A Sunny Day In Glasgow: Ashes Grammar
[2009, Mis Ojos Discos; 6.9]
Na 3:53 w "Close Chorus" wchodzi perfekcyjna melodia, kropla w kroplę przywołująca Cocteau Twins. Ktoś powie, że całe ASDIG = Cocteau Twins, ale tu wyszło im chyba najdoskonalsze uosobienie CT w dziejach. Ten moment jest tak piękny, że reszta tracków mogłaby być zerowa, a i tak dałbym "pod 7". Bo jeżeli ktoś serwuje tak krystalicznie niepokalaną melodię i w dodatku bawi się (4:59!) pod nią basem, to po prostu nie może nie być genialny. Choćby i przez pół piosenki. "Popłakałem się".
–Borys Dejnarowicz
Chin Chin: The Flashing, The Fancing
[2009, Definitive Jux; 6.6]
Drugi album najbardziej odstających reprezentantów Definitive Jux przynosi to samo, co ich pierwszy album: prędki funk, nadbudowany pokrewnymi stylami z trochę słabym białym wokalem. Jedna z tych płyt, którymi zjednacie sobie zarówno miłośników imprez Alter Artu, ajrisza, jak i fotografii, ale mniej wiotka niż Jamiroquai.
–Filip Kekusz
Gruff Rhys: Candylion
[2007, Rough Trade; 6.1]
Nadszedł dziwny czas, kiedy nasi bohaterowie niezalu, docelowo wiecznie młodzi, ludzie określani caps lockiem przy słowie POSTAĆ, zaczynają dziadzieć i dotykać rejonów rockowych staruchów poprzedniej generacji wydając swoje solowe plim plum plam albumy, które tak właściwie do niczego nie pretendują. Thurstonowi Moore zdarzyło się
Trees Outside the Academy, a Gruff Rhys wystrzelił z
Candylionem. Piosenek na cukierkowym lwie, tak jak każdych innych jego autorstwa, nie da się nie lubić choćby były skomponowanie podczas ćwiczenia podwodnego synchronicznego brekdensu, więc pieczołowicie przyklepywana w każdej recenzji łatka "bez słabych piosenek" w żaden sposób się nie odkleja. "Candylion", "Cycle of Violence" (moje ulubione!), "Beacon In The Darkness", "Gyrru Gyrru Gyrru" – wszystkie są miłe, gładkie i przyjemne, ale noszą w sobie piętno szybkiego zapomnienia w popierdzielającym nurcie informacyjnym. Jeżeli ktoś, widząc ten tekst, podrapał się po głowie ze zdziwieniem nad stanem swojej pamięci albo jakimś cudem dopiero dowiedział się o tej płycie, to niech sobie kiedyś posłucha. Gruffowi będzie miło.
–Ryszard Gawroński
Small Black: Small Black (EP)
[2009, Cass Club; 6.0]
Nic na szeroko pojętej "scenie chillwave'owej" nie dzieje się przypadkiem. Small Black potwierdzają tę tezę – to dobre ziomy od wódy Ernesta Greene'a, który nawet po starej znajomości machnął remix najbardziej znanej z ich piosenek, a teraz na dodatek nawet zabiera ich w trasę. Ale już, dość pan, przejdźmy do konkretów. Pięć kawałków, niespełna dwadzieścia minut muzyki – wiadomo, że to mało, ale niewątpliwym atutem tego mini-albumu jest konkret. Każdy z tych utworów prezentuje coś ciekawego, a w porównaniu z innymi przedstawicielami nurtu bardziej niż na ten szczególny rodzaj chwytliwości Small Black stawiają na brzmienie, które jest o wiele bardziej retro i lo-fi niż u reszty. Stąd też słusznie Wojtek mi tu prawi, że są na wpół drogi między chillwave'm a shitgaze'm. Faktycznie, ja bym nawet zaryzykował powiedzenie, że za młodu chłopcy bardziej lubili shoegaze od popu, ale co ja tam wiem. Fanom "nowych brzmień" pewnie się ta EP-ka spodoba, ale generalnie znamy już lepsze pozycje z tych okolic.
–Kacper Bartosiak