SPECJALNE - Artykuł

25 najlepszych utworów Aphex Twina

14 lutego 2017

12 lutego 2017 roku obchodziliśmy ćwierćwiecze wydania Selected Ambient Works 85-92 – debiutu wydawniczego Aphex Twina. Z tej okazji wyselekcjonowaliśmy dla was 25 najlepszych kompozycji, które wyszły spod ręki tego brytyjskiego maga elektroniki.

 

Aphex Twin: Come to Daddy (Pappy Mix)

25Come To Daddy (Pappy Mix) [1997, Come to Daddy (EP)]

O ile się nie mylę, ten utwór był moim pierwszym spotkaniem z Aphex Twinem. Zdarzyło się to gdzieś przy pierwszych fascynacjach Radiohead i Toolem. Oczywiście chodziło głównie o teledysk, który wrażenie robi na mnie i dziś. Ale muzyka? "E, panie, dziwne to jakieś". Mimo swojej popularności, ten kawałek jest wyjątkowo mało reprezentatywny dla Jamesa. Parodiujący death metal i Prodigy wściekły wygrzew, który zaskakuje głównie tym, że pomimo środków, które obrał, i w pewnych kwestiach zupełnej prostoty, jest tak dobry. Bardziej bezpośredni i mniej przerażający niż ukochany "Little Lord Faulteroy Mix", ale po raz kolejny udowadniający wyjątkowość i wszechstronność postaci, która go stworzyła. –Antoni Barszczak

posłuchaj »


Aphex Twin: On

24On [1993, On (EP)]

Patrząc na "On" z perspektywy teledysku (pierwszego pełnoprawnego, bo trudno za taki uznać, uroczą skądinąd, pocztówkę do "Ageispolis"), widzi się to, czym moim zdaniem ten utwór właśnie jest. Wydany pomiędzy pierwszą a drugą częścią Selected Ambient Works łagodniejszy protoplasta nieobecnego na tej liście "Ventolin" jest znakiem i kierunkiem, w którym Aphex zaraz podąży. Utkana z syntezatorowych plam i minimalistycznego motywiku melodia skontrastowana zostaje przesterowanemu bitowi, jakiego jeszcze rok temu na debiutanckiej płycie próżno było szukać. Migocące, obracające się obiekty i kojący krajobraz z video są tego graficznym przedstawieniem. Czy tak właśnie wyglądał umysł Richarda D. Jamesa w tamtym czasie? Bardzo możliwe, szczególnie uwzględniając jego podobiznę w centralnym punkcie tego obrazu. Podobiznę, od której już wkrótce się nie uwolnimy. –Antoni Barszczak

posłuchaj »


Aphex Twin: Avril 14th

23Avril 14th [2001, Drukqs]

Zdawałoby się, że Avril jest kolejnym tworem z kategorii setek tysięcy krótkich i leniwych fortepianowych fragmentów-przerywników niewnoszących za dużo do powstającego materiału. Czasami pełnią funkcję niezobowiązującej atmosferycznej podbudowy pod kolejne utwory, czasami konstruują wrażenie spójności i celowości albumu, jednak w większości przypadków stanowią trzon sposobów na beztreściowe zajęcie wolnej przestrzeni płyty prostą w kształtach i prymitywną masą wypełniającą miejsca, w których twórcom zabrakło inwencji. Jednak w wyjątkowym przypadku "Avrila" ta drobna efemeryczna zagrywka ze swoją urzekającą, przesadnie sentymentalną, niemal infantylną melodyką, o dziwo stała się jednym z najjaśniejszych punktów słabego jak na standardy Richarda, Drukqsa, na dobitkę będąc także jedną z najpiękniejszych miniaturek w przedstawionym powyżej stylu, przez przypadek, na tle konkurencji resztoalbumowej, przepoczwarzającej się z bycia zubożającą ornamentyką na rzecz przemiany w pełną treść, którą Wizzy w swoim szczytowym formalnym rozbuchaniu nie omieszkał wykorzystać, starając się uciec jak najdalej ze zrabowanym hajsem. "[Kanye] tried to fucking rip me off and claim that he’d written it, and they tried to get away with not paying". –Michał Kołaczyk

posłuchaj »


Aphex Twin: XMAS_EVET10 (thanaton3 mix)

22XMAS_EVET10 (thanaton3 mix) [2014, Syro]

O szóstym długograju Irlandczyka powiedziano już chyba wszystko. Przede wszystkim zarzucano Aphexowi materiałową anachroniczność, kunktatorstwo oraz, delikatnie mówiąc, przesadne wykalkulowanie. Cóż, marketingowcy kręcili spiralę hype'u, a ja sam, z trudem oddzieliwszy wizerunkowe pompowanie balona od muzycznej treści, dostrzegłem w Syro swój album roku. Tak to już jest, że nikt nie potrafi zagrać tak jak Aphex, prawda? Po prawie trzech latach nie żałuję swojej decyzji i choć na tę chwilę traktuję Syro z nieco większą rezerwą niż dwa lata temu,  to wciąż podczas słuchania "XMAS_EVET10" (thanaton3 mix) włos jeży mi się na głowie. Dlaczego? Możliwe, że pod powłoką tych przeraźliwie odhumanizowanych syntezatorowych pasaży i glitchowych dekonstrukcji już w 2014 roku kryła się zapowiedź Brexitu, prezydentury Donalda Trumpa oraz wszystkich innych rozłamów, bólów i moralnych niepokojów, których mieliśmy doświadczyć na własnej skórze? Znów okazał się prorokiem, skubany. Podczas słuchania "XMAS_EVET10" (thanaton3 mix) wrażenie lekkiej paranoi jest nieuniknione, ale z drugiej strony całość działa na mnie niezwykle oczyszczająco. Wierzcie mi lubi nie, ale czasami starcie z wzniosłą, ponad dziesięciominutową IDM-ową suitą może okazać się interesującym doświadczeniem terapeutycznym. –Jacek Marczuk

posłuchaj »


Aphex Twin: Heliosphan

21Heliosphan [1992, Selected Ambient Works 85-92]

Niezaprzeczalnie piła jedynka sporo zdefiniowała, a mówienie o wartości i fajności "Xtala", dodając do tego to, jak bardzo jest to wybitny kawałek, podchodzi pod banalną oczywistość. "Heliosphan" to – licząc od wpomnianego openera –ponowny moment (z wyłączeniem migawkowego "I"), w którym kompozycja nabiera pełnej powagi, porzucając swój taneczny prymat na rzecz wprowadzenia do proponowanego zestawu dźwięków odpowiedniej dawki dramatyzmu z pomocą wyraźnej, opadającej melodii. Co ja mogę powiedzieć więcej? Jest jeszcze przejście na wysokości drugiej minuty, na które chciałbym, aby państwo zwrócili szczególną uwagę. Dziękuję, można się rozejść. –Michał Kołaczyk

posłuchaj »


Aphex Twin: #23 (White Blur 2)

20#23 (White Blur 2) [1994, Selected Ambient Works Volume II]

Gdzieś w totalnym poniewczasie, pomiędzy kosmiczną odyseją, komiczną depresją a lekturą książeczki Weidebauma poświęconej Selected Ambient Works Volume II, słyszę głosy, rozumiesz, ludzkie głosy, zapętlony śmiech – to ludzie z przyszłości spacerują po mej głowie i śmieją się ze mnie, gdy uszy wyszły z orbit, rozumiesz. Gorączkowo rozregulowany, wolnotępiony kapitał temporalny w jedenaście minut wysyła sygnał w kosmos, rozumiesz, chociaż raczej w kierunku waszej planety; trochę musique concrète rozgniatane grawitacją, trochę halucynacja z niedotlenienia, a trochę męczący koszmar, z którego nie chcesz się obudzić, rozumiesz, "mala noche" – słodkich snów, irytuje zepsuta nie-pozytywka. I dalej, "roaming like a long lost astronaut", dryfujemy: przeczytałem kiedyś, że gdy uważnie posłucham "Rhubarb" z tej wybitnej płyty (prawdopodobnie oscylującej w próżni płyt tech-tonicznych wszechświata), rozumiesz, zacznę sobie w końcu zdawać sprawę, że słucham własnego życia, rozumiesz. Włączam "#23", wyjątkowo paskudny hasztag, więc puszczam mimo uszu "White Blur 2" i mam nadzieję, że nie widzę i nie słyszę swojej przyszłości i przeszłości (zbyt krótkiej i za długiej), choć to tylko pobożne życzenie, rozumiesz, to tylko dźwięki, a zaglądam w oczy pustce, rozum i wiesz, rozumiesz? Ja niestety nie, nawet nie próbuję. Może kiedyś zrozumiem, ale i tak o tym nie napiszę, bo nie znam nieludzkiego języka, nieziemskich słów. –Paweł Wycisło

posłuchaj »


Aphex Twin: Peek 824545201

19Peek 824545201 [1996, Richard D. James Album]

W niedawno opublikowanym wywiadzie dla MTV z 1994 roku, zapytani przez Simone Angel o powód wymyślnego nazewnictwa swoich numerów, Autechre tłumaczyli, że to w zasadzie taki żart. Zabawa słowem, jak ktoś nie wie. Po jakiej orbicie poruszają się ludzie, którzy nie zaakceptują takiego prostego faktu, a znaczną część energii włożonej przez siebie w poznawanie twórcy kumulują w dekrypcji ukrytych znaczeń, tego nie wiem. Ale zostawmy to. Anagramowe sekwencje tytułów Ryszardowych kawałków to podobne bagno, w którym nie mam zamiaru się poruszać. Ten myk z dekonstrukcją leksyki niemniej współgra naturalnie z istotą sprawy, wiadoma to rzecz. Bo jak taki "Peek 82454201" inaczej nazwać? Nasuwające się samoczynnie skojarzenia z Tri Repeate kierują nas w stronę wykręconych cyberstruktur ery przedekspansywnej, a więc wciąż zachowujących ludzką twarz. Wrzawa na gałęziach płonącego lasu, widzieliśmy to już w tym millenium. Jednak dochodzące z tej połyskującej smołą masy piski i gotujące się strzępy niewyartykułowanego "I slip away" stwórca transponuje w tryby boskiej funkcji repetycji i stawia przed nimi sześć swoich sedatywnych prawd. Koniec końców, kawałek po kawałku, ludzie są przecież w stanie przełknąć nawet największy szajs. –Krzysztof Pytel

posłuchaj »


Aphex Twin: Ptolemy

18Ptolemy [1992, Selected Ambient Works 85-92]

Pomówmy o numerach lekkich. Na pewno kojarzycie ten moment, w którym dostrzegacie, że na wasz ulubiony utwór Jamesa składa się kilka krótszych, identycznie skrojonych kawałków z dodatkową ścieżką, sklejonych ze sobą efektowną in-your-face pauzą. Czwóreczka, "Flim", jest tego więcej. Do czego zmierzam: otóż nie tylko tu gościu jak gdyby chciał nam zakomunikować skrytą umiejętność trzaskania singli. Zaprzęga swoje kompozycje w te superchwytliwe melodie i linie basów, wyposaża je w taneczny puls, z przebojowości jednak celowo rezygnuje, bo ta nośność lepiej się będzie przecież czuć w sprawdzonym ambientalnym wymiarze nieskończonych pętli. Czasami jednak te elementy przybierają na linearności i tworzą house’oidalne hybrydy, mając z góry określony przebieg, początek i koniec. Tak się dzieje w przypadku "Ptolemy". Bit, który Tennant i Lowe łatwo zaadoptowaliby sobie na wysokości Very, wprowadza nas do wyważonego z pomocą miękkich plam istnego quasi-bangera. Dialog przyglądających się sobie dwóch głównych hooków, podbity automatem perkusyjnym, to definicja aphexowej parkietowości i jeden z najlepszych przykładów realizującego się wbrew zasadom, autorskiego sposobu na singlowość. Spróbujcie do tego nie zatańczyć. W okrojonej formie Ptolemeusz mógłby w latach dziewięćdziesiątych spokojnie nadawać z głośników waszego telewizora. –Krzysztof Pytel

posłuchaj »


Aphex Twin: CIRCLONT6A (syrobonkus mix)

17CIRCLONT6A (syrobonkus mix) [2014, Syro]

Aphex porusza się w kilku kierunkach ze swoją własną elektroniczną poetyką. Jednym z nich jest pokurwiony młyn, "taneczny Stockhausen", którego nie sposób podrobić i który jednoznacznie kojarzy się z Richardem D. Jamesem. W sensie typ ma wyłączność i patent na takie wygibasy, jakie słychać w "CIRCLONT6A (syrobonkus mix)". Gdy przychodzi pisanie o przestrzeni w numerach Aphexa, o rozwidlających się drutach, kablach i sprężynach, o całym tym zagmatwanym mechanizmie, kauczukowych stukaniach, pękających graniastosłupach i bezpardonowych przyspieszeniach wkręconych w nagłe spadki napięcia czy temperatury, to aż kusi, żeby wszystkie te procesy i kolejne odcinki utworu dokładnie, z matematyczną precyzją, rozrysować na wykresie. Tak, aby można zobaczyć całą mapę małego świata stworzonego przez Brytyjczyka. Choć wtedy trochę znikłaby przyjemność podążania za komputerowym rytmem, a szalone, wgniatające w ziemię twisty nie robiłby już takiego wrażenia. A może nie? W końcu przebieg "CIRCLONT6A" zdążyłem już poznać całkiem nieźle i wiem, że początek to tylko przygotowanie do otwarcia wrót do równoległej rzeczywistości (2:26), gdzie ludzie widzą czas zupełnie inaczej. Zresztą sam Aphex zawsze sprawiał wrażenie gościa z innej planety i chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć dlaczego. –Tomasz Skowyra

posłuchaj »


AFX: Analogue Bubblebath

16Analogue Bubblebath [1991, Analogue Bubblebath Vol I (EP)]

Richard David James wydawniczą karierę zaczął w naprawdę imponującym stylu. "Analogue Bubblebath" cechował doskonały meczing warstwy dźwiękowej z jej słownym oznaczeniem. To był taki most pomiędzy eterycznością i nieuchwytnością ponadczasowego "Xtal" a zakwaszonymi breakami i czystym acidem z niesłusznie deprecjonowanych wydawnictw pokroju Xylem Tube. Pierwszy AFX zdradzał wielkość RDJ-a w kwestii łączenia akordów oraz budowania stopniowo zagęszczających się i sukcesywnie nakładających "rolandopochodnych" faktur. Najważniejsze jednak, że te syntezatorowe house'owe linie nie dryfowały w stronę pre-rave'owych, czystych, odczłowieczonych upbeatowych sieczek, a roztaczały aurę permanentnego optymizmu, ciepła i charakteryzowały się właściwościami niemal leczniczymi. Zupełnie jak tytułowe kąpiele perełkowe, prawda? –Witold Tyczka

posłuchaj »


Aphex Twin: Tha

15Tha [1992, Selected Ambient Works 85-92]

Dość długo nie mogłem zrozumieć łatki "ambient techno" stosowanej do opisu dużej części muzyki elektronicznej płynącej z Wysp (i nie tylko z Wysp) w drugiej połowie lat 80 i na poczatku 90. Nawet nie dlatego, że sam termin brzmi trochę jak oksymoron, co lubi podkreślać Simon Reynolds – bardziej dlatego, że to zderzenie naprawdę nie działało w praktyce. Jasne, zdarzały się nagrania, na których ambientowe kompozycje przeplatały się z techno, ale moje intuicje semantyczne nie pozwalały mi z satysfakcją zastosować tej dziwacznej zbitki do żadnego konkretnego utworu. Idylliczne klimaty Music For Airports zawsze gdzieś rozpraszały się w momencie, gdy ktoś postanawiał włączyć do gry maszyny perkusyjne, nieważne jak bardzo eteryczne nie byłyby grające w tle pady. W przeciwieństwie do Reynoldsa uważam, że SAW 85-95 w zasadzie nie jest tu wyjątkiem – "I" to uroczy ambient, "Green Calx" to wymiatający acid itd. Ambient techno? Panie, nie ma czegoś takiego – to koncept, który może i mógłby wejść w życie, ale trudny i nietrwały jak synteza prawego dolnego rogu tablicy Mendelejewa. Ale tak jak w przypadku układu okresowego czasem się udaje, tak udało się te kilka razy, jeśli chodzi o "ambient techno".

Udało się w "Tha". I to na ponad dziewięć minut, więc chyba jednak ambient techno – unununium 1:0, prawda? Dziewięć minut sprawia tu zresztą wrażenie dość arbitralnie wybranego odcinka czasu – "Tha" mogłoby równie dobrze zapętlać się bez końca. Przepuszczone przez jaskiniowy reverb bas i ledwo zaakcentowana stopa pozwalają usłyszeć tu techno, ale nie idą ani kroku dalej i w gruncie rzeczy to strzępki nagranych rozmów – nie wiadomo skąd i nie wiadomo o czym – wpadają na pierwszy plan. Nie dajcie się nabrać, że Burial niby dumał sobie o śmierci rave’u i nocnych powrotach autobusami, aż wpadł na swoje brzmienie. Raczej obsesyjnie słuchał "Tha". –Marcin Sonnenberg

posłuchaj »


Aphex Twin: We Are Music Makers

14We Are Music Makers [1992, Selected Ambient Works 85-92]

Gdzie byście dzisiaj byli musicmakerzy, gdyby nie Ryszard? Każdego roku wychodzi tyle tracków i płyt żywiących się aphexową dialektyką, że można zwariować. Selected Ambient Works 85-92 to dopiero płyta, kamień milowy ambient techno, na którym wzorują się pokolenia. Słuchając dziś tych tracków, da się zauważyć, że 25 lat w elektronicznej muzyce to kosmiczny czas, bo przecież tyle się wydarzyło. Ale Aphexowi jakoś to zupełnie nie przeszkadza: owszem, nad tymi indeksami unosi się jakaś ciepła mgiełka i da się na nich dostrzec patynę albo jakieś szkliste mazaki, ale nieprawdopodobnie pięknie się zestarzały. Spójrzmy na outsider house – czy RDJ tego nie antycypował? Ale wartość historyczna zaczyna grać coraz mniejszą rolę w świecie, w którym co piątek wychodzi 15 nowych płyt wartych sprawdzenia (z czego może 2-3 są naprawdę niezłe/dobre/świetne, ale to jeszcze inna historia), dlatego "We Are The Music Makers" to wciąż samowystarczalny joint, w którym słychać funkowy powiew wschodzącego słońca, gdzie pogodne promienie tańczą na kleistej, dancefloorowej kopule podczas dogasającej nocy. Mało jest równie dobrych soundtracków do porannej (w pierwszej wersji tego blurba, pisanego o godzinie 6:42, napisałem "pooooraaaaannnneeeejjjj") kawy nadających się również do upojnego zapadnięcia w objęcia Morfeusza. –Tomasz Skowyra

posłuchaj »


Aphex Twin: Girl/Boy Song

13Girl/Boy Song [1996, Girl/Boy (EP)]

Antonio Vivaldi miał swoją "Wiosnę", natomiast Aphex Twin swoje "Girl/Boy Song". Kompozycja, która znalazła się zarówno na Richard D.James Album, jak i na wydanej kilka miesięcy wcześniej EP-ce zatytułowanej nomen omen Girl/Boy, to jeden z najbardziej optymistycznych i witalnych tematow w całym katalogu wydawniczym Irlandczyka. Po latach najbardziej zachwyca mnie jednak przejrzystość, symetria i nieprawdopodobna sprawność "zabawy w jungle i drill’n’bass", którą uprawia tutaj Aphex. Kozak to mało powiedziane, uwierzcie mi. Jestem przekonany, że wszystkie orkiestry biorące na warsztat utwory autora Selected Ambient Works 85-92 rozpoczynają zabawę od tej właśnie kompozycji, bo synchronizacja smyków z elektroniczną rytmizacją naprawdę budzi respekt. Nawet jeśli "4" lub "Fingerbib" to dużo bardziej wyrafinowane numery niż "Girl/Boy Song", to i tak będę darzył ten temacik szczególnym sentymentem. I nic tego nie zmieni. –Jacek Marczuk

posłuchaj »


Aphex Twin: Acrid Avid Jam Shred

12Acrid Avid Jam Shred [1995, …I Care Because You Do]

Gdybym miał wskazać moje ulubione shredy ever, to wymieniłbym pewnie "Weź Ten Łeb" Budki ("taranaście, taranaście..."), "My Heart Will Go On" Celine Dion (ostateczne studium intonacyjnej niezręczności, duża rzecz dla miłośników mikrotonalności), "Idioteque" Radiohead (w sumie nieodległe od studyjnej wersji "Identikit" z A MOON SHAPED POO), Santanę (apogeum kontrolowanej randomowości na próbie), Paco De Lucię (żarty żartami, ale klawe impro na PALANTÓWIE kolesiowi wychodzi, późny Derek Bailey by się nie powstydził) czy lawirujący gdzieś na pograniczu definicji shreda cykl Musicless Musicvideo (Rihanna w wannie – pamiętamy). Jeśli natomiast miałbym powiedzieć, z czym kojarzy mi się opener I Care Because You Do, to palnąłbym pewnie, że ten kawałek "wynalazł" styl Boards of Canada. I tu bym się pomylił, bo chociaż Twoism wyszło 4 miesiące później, to nie lekceważmy takich klasyków fikcyjno-juwenilijnej dyskografii duetu jak czy Acid Memories (do dziś nie zapomnę tego dreszczyku emocji, gdy odpaliłem wreszcie Bliss 12 Rods). Bez ryzyka narażania się na przeszarżowanie można więc spokojnie określić "Acrid..." mianem tracka z katalogu Aphexa, który najbardziej łudząco przypomina dokonania Szkotów. To właściwie ten sam rodzaj monotonnego transu spowitego gęstą, poranną mgłą golfsztromowego przedwiośnia. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj »


Aphex Twin: Yellow Calx

11Yellow Calx [1996, Richard D. James Album]

W naszym zestawieniu nie mogło zabraknąć jednego z highlightów dziwnie omijanego, jakby niezrozumianego Richard D. James Album. "Yellow Calx" stanowi flagowy przykład tej mikro-wolty, która zaszła gdzieś w głowie Aphexa na przełomie 1995/1996, kiedy to spróbował przejść z organicznego błogostanu oraz kwaśnych, połamanych czwórek w chirurgicznie cięte laboratoryjne przypowieści i pożenił agresywną junglistyczną myśl z patchworkowym IDM-owym "instrumentarium". Breaki jeszcze nigdy nie były tak zdehumanizowane, junglecore tak sterylny i bassline'owo "płaski", a braindance rozłożony na czynniki pierwsze. To prawdopodobnie jego pierwsza i ostatnia płyta, z tą kompozycją na czele, która cechowała się taką wewnętrzną spójnością intelektualną i bardziej niż do tańca, silnie oddziaływała na receptory dźwięku, prowokując do nieustannego przeprowadzania logicznego dowodzenia, jak to się stało, że tego rodzaju wyimki, w takim tempie, mogą faktycznie brzmieć tak obłędnie. –Witold Tyczka

posłuchaj »


Aphex Twin: #7 (Curtains)

10#7 (Curtains) [1994, Selected Ambient Works Volume II]

Pod pretekstem niewinnego chilloutu Aphex wodzi za nos, tworząc kołysankę dla niegrzecznych dzieci albo zabieganych dorosłych. "#7" to nucanka o Wielkim Ciemnym Błękicie, danie nura będzie więc niezbędne. Szukając jakiegoś punktu zaczepienia, najpierw pomyślałem o podwodnych pejzażach 94Diskont, to w końcu prawie ta sama scenografia, jednak uświadomiłem sobie, że różnica jest zasadnicza – tam płynęliśmy, a tutaj opadamy na dno, i nic nie da się z tym zrobić.

"#7" przypomina raczej niemą, akwatyczną wersję tej kołysanki (ciekawostka: wykorzystanej również w akcji "Czad zabija") i przy odrobinie wysiłku można by – inspirując się muzyką – dopisać do niego tekst ostrzegający przed utonięciami, hehe. Ambient zresztą domaga się wody, wszyscy znamy tę starą kliszę. "#7" zmusza co najmniej do zerknięcia w morską otchłań, przy kołysance Aphexa jak przy "Bajce Iskierki" nie wolno od razu zasnąć (pamiętajmy – "Czad usypia"!). Trzeba odpłynąć, by stawić czoła zagrożeniu, odpłynąć w gęstą mgłę arpeggia, które kołysze się na falach, czkając ukradkiem w jakiejś dziwnej beznadziei, sierocej chorobie po ambient-techno SAW 85-92. Jedyne co pozostało, to chłodne prądy, strzępki skapujących melodii (odpis skrócony: 1:10-1:13 (...) 7:30-7:36) i blade refleksy księżyca wypełniające wyjałowioną z bitu, podwodną, jaskiniową przestrzeń, prawie tak niepokojącą jak podróże Ambient 4: On Land. Nie ma odpowiedzi, tylko przytłumione echo. Czeka się na rozwiązanie, wynurzenie, które nigdy nie nadejdzie, bo gdzieś w górze, wzmaga się sztorm, a tlenu powoli brakuje. Wreszcie "#7" zwalnia (8:23), opada powolnie na dno. Wykonało się. "Już ci Wojtuś nie uwierzy", już usłyszał przestrogę. Upadają kolejne złudzenia, dojrzewają rozczarowania. "Widzisz? Tak się kończy nierozważna kąpiel". Widzicie?

W warstwie emocjonalnej, "#7", jak wiele utworów ambientowych, to właśnie taka dziecięca, surrealistyczna podróż w głąb kolejnej urojonej Atlantydy. A w sensie formalnym, Richard D. James, ze swoimi wpływami sytuującymi się w dużym uproszczeniu gdzieś między zimnowojennym futuryzmem oraz rave'em, pokazał, że jest najlepszym z wywrotowych kontynuatorów pamięci o "użytkowej rewolucji" Briana Eno. –Jakub Bugdol

posłuchaj »


Aphex Twin: minipops 67 (source field mix)

09minipops 67 (source field mix) [2014, Syro]

Dwa lata temu, komentując Syro w ramach naszej topki płytowej za 2014 rok, redaktor Marczuk pisał tak: "Zgoda, "Minipops 67 (Source Field Mix)" nie jest niczym nowym, ale przełamanie rozgrywającej się bitowej gry lodowatą partią syntezatorów już robi wrażenie." Całkiem słusznie, W PUNKT, bo co tu niby nowego? Kapryśny breakbicik to co najwyżej poranny jogging, gdy porównamy go do odlotów Richard D. James, przeorana efektologia odsyła wprost do "Windowlickera" i "Come To Daddy", a takie ogólne skupienie w nawarstwianiu środków wyrazu towarzyszyło Richardowi od samego początku działalności wydawniczej. Clue sprawy jest gdzie indziej, leży w zrozumieniu, że u Aphexa rzadko kiedy esencja jest wyeksponowana na wierzchu – trzeba się do niej przebić przez mur hermetyzmu, często pionierskiej nieprzyswajalności i bardzo dziwnych artystycznych wyborów, co samo w sobie stanowi dla wielu wyzwanie i pewną perwersyjną przyjemność. Z "minipops" jest inaczej. Formalnie pozbawieni walorów nowatorskości momentalnie zauważamy, że mamy do czynienia z jedną z najciekawszych wrażliwości melodyczno-harmonicznych ostatniego pięćdziesięciolecia; to jest to, o czym w przeroście ekscentryzmu się zapomina: że Aphex Twin to nie tylko genialny producent, ale też błyskotliwy, nieprawdopodobnie osobliwy kompozytor. I właśnie dlatego czytacie ten wypełniony perełkami jak ta ranking. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj »


Aphex Twin: #20 (Lichen)

08#20 (Lichen) [1994, Selected Ambient Works Volume II]

Osobiście, odstawiając na bok konieczność usilnego stawiania na piedestale historycznego znaczenia debiutu i jego przyszłych epigonów, to właśnie minimalistyczny i niepokojący SAW II ze swoim klasycznym ambientowym bogactwem stał się moim osobistym serduszkowym (infantylizując) numerem jeden, danym mi przez Aphexa. Wiadomo, że nie jest to najlepsza płyta Richarda, nie jest też tak, że nie ma tutaj momentów zbędnie rozwleczonych, ale wsłuchując się w kolaż tych przerażających, rozpuszczanych patentów, z każdym nerwowym rokiem to właśnie dwójka staje się coraz bardziej poruszająca. Bo wiecie: harmonogram z obowiązkami ustalony, deadline na jutro, lista do wysłania na dziś, sen dopiero po drugiej, pobudka przed szóstą, kolejny transport, dobitka niehumanitarnym piskiem telefonu, powrót i telewizor, a w nim wszystko, co się kręci, tak jak się kręci neurotyczny teledysk, dzień to przebarwiony teledysk na prochach. Pośrodku szalonej symfonii monumentalnych miast i jego życia, złożonej z ryku przejeżdżających pod oknem tramwajów, niezliczonych szumów, zgrzytań, odcisków pieczątek, wysyłanych maili, tąpnięć, eksplozji i pohukiwań, ambient staje się arką, skromnym eskapistycznym sanktuarium pozwalającym skryć się i zanurzyć w nieśpiesznych przypływach i odpływach dźwiękowych plam przepływających przez palce; przez krótką chwilę pozwalając skupić się na czymś, co nie próbuje ze wszystkich stron brutalnie zgwałcić i przebodźcować twojej już i tak nadwyrężonej uwagi.

Ech... zgryźliwy muzyczny hałas wymieszany z pełnym frustracji wkurwem stał się symbolicznym napędem i językiem kontrkultury, buntem skierowanym na współczesne społeczeństwo. W świecie, w którego rdzeniu szaleje destrukcyjny sztorm informacyjnego szumu wymieszany z chorym, przyśpieszającym rokrocznie niepowstrzymanym tempem, to właśnie Basińskim, Fenneszom czy wybranym ambientowym dziełom numer dwa w swej symbolicznej istocie paradoksalnie bliżej do idei latających butelek z benzyną, kamieni z bruku i płonących radiowozów. W takim ujęciu "#20" jawi się muzyką-sztandarem, donośnym krzykiem oraz jednym z piękniejszych protest-songów, jakie posiada systemowa opozycja. –Michał Kołaczyk

posłuchaj »


Aphex Twin: Pulsewidth

07Pulsewidth [1992, Selected Ambient Works 85-92]

Czy naszła was kiedyś refleksja dotycząca tytułu pierwszego pełnoprawnego longplaya Aphexa? Popatrzmy: Selected Ambient Works 85-92. Halo, 85-92! RDJ to rocznik 1971, co oznacza, że ten genialny album powstawał między jego 15 a 22 rokiem życia. Nie wiem, jak to wyglądało w rzeczywistości, ale proces klarowania się tych utworów wyobrażam sobie jako ciągłą ewolucję, rozciągnięte w czasie i uzależnione od warsztatowego progresu cyzelowanie kolejnych detali. Włączmy wyobraźnię, weźmy takie "Pulsewidth". 17-letni Richard delikatnie nakreśla tech-house’owy puls i osadza na nim ten legendarny, gumowy wątek basu, nad którym głowił się od kiedy przyśnił mu się po raz pierwszy. Rok później wpada na pomysł, by całkowicie jednorodny dotychczas rytm minimalnie posiekać, a całości nadać odrobinę charakteru, stąd narzucający się od pierwszej sekundy lodowaty klawisz. Mijają lata, zafascynowany kolejnymi nagraniami Briana Eno Aphex systematycznie zmiękcza i odrealnia swoje brzmienie, w międzyczasie dorzuca do "Pulsewidth" chaotyczny, syntezatorowy kontrapunkt i burzowe efekty. Na koniec kilka poprawek i pyk, mamy to, powstaje esencjonalny elektroniczny hymn, muzyka bezkresnych klifów i zalanych potem bieżni jednocześnie, idealny soundtrack do topnienia lodowców, jak i do podbijania faktur. Słowem: klasyk. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj »


Aphex Twin: Fingerbib

06Fingerbib [1996, Richard D. James Album]

Jeśli chodzi o Richard D. James Album, to zwykło się mówić o bitach inspirowanych drum’n’bassem – nagłym zwrocie z bardziej ambientowego kierunku, w którym podążał wcześniej Aphex. Trudno się z tym kłócić, ale jednak na mój ulubiony krążek kolesia patrzę przez pryzmat tego, co znajduje się po drugiej stronie dżungli. Wszystkie te cymbałki i piszczałki, sample dziecięcych głosów i (przede wszystkim) grubo ciosane syntezatorowe smyki antycypowały w 96’ "emotronikę" spod znaku Yesterday Was Dramatic – Today Is OK, czy nawet psychodeliczne, cyfrowo-kołysankowe zimno takiego Geodaddi. Nie wspominając już, że w idealnym świecie cały album mógłby posłużyć jako soundtrack do Final Fantasy 7. Najjaśniejszy punkt kolekcji, "Fingerbib", to już w ogole dźwiękowy odpowiednik filmów Miyazakiego, wzruszająca podróż na krańce lądów, mórz i serc, międzygwiezdna rakieta wznosząca się szybciej i docierająca dalej niż jakikolwiek kawałek Daft Punk. Maxo coś ostatnio próbował, ale nie wyobrażam sobie utworu, który byłby w stanie przebić "Fingerbib" w kategorii "miodności na 100,000 nut". Jak udało się Jamesowi sprawić, by tak pokomplikowany aranżacyjnie numer niósł ze sobą tyle melodyjności, to zagadka dla speców od Debussy’ego, McCartneya czy Wilsona. Czyli wygląda na to, ma ten ranking jakiś sens poza wabieniem Waszych kliknięć. –Patryk Mrozek

posłuchaj »


Aphex Twin: Alberto Balsalm

05Alberto Balsalm [1995, …I Care Because You Do]

Jednym z moich pierwszych olśnień przy "Alberto Balsam" było skumanie, że Noonowy podkład do "Dziś" Pezeta w uproszczony sposób reinterpretuje Aphexowe arcydzieło. Ale to tylko mały fragment. Dziesiąty indeks z mocno niedocenianego ...I Care Because You Do to ocean piękna i różnych wątków. Nie wiem, czy Richard D. James nakreślił kiedykolwiek piękniejszą, bardziej kojącą melodię. Co więcej, szkielet rytmiczny, zamiast z nią igrać, co zdarza się tak często, wtóruje jej. Może nie tak pogięty i szalony jak się czasem zdarzał, ten perkusyjny koncert na klamki i poręcze jest wielki sam w sobie. Co to w ogóle jest za forma, jaki to gatunek w ogóle? Nie mam bladego pojęcia, ale jeśli chodzi o Aphex Twina, to być może mój numer jeden. –Antoni Barszczak

posłuchaj »


Aphex Twin: 4

044 [1996, Richard D. James Album]

4x4, Richard D. James jak Włodzimierz Zientarski. Było kiedyś takie porównanie openera Richard D. James Album do osiemnastu wymiarów i ambientowej wersji Dirty Mind i po latach to zestawienie wydaje mi się mieć coraz większy sens, choć to tylko sprytna i efektowna figura stylistyczna, w dodatku wciąż bardzo cool. W końcu połączenie smutnego wajbu kwartetu smyczkowego z neurotycznymi, potasowanymi, drill-n'bassowymi pętlami i delikatnymi padami pianinka, i to pod koniec lat dziewięćdziesiątych, też było zajebiście cool. Powiecie pewnie, że było też oryginalne. C'mon, przeczytajcie raz jeszcze nazwę wykonawcy i temat w tej kwestii zostanie zamknięty. Ale wracając do porównań − może i Richard nasłuchał się jakiegoś Alfreda Schnittke, a potem przerobił ten wpływ w swojej głowie, dokonał bilansu zysków i strat, i poleciał ze swoim flow. Ja jednak w "4" zawsze będę słyszał obecność Briana Eno − zwłaszcza ten zewnętrzny spokój i wewnętrzny niepokój na 1:10 nieuchronnie kojarzy mi się z krótkimi ambient-popowymi opowieściami wypełniającymi Another Green World. Ale pewnie nie tylko mnie się tak kojarzy, możliwe, że to asocjacja powszechna, więc może spróbujmy bardziej nieskrępowanego porównania − co byście powiedzieli, gdyby nagle w 2017 roku Oneohtrix Point Never wyskoczył z czymś takim jak "4"? To ma sens, prawda? Jest możliwe? Lepić elektronikę i 20 lat od premiery brzmieć wciąż świeżo i zjawiskowo? How cool is that? −Tomasz Skowyra

posłuchaj »


Aphex Twin: Flim

03Flim [1997, Come to Daddy (EP)]

"Flim" to historia, "Flim" to nostalgia, nie obejdzie się więc bez wątków wspomnieniowo-kombatanckich.

"It was the best of times, it was the worst of times", it was 2005. Katowałem Ok Computer na przemian z Kid A, powoli zgłębiałem indie kanon, poptymizm przeżywał swój renesans, choć ja chyba jeszcze nie byłem gotowy na Cassie i doznawanie "Hollaback Girl", a eksplorując ELEKTRONIKĘ lat 90. wydawało mi się, że nic nie rządzi tak jak Music Has The Right To Children. Przy okazji, studiowałem sobie spis inspiracji Yorke'a w trakcie prac nad Kid A, dzięki czemu dowiedziałem się o Mingusie, Messiaenie, Can, Autechre i w ogóle całym uniwersum Warpa innym niż Boards Of Canada, aż w końcu, siłą rzeczy, na liście pojawił się Aphex Twin. Nie pamiętam jak, może to sprawka algorytmu, może ślepego losu, ale pierwszym trackiem Jamesa, jaki usłyszałem, był "Flim".

Nie mogłem trafić lepiej, bo to chyba najbardziej popowy Richard D. James jaki istnieje. Taki "Aphex dla początkujących". Wiem to ja, wie to Louis Cole, redaktorzy Porcys, Skrillex (lol), ale chyba nie wiedzą tego jeszcze jego fani ("where is the drop?"; lol2), choć sprawa nie jest zbyt skomplikowana. "Flim" łączy rozmarzoną, abstrakcyjną melodyjkę z breakbeatem, jednak w wersji dużo bezpieczniejszej, nie przynoszącej tak chorych efektów (KEJS "4"), jakie prezentował wydany rok wcześniej Richard D. James Album, na którym Aphex postanowił zostać "królem dżungli". W 1997 jungle oraz pochodne powoli przestawały być muzyką przyszłości, a "Flim" ze swoją przystępnością na swój sposób streszczał i przybliżał masowemu słuchaczowi dotychczasowe gatunkowe zdobycze. Słuchając tego kawałka albo nabierze się ochoty na zgłębianie "księstw przyległych", dochodząc aż do jakiegoś hardcore'owego drum'n bassowego undergroundu, albo zostanie się tutaj, bo to breakbeat "ogólnych ludzi", ale właśnie dzięki temu wspaniały i niepowtarzalny w swojej dziwacznej chwytliwości.

"Dziś mam wiedzę, dziś mam wszystko nowe, dziś mnie wszystko jebie", ale wtedy, w 2005, dopiero czułem "Flim" intuicyjnie i zarażony niecodziennym earwormem, dumny z odkrycia, ripitowałem do upadłego. Oczywiście ciąg dalszy nastąpił, tyle że potem było już tylko z górki... SAW 85-92, Plaid, "Windowlicker", "4", Simon Reynolds, seria Artificial Intelligence, Goldie i cała masa innych odkryć, tym razem już nie dzięki Kid A, a dzięki pomocy Aphex Twina i ziomków z Warpa. Kawał historii. –Jakub Bugdol

posłuchaj »


Aphex Twin: Xtal

02Xtal [1992, Selected Ambient Works 85-92]

No proszę, pierwsi zaskoczeni – szlagierowe "Xtal" nie figuruje na najważniejszym miejscu jubileuszowego zestawienia. Najpewniej ozłocilibyśmy ten utwór, gdybyśmy podążyli za myślą, która (jak się nam wydawało) przyświecała zeszłorocznemu TOP 100 POP Screenagers, kiedy to poprzedzająca właściwą wyliczankę przedmowa do zestawienia sugerowała jakieś rozwinięcie formuły "popowej piosenki" i osadzenie w jej ramach nawet tych utworów, które kompozycyjnie odbiegają od przyjętego przez krytykę rysu encyklopedycznie rozumianego "singla". Wtedy mogłoby się tam (i tutaj) znaleźć miejsce dla prog-ambientowego walca. Ale żyjemy w smutnej rzeczywistości rozczarowań, gdzie przoduje przebojowość (vide #1) przedkładana ponad doznaniowość. A to właśnie w tej drugiej materii prym wiedzie "Xtal". Prawie pięć minut, które doczekało kilku(set)dziesięciu analiz i interpretacji; wartościowania w kontekście całego gatunku, jak i patetycznych, obfitych w rozbudowane metafory quasi-empirycznych opisów porażonych kompozycją jednostek. Stąd kolejny niezbyt odkrywczy wywód nie dość że podważyłby moje zdolności researcherskie, to jeszcze dodatkowo metodycznie obnażyłby redakcyjny niedowład w konfrontacji z takim – niewątpliwie – dziełem. Ograniczając się więc do prawienia komunałów napomknę o tym, co w moim odczuciu (subiektywnie) stanowi (obiektywnie) największą siłę "Xtal", czyli o niepodważalnej ponadczasowości. W dobie toczącej muzykę elektroniczną przedwczesnej starości, kiedy speców od IDM-owej geriatrii na pęczki, otwierający Selected Ambient Works 85-92 utwór wciąż zadziwia świeżością. W postępowym, wzbogaconym o miarowy rytm oraz wokalne sample (Steve Jefferies, Carewe and Greig – "Evil at Play") ambiencie, wciąż próżno szukać drugiego takiego tworu, który wyciągałby na wierzch słodycz, bezkres i sielskość prima sort dream-popu. I jeszcze przyozdabiał ornamentyką brudu, dodajmy. "Pieśń nad pieśniami" postmodernizmu. –Witold Tyczka

posłuchaj »


Aphex Twin: Windowlicker

01Windowlicker [1999, Windowlicker (EP)]

Ten klasyk epoki Techno Party i Atomic TV (see also: okładka, teledysk) to zarazem arcydzieło studyjnej manipulacji – post-Cage'owskie studium tonalności, które zaciera granice między popem, g-funkiem, techno i muzyką konkretną. Pod wieloma względami to nagranie jest odpowiednikiem Fantasii w karierze Schumanna. Adorno pisał, że Fantasia tylko wydaje się być dziełem szaleńca, podczas gdy w rzeczywistości jest głosem wariata na sekundę przed tym, jak pochłania go szaleństwo. Dzieło tak innowacyjne i złożone, że prawie nie do rozszyfrowania. Zwykle u RDJ to sekcja rytmiczna jest tak polirytmiczna, że gubi cały rytm ("pa jak ten bicik wchodzi"). Tutaj z kolei śpiew, średnio zainteresowany podkładem, podróżuje po obcych wszechświatach. Bowiem "Windowlicker" to monumentalny eksperyment w nieregularnym przetwarzaniu wokalnych sampli, iście imponujący katalog wokalnej akrobatyki. Piski, gardłowe zawodzenie, głębokie oddechy, szepty, falset etc. – są tu potrzebne po to, by rozmontować sztukę śpiewania i przekształcić ją w zdegradowaną emisję nawiedzonych jęków. Porównanie ze szkicową wersją demo pokazuje skalę zastosowanej ingerencji i dekonstrukcji: finalny produkt brzmi jak "remiks samego siebie". Aphex to bodaj pierwszy muzyk, który przeprowadził awangardową operację na taką skalę bez grama intelektualnego nadęcia. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj »


Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
ArcaArca
Porcys Składak: Yo La Tengo