10 najlepszych płyt 2005
Rekomendacje 2005
Clientele
Strange Geometry
[Merge; 7.4]
Drugi regularny album rozmarzonego londyńskiego tria praktycznie niczym nie różni się od jego poprzednich wydawnictw. Przecież każdy pierwiastek Suburban Light bądź Violet Hour jest tu widoczny: zwiewny, jedyny-w-swoim-rodzaju wokal MacLeana na reverbie a la 60s; niestrudzone arpeggia gitary; zrelaksowane niby, niedzielne tempo utworów. Zatem balladowe smęcenie w całej rozciągłości, zero postępu i monotonia – kto by tego przecież słuchał, nie? Ale w jakiś sposób każda nuta trafia idealnie w swoje miejsce i – operując subtelnością bliską plastyki/literatury tudzież impresyjną narracją (pogłębiającą jeszcze wrażenie "błądzenia w chmurach") – panowie ponownie sięgają niedostępnych większości konkurencji wyżyn.
Common
Be
[Geffen; 6.8]
Inteligentny obserwator Lonnie Lynn, weteran już w rapowym światku i kultowa w pewnych kręgach postać hip-hopowego undie, powrócił niezwykle spójną ofertą, na której postanowił osiąść bliżej ziemi i problemów codzienności, dostosowując technikę flowu do spokojnego, miękkiego, pulsującego klimatu płyty. A gustowny, wyluzowany, jazz-soulowy sznyt jest prawie w całości zasługą Kanye Westa, stąd delikatny chill nie nuży monotonią, nieinwazyjnie ożywiony ciekawymi samplami i wiewiórkowymi modyfikacjami wokaliz. Plus, ten kontrabas w openerze, ten kontrabas.
Joggers
With A Cape And A Cane
[StarTime; 6.7]
Po zabawnie zatytułowanym debiucie Solid Guild kwartet z Portland zapodał jedną z niezalskich płyt roku, grzebiącą stos porywających art-punkowych hooków w gęstych dekonstrukcjach gitarowych. Gitary czasami jazgoczą, często chrzęszczą, aczkolwiek wszelkie konotacje lo-fi, porównania do Pavement między innymi, wydają się nie do końca uzasadnione, bowiem zdecydowanie bliżej Joggers do Liars i Les Savy Fav. Inklinacje w stronę form nieoczywistych przy talencie do chwytliwych punkowych melodii zwiastuje dobrze na przyszłość. A każdy szanujący się patriota powinien zauważyć polski akcent w postaci gitarzysty Murphy Kasiewicza.
Jurgen Kaczówka
Nawąchawszy (EP)
[Salami; 7.0]
Już wcześniejsze produkcje z kręgu Obrońców Hardkoru charakteryzował duży potencjał ukryty pod maską wygłupów. Dopiero jednak ta EP-ka go w pełni realizuje artystycznie, zapowiadając jeszcze lepsze rzeczy w przyszłości. Na Nawąchawszy MC po mistrzowsku operuje swoim flow, osiągając liryczny i techniczny zenit (przynajmniej dotychczasowy) i pokazując, że jest najlepszym w OH raperem. Ambiwalencja i balansowanie na granicy pastiszu są jednymi z głównych atutów szalonych projekcji Jurgena Kaczówki, windując je do puli najbardziej frapujących propozycji dzisiejszej polskiej muzyki (co pozwala mu wybaczyć pewne potknięcia językowe czy występy średnio interesujących gości).
Lisa Shaw
Cherry
[Naked Music; 8.0]
Legendarna we wtajemniczonych kręgach "house diva" po wielu latach featuringów u najsłynniejszych DJów i kilku maksisinglach wydała wreszcie wściekle antycypowaną w środowisku, pełnowymiarową solówkę. Materiał brzmi jak Sade produkowana przez wczesnego Herberta (Matthew remiksował obecny tu singiel "Let It Ride" z 2004) lub jak Junior Boys ze zmysłową wokalistką na mikrofonie (techniczna, electro-zaraźliwa część albumu jawi się zmysłowo erotyczną, ciepło kobiecą adaptacją Last Exit). Odniesienia owe nadają utworom Lisy sznyt szlachetności i pobłysk ekskluzywności, zaś jej fenomenalny głos spaja inspiracje w koherentną i unikalną jakość. Parne bity usatysfakcjonują wybrednych smakoszy r&b i deep-house'u, bo balansują zgrabnie między stylowym minimalem, a masą podcięć / przecinków / innych mikro-specyfików. Syntetyczna odsłona dzieła góruje nad "balladową", lecz sztuką jest zaprogramować inteligentny szkic rytmiczny, który wchłania się jak krem łagodzący; ułożyć skomplikowany wzorek urzekający niewymuszoną prostotą i czułością. Niemal godzinna, epicka podróż po intymnych zakamarkach najskrytszych uczuć.
Tom Vek
We Have Sound
[StarTime International; 7.2]
Tom Vek po raz pierwszy przedstawił się światu wydanym tylko na winylu pod szyldem Souvenir quasi-elektronicznym singlem There's Only One Thing Left. Przed pełnoprawnym debiutem zainteresowania tego 23-latka podryfowały w bardziej gitarowe rejony, jednak na ostatecznym kształcie albumu odcisnęły piętno wszystkie wcześniejsze ciekawe doświadczenia, przynosząc prawdopodobnie najbogatsze art-punkowe dokonanie 2005. Długą listę inspiracji otwierają Talking Heads i scena nowofalowa lat 80-tych, a zamykają czołowi reprezentanci "otwartego", eksperymentalnego indie Soul Coughing, a nawet post-popowy Sea And Cake. Ponadto Vek dał się poznać jako szczególny miłośnik przewodnich tematów basowych.
2000 2001 2002 2003 2004 2005