Bat For Lashes: Fur And Gold
[2006, Echo; 5.6]
Zapalona rowerzystka otaczająca się leśnymi zwierzętami na BMX-ach zafundowała nam w zeszłym roku jeden z najbardziej klimaciarskich kawałków (chociaż lirycznie nędzny), pobrzmiewający wysoką dawką oryginalnego podejścia do ogranych motywów. I był to jeden z nielicznych przypadków na jej, wydanej po raz pierwszy jeszcze w 2006 roku, debiutanckiej płycie. Zwykle jednak stara się naśladować Björk, a czasem Kate Bush. I to wszystko jest bardzo miłe dla ucha, tylko trudne do zapamiętania i skojarzenia w niedalekiej przyszłości.
–Filip Kekusz
Beastie Boys: The Mix-Up
[2007, Capitol; 3.8]
To będzie tak: słabe kompozycje, niewielka ilość środków wyrazu, brak bigla właściwy dla wieku średniego (z chlubnym wyjątkiem "Off The Grid"), naleciałości funku i jakiegoś surfa, płaska produkcja, monotonia, brak spójności i stopniowania napięcia właściwy składankom, "Their first-ever full album of all-new instrumental material". Beastie Boys w swojej historii nie nagrali żadnego porywającego kawałka bez wokalu, więc traktuję ten album wyłącznie w kategoriach autobrandzlu.
–Filip Kekusz
Popo: Sweet Cotton EP
[2007, white label; 2.3]
Stało się, straciłem cnotę i dostałem pierwsze promo. Teraz trochę żałuję, bo od tamtej nocy przestaliśmy się przyjaźnić. Przykro trochę, ale nie chcę mieć już nic wspólnego z tą EP-ką. Nie wiem w sumie kto zawinił, lecz ja nie poczuwam się do winy. Liczyłem na trochę więcej, a dostałem słabą na wskroś przewidywalną. płytę, bez błysku, bez zgrabnych melodii, za to z tekstami w klimacie ''zgubiłem tusz'', irytującą na dłuższą metę manierą wokalną i rozwodnionymi klawiszami. Są też gitary, są a jakby ich nie było. Nie mam już nic więcej do powiedzenia. Jeśli chcesz mi pomóc wygasić wyrzuty sumienia związane z dzisiejszym krytycznym tekstem kliknij
tu.
–Wojciech Sawicki
Psapp: The Only Thing I Ever Wanted
[2006, Domino; 6.3]
W jednej z sympatyczniejszych warszawskich knajp, Planie Be album ten leci prawie na okrągło – na zmianę z Yo La Tengo i Stereolab circa
Dots And Loops, co w sumie wydaje się sensownym towarzystwem. Chociaż bezpośrednie skojarzenia akurat mam inne – znakomity opener "Hi" to avant-popowa wokalistyka żeńska w wersji bardziej zadziornej. Ciekawie są zaaranżowane te piosenki – z dużą ilością zabawkowej elektroniki, folkowym instrumentarium w postaci skrzypiec czy stereolabowych motywów z dęciakami. W związku z zamiłowaniem PSAPP do estetyki kocio-sypialnianej (koty na okładce, na stronie internetowej, w tekstach, w grze flashowej promującej płytę) autorski duet Clasmann-Galant ochrzcił ten album mianem
cat-tronics. Faktycznie – jest ciepło, kameralnie, inteligentnie, zmysłowo, jakże lyrycznie, schludnie i odrobinę neurotycznie. Pozornie nic się nie dzieje, ale ansambl trzyma jednak słuchacza w napięciu – utwór z czwartym indeksem, "Needle And Thread" niech posłuży za przykład. Swingująca bossanova, zamienia się w post-rockowe plumkanie, potem w avant-popową balladę, potem w balladowy avant-pop, potem w folk-tronikę, potem mamy wibrafon i skrzypce, pianino i perkusjonalia. Tak właśnie – z wielu drobnych elementów utkany jest ten album. Czy wspominałem już, jak jest miło i bezpretensjonalnie? Opus magnum cat-tronics , zdecydowanie lepsze niż wszystkie żarty o Jarosławie Kaczyńskim razem wzięte.
–Piotr Kowalczyk
Radiohead: In Rainbows [CD 2]
[2007, Radiohead; 6.3]
Dobrze pamiętam jak przyniosłem do szkoły świeżutkie
Hail To The Thief i poczęstowałem na kanapie dobrą kumpelę openerem tej płyty. "Znowu to zrobili" bąknęła w tej trudnej sytuacji i zdaje się, że aż się zaczerwieniłem z dumy z moich pupili. "Ach!" Minęło jednak parę lat, i wbrew cichym nadziejom nie okazało się, że Radiohead to drudzy Beatlesi. I choć rzeczywiście nie dyktują już zasad gry, jako tako wciąż sprawdza się teza, że warto sięgać po ich b-side'y. Druga część
In Rainbows to wszak właśnie taki zbiór b-side'ów, pragmatycznie dołączony od razu do fanowskiego discboxa. I nie przeczytałem o tym w żadnym wywiadzie (i chyba zresztą nie ma sensu ich czytać, skoro Yorke stwierdza, że "Videotape" to najlepsza rzecz, jaką zespół w ogóle zrobił), wystarczyło posłuchać CD2 i porównać sobie z CD1. Te 8 utworów (w tym dwa, erm, "skity") to w dużej mierze ot takie ciekawostki. Należy do nich zaliczyć w pierwszym rzędzie "Bangers & Mash", świdrujące świerzb sworznia od każdej możliwej strony i pod tym względem przypominające pierwszą część (lepszego jednak znacznie) odrzutu z Amnesiaca – "Trans-Atlantic Drawl". "Go Slowly" z kolei poważnie by mnie wzruszył jeszcze 4 lata temu, to co trochę nowego w nim dziś tymczasem to tylko fajny mięciutki akord Greenwooda. Tak na oko najbardziej wyróżnia się "Down Is The New Up", świetnie swatający głębokie perkusyjne bity z paranoicznym (a jakże) wokalem i wyciągającymi trupa z szafy pianinem czy smykami. No i na koniec jeszcze ten "4 Minute Warning", nagrany jakby na altance w Teksasie, nie macie takiego wrażenia? Generalnie bardzo dobre numery Radiohead są strasznie nudne, no chyba, że się łyka tę ich melancholię.
–Jędrzej Michalak