone były na "Grindin'", ale jak już komuś tłumaczyłem, nie dla mnie ta cała anty-muzyka vel gadanie do skrzeczącego bitu bez krzty harmonii w backgroundzie. Lepsze niż "Grindin'" i najlepsze na płycie jest "Ma, I Don't Love Her" – udany kamuflaż zjaranej pioseneczki jako multiplanarnego, kameralnego bounce'u. Melodyjka refrenu niby dziecięca, a zalatuje "avant" w połączeniu z podkładem. W skrócie: jak oszukać słuchacza w taki sposób, by czuł się komfortowo.

13 Justin Timberlake feat. Vanessa Marquez, "I'm Lovin' It" (2003)
Uwaga, rarytas! Track nie znalazł się na Justified, napisany został przez Neptunes wraz z Justinem, wyprodukowany by Timbaland, a użyto go w kampanii reklamowej McDonalda pod tym samym tytułem. Srając na McDonalda, sprawdź to ziom, bo będzie niezły ziąb. Anielskie "pa-ra-pa-pa-paaaa" Vanessy (ta sama niunia, co piszczy "talk to me boy" w "Rock Your Body") kradnie show, lecz jest tu więcej do podziwiania. Tym razem Timberlake maskuje się niskim, skromnym ćwierć-śpiewem, a za nim wybuchają kruche, plastikowe werble i podkręcone, swingujące chwyty na gryfie. Parada popowej rozkoszy.

12 Pharrell Williams feat. Jay-Z, "Frontin'" (The Neptunes Present... Clones, 2003)
Najbardziej chwytliwy i miękki odcinek Clones, "Frontin'" po raz tysięczny zatrudnia melodyjnie skreczującą gitarę, miarowe nuty basu i kaskadę falsetowych liźnięć – ale po raz pierwszy z taką przejrzystością i szlachetną prostotą. Tyle wolnego miejsca w audialnej przestrzeni zostaje w tym kawałku, i dlatego brzmi tak rasowo. Zastanawiające, że Shawn nawija tu lepiej, niż we własnym "Excuse Me Miss" wspominanym parę lokat wyżej. Od niechcenia wyszło obu panom coś aspirującego do miana wzorca współczesnego r&b. (Nadchodzący solowy krążek Pharrella, In My Mind, jest już gotowy i tylko czeka na ustalenie daty premiery. Kwestia tygodni, może miesięcy.)

11 Justin Timberlake feat. Vanessa Marquez, "Rock Your Body" (Justified, 2002)
Zadziwiająco, jedyny singiel produkowany przez Neptunes jaki zmieścił się w naszym top 100 pół-dekady, "Rock Your Body" jedzie głównie na cudownym songwritingu, operując dość zachowawczą produkcją, której podstawowa zasługa to odpowiednie (co do pół herza) proporcje w miksie. Świetnie te proporcje komentował Tomek, wyprowadzając analogię do figury Angeliny Jolie. Ale to wystarcza. Zaraz, więc który z Off The Wall jest inspiracją dla "Rock Your Body"? "Rock With You"? "Off The Wall"? "Get On The Floor"? A może każdy z nich po trochu? W ramach bonusu – czasem marzenia się spełniają i wokalistki chociaż trochę wyglądają jak śpiewają (Vanessa Marquez, wrzućcie w Google).

10 Snoop Dogg, "Drop It Like It's Hot" ( Rhythm & Gangsta: The Masterpiece, 2004)
Dla manifestu nowego wcielenia Snoopa potrzeba było czegoś wyjątkowego, przekraczającego typowe ramy Neptunesowych delicji. Czegoś groźnego, na zasadzie "lepiej ze mną nie zadzieraj", ale jednocześnie arystokratycznego i błękitnokrwistego. Pharrell stanął na wysokości zadania i wynalazł trzy sztuczki, które wyniosły kawałek na piedestał i zarezerwowały mu miejsce w poczcie hip-hopowych klasyków bieżącego stulecia: a) klikanie języczkiem w funkcji perkusyjnej, "a big fuck you" skierowane do kogokolwiek kto rywalizował z Neptunes w konkursie na oryginalność beatu; b) przeciągłe "snoooooooooop", zdublowane azjatycką piszczałką (efekt duchowego i fizycznego uwolnienia); c) pięcioakordową wstawkę finiszującą obieg podkładu, zagraną na syntezatorze z pitcherem, co naśladuje elastyczność strun. Nikogo nie obchodzi, że Snoop gada od rzeczy jakieś pierdoły. Wraz z "Drop It" byliśmy świadkami narodzin singla, który zostanie w kulturze, przy czym adorują go zarówno dreso-skejty (soundtrack do bakania), jak i erudyci gatunku w rodzaju Diplo (w hołdzie Neptunesom zsamplował "Drop It" na Piracy).

