BRUDNOPIS
 
A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z
* musisz wpisać przynajmniej 3 znaki
Blow: Jeśli Czujesz
[2010, Alkopoligamia.com; 5.5]

Z tymi dwupłytowymi wydawnictwami od Alkopoligamii do wydania Kandydatów Na Szaleńców to było tak, że chociaż fajnie wyglądały na półce, to dla "pełnego obrazu sytuacji" lepiej było traktować je jako niezobowiązujące dodatki (taki chyba był też zamysł twórców, ale uściślam na wszelki wypadek). Dla mnie dwie godziny z muzyką Blow to fajna sprawa, ale podejrzewam, że znaczną część odbiorców może to po prostu przytłoczyć. Ich problem – skupmy się więc na potrzeby tego brudnopisu na wersji "podstawowej".

Po pierwsze – wypada docenić, że alkopoligamiści otwierają się na coraz szerzej rozumianą "czarną muzykę". Inspiracji Blow można szukać w klasyce soulu i r'n'b, a takich rzeczy na wysokim poziomie w Polsce nie było przecież w ostatnich latach zbyt wiele. Jeśli idzie o samą muzykę stołecznego duetu – rozbujane podkłady Świętego to coś, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić, dlatego większym odkryciem powinna być postać wokalistki. Basia Adamczyk – znana jako Flow – z niezwykłą świadomością operuje swoim zmysłowym timbre i świetnie odnajduje się na tle tych dopracowanych do perfekcji podkładów, które łatwo polubić także przez pewien eklektyzm. Trafiają się numery mocno intymne i nostalgiczne, ale także i bardziej przebojowe (przede wszystkim "Po Prostu Świeć" ze znakomitymi gośćmi), przez co ciężko odczuwać jakiś niedosyt. Jak na debiut – bardzo w porządku.  –Kacper Bartosiak

Daughters: Daughters
[2010, Hydra Head; 6.4]

Wydany w 1991 roku Goat to świetny obiekt kultu. Jedyny kozioł i zarazem Jezus, którego wyznaję. W naszej sekcie jest również założony w mieście Lovecrafta zespół Daughters, który przez blisko dekadę przekazuje wiano hałasującym wcześniej. To krótka piłka, pałka rozkwaszająca nos, bo kolesie, w przeciwieństwie do stadionowej mazgaj-chuliganki, walczą na pięści i jak najbardziej dążą do bezpośredniego starcia. Przepraszam, tu biją, więc beksom radzę już opuścić salę. Udzielający się przecież w Fang Island Nicholas Andrew Sadler kąsa przesterowaną gitarą, a reszta grupy ani przez chwilę nie pozostaje dłużna. Otwierający ubiegłoroczny self-titled "The Virgin" wcale nie wydaje się zawstydzony, a drapieżny wstęp przypominający NoMeansNo rozwija się tam w całkiem dziki kocioł. W ten sposób piłując, świdrując i łomocząc Daughters wypełniają krótki album, który nie różni się stylem od poprzednich, a jednak pokazuje zespół w nawet lepszej, literalnie rozrywkowej formie. Tempo spada jedynie w końcówce: w mechanicznie kołyszącym "The Dead Singer" i sfreakowanym zwieńczeniu "The Unattractive, Portable Head", gdzie słychać tyleż Melvins, co Animal Collective. Wcześniej w czasie jednostronnej walki kilka masywnych fragmentów serwuje sierpowe knockdowny, a każdy kolejny gong, zamiast upragnionej chwili wytchnienia, jedynie wzmacnia echo rezonujące wewnątrz czaszki. Córuchnom brak może subtelności, za to pośladkami z pewnością zgniotłyby niejeden orzech.  –Wawrzyn Kowalski

Paramore: Brand New Eyes
[2009, Fueled By Ramen; 5.8]

Chyba dopiero gdzieś na wysokości singli zapowiadających Brand New Eyes przychylniejszym okiem zaczęliśmy spoglądać na dokonania sympatycznej "Marchewy" i jej kolegów. I trochę to dziwne, tym bardziej, że poprzedni longplay Paramore to przecież pozycja, która powinna ocierać się o nasze listy roczne w średnio udanym 2007 roku. W tym kontekście ostatni album amerykańskiej formacji można postrzegać jako lekkie rozczarowanie, ale spadek formy jest na tyle minimalny, że łatwo go usprawiedliwić licznymi zawirowaniami personalnymi i sprawami natury osobistej. Jeśli idzie o charakter muzyki Paramore, to nie zmieniło się nic – to wciąż zespół, który sprawnie działa sobie na pograniczu pop-punku i skręcającego w emo post hardcore'u. Zdarzają się wprawdzie na Brand New Eyes piosenki wyłamujące się z tego kanonu - że wspomnę o avrilowym "The Only Exception" czy akustycznym "Misguided Ghosts" – ale wciąż z najlepszym skutkiem grupa odnajduje się w gitarowym "konkrecie". Nie znajdziecie tu najmocniejszych petard w ich dorobku, ale takie "Playing God" (swoją drogą - czy początek tego tracka tylko mnie odsyła do D-Planowego "The City", wtf?!) czy "Ignorance" to piosenki przynajmniej bardzo solidne. Ogółem - jest w porządku, ale mam nadzieję, że na kolejnym longplayu Hayley i jej koledzy wycisną więcej z tej obiecującej formuły.  –Kacper Bartosiak

Walkmen: Lisbon
[2010, Fat Possum; 2.9]

 –Wojciech Sawicki







Reklama na Porcys?
reklama@porcys.com