09 Ol' Dirty Bastard feat. Kelis, "Got Your Money" (Nigga Please, 1999)
Do krzykliwego i zarazem melodyjnego, wariackiego flowu Dirt McGirta pasuje ta kryminalna, zagrana w niskich tonach sekwencja pianina. Kelis lśni beznamiętnym chorusem, pokazując na co ją stać w tak krótkiej i niepozornej linijce. RIP, Bastard.

08 Usher feat. Ludacris, "U Don't Have To" (8701, 2001)
"Osobowość artystyczna" Ushera to kategoria dyskusyjna, zwłaszcza w obliczu jego drogi aktorskiej (!) i słabych singli. Ale z "U Don't Have To" dzieją się podobne czary co z omawianymi "Excuse Me Miss" czy "Frontin'". Po prostu mając Pharrella za gałkami, nie ma opcji żeby coś nie wyszło i piosenka jest TAK OCIEKAJĄCA LUKREM, że nie da rady się w niej nie zakochać. Jak ja doznaję, że to nie był #1. Nie wiem czego gawiedź oczekuje. A, wiem – "Yeah". Gdyby Neptunes pozbierali najbardziej urodziwe numery jakie produkowali latami na jeden krążek, to pozostałby on spójny niczym zapis jednej sesji – tak rozpoznawalne są te dźwięki, człowieku.

07 Snoop Dogg feat. Justin Timberlake & Charlie Wilson, "Signs" ( Rhythm & Gangsta: The Masterpiece, 2004)
Haha, Justin się zwraca tu do Kupidyna ("I'm not sure what I see / Cupid don't fuck with me"). Lol. No nie wiem co mam powiedzieć, bo przecież sami wszystko wiecie tu najlepiej. Szczegóły dopracowane w najmniejszych drobiazgach. Drobiazgi wymuskane w każdym detalu. Detale... Otóż to. Wujek Charlie Wilson umie śpiewać, oj umie. We trójkę koledzy dopełniają się fantastycznie i tylko refleksja przychodzi do głowy – że rozłożone na czynniki pierwsze, hity Neptunes wydają się powielanym ciągle repertuarem brzmień, lecz z jakiejś przyczyny każdy z nich ma swoją indywidualną, unikatową jazdę. Jak?

06 Kelis, "Protect My Heart" (Tasty, 2003)
Tu się rozbiega o *grand chorus*. Zwrotka to taka Neptunesowa przeciętna, choć kilka specyficznych elementów da się zauważyć – nierówne oklaski (co daje efekt "tarki"), cofnięcie bitu po wyrazie "reversing", etc. Ale refren... Niby trochę ściąga z Timberlake'a w harmoniach, ale panie dzieju... Najbardziej orzeźwiający hook żeńskiego r&b w dziejach? Całkiem możliwe. Takie subtelności w skali mikro, typu harmonia na słowie "heart", która jest fałszywa, ale fałszywa w przepiękny sposób. Albo rozwiązanie rytmiczne, frazowanie w obrębie taktu – w sumie też świeżość do kwadratu. Cztery single wydano z Tasty, a nikt nie zwrócił uwagi na to cacko. Nie wiem czy Jacko miał lepsze refreny na Thrillerze, skoro poruszyliśmy wcześniej jego postać. Czek wys ałt, gamonie.

05 Nelly, "Hot In Herre" (Nellyville, 2002)
Do gościa o ksywie Nelly przypięto etykietę "ten z plastrem na mordzie" i zasłużenie, bo gówna typu "Dilemma" chwały mu nie przynoszą. Lecz jeśli szukać najbardziej charakterystycznych, one-of-its-kind produkcji Williamsa i Hugo, to prędzej czy później znajdziemy się koło "Hot In Herre". Głupawość i genialność tego kawałka zarazem. Kraksa "poważnego" podkładu (stojące piano, plamy basowe) i młodzieńczego spontanu – no bo rozwala melo-rap, który symultanicznie spełnia warunki regularnej nawijki, jak i pomyka wedle wszelkich prawideł wokalistyki nowoczesnej, hej! A do tego Nelly pieprzy takie farmazony, że się w głowie nie mieści. "It's gettin' hot in herre / So take off all your clothes"? I odpowiedź laski – "I am gettin' so hot, I'm gonna take my clothes off". Legendarność tego call & response o niczym. Tiga niedawno kowerował, a świadczy to o tej samej zależności, co pisałem w ostatnim zdaniu o #10.

04 Gwen Stefani, "Hollaback Girl" (Love.Angel.Music.Baby, 2004)
Gwen odświeżyła znajomość z Neptunes przy okazji solowego debiutu, a ci odwdzięczyli się jednym z najbardziej psychodelicznych, odlotowych i spastycznych singli, jakie mieli okazję produkować. Z początku to studium chorego minimalizmu – para-zwycięski bit z klaskami + pomruki cichnącego basu. Słynne "Few times been around this track..." oplata abstrakcyjny roztwór, a "that's my shit" arpeggio zimnych klawiszy. Cytat z "Another One Bites The Dust" Queen miga przez sekundę. Generalnie, charyzma i nowatorstwo "Hollaback Girl" biorą się z cheerleadingu Gwen, która lepi tu adekwatną do naszych czasów postać cynicznej meta-twardzielki. Ale bez tego bitu i relacji między nim, a skandowaniem – plan by się nie powiódł.

03 Jay-Z, "I Just Wanna Love U (Give It To Me)" (The Dynasty: Roc La Familia, 2000)
"Hov! Hov", rozpoczyna nigga Jigga. To jego najbardziej eksperymentalny singiel w karierze, choć na pozór prosty i zwyczajny. Strukturę bitu można rozrysować na rzucie zegara i kardynalne dla niego "zamknięcie" odbywa się między 9 a 12. Forma utworu to hybryda songu avant-r&b, z własną logiką melodyczną i narracyjną, oraz hip-hopowego wymiatacza. Obie płaszczyzny – kierowane odpowiednio przez Pharrella i Shawna – nakładają się na siebie i wzajemnie pobudzają (spotykając się nagle w akapicie od "Can't deny me / Why would you want to"). Sz sz sz sz sz sz szeleszczące skrawki rytmu, srebrne dzwonki i szczypta paru następnych tyci tyci rodzynków gwarantują emocje na dziesiątki przesłuchań. "I Just Wanna Love U" to jeden z kamieni milowych hip-hopu tej dekady i ewidentna wskazówka jak wiele nieodkrytych dotąd szlaków proponuje on jako gatunek, jeśli tylko potraktować go niekonwencjonalnie.

02 Beenie Man feat. Mya, "Girls Dem Sugar" (Art & Life, 2000)
"Za-ga-za, Neptunes make number one tune, yeah", uprzedza Beenie Man. Nie musi. Zanim wypowie tę rekomendację, pławimy się już w najmocniej zapadającym w pamięć start/stopie, jaki Pharrell i Chad wymyślili. Brzmi to jak kukułka informująca o tym, iż minęła równa godzina – tyle, że zbudowana w XXII wieku. Eksperckie świsty i szumy eksplodują gdzieś na boku. Prawdziwym skarbem "Girls Dem Sugar" jest niejaka Mya. Możecie kojarzyć ją z kolektywnej (wspólnie z Aguilerą, Lil' Kim, Pink i Missy) wersji "Lady Marmalade" (film Moulin Rouge) albo nieskrępowanych i rozwiązłych w przekazie (na przykład: "My sex is like / WOW! / My ass is like / WOW!") własnych kawałków r&b. Jej melodia "If I could be your giiiiiiirl" prowadzi do nieba i wynajduje (3 lata wcześniej) końcówkę boskiego refrenu "Protect My Heart" Kelis – lecz zamiast zdekonstruowanej dynamiki, unosi się tu lekko i wstydliwie pośród strzelających strzępków bitu. Normalnie brak słabych punktów, kochani. MIAZGA.

01 Justin Timberlake, "Señorita" (Justified, 2002)
I tak oto docieramy do miejsca pierwszego, które nie powinno być zaskoczeniem jeśli czytaliście uważnie cały felieton. Od czego zacząć? Od spowolnionej salsy zaznaczonej bujającym pianinkiem i latynoskimi przeszkadzajkami? Od żywego bitu Pharrella – wręcz namacalna stopa, wręcz dotykalny werbel? Od drugiej ścieżki pianinka, dochodzącej na refren? A może – racja – winniśmy spenetrować hookfest odbywający się bezczelnie na naszych oczach (uszach?). A może lepiej zająć się saksofonem w który Chad dmie z taką namiętnością – a to ledwie jeden z myków, wzbogacających teksturę. Bo czy ktoś kojarzy ten numer z saksofonem? Nie sądzę. To może kojarzy aktorską wprawkę Justina w finale, antycypującą "ok now ladies" z "Hey Ya!"? A może wyjaśnijcie mi dlaczego gdy słucham jej na słuchawkach, to mam to całe balangujące towarzystwo przed oczyma? A może kurwa pizda, a może do cholery, a może "Señorita" to produkcja życia Neptunes i ma na to papiery. "Rock Your Body" i "I'm Lovin' It" legitymują się kapkę lepszymi kompozycjami i żeńskim wokalem, ale żaden, absolutnie żaden track do jakiego przykładali rękę Neptunes nie BRZMI tak naturalnie, tak organicznie, jakby każdy instrument oddychał zamiast grać. And that's it.

–Borys Dejnarowicz, Kwiecień 2006

BIEŻĄCE
American FootballAmerican Football (LP3)
Mac DeMarco"All Of Our Yesterdays